Twoja wyszukiwarka

ANDRZEJ KAJETAN WRÓBLEWSKI
GENIUSZ W CIENIU
Wiedza i Życie nr 8/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 8/1998

Pod takim tytułem ukazała się niedawno w USA biografia Leo Szi-larda (1898-1964), pióra Williama Lanouette'a. Tytuł ten znakomicie charakteryzuje życie i twórczość wybitnego fizyka amerykańskiego pochodzenia węgierskiego, który wywarł wielki wpływ na fizykę i biologię obecnego stulecia, pozostając przy tym człowiekiem znanym tylko nielicznym.

Szilard urodził się w Budapeszcie i tam rozpoczął studia na politechnice, ale szybko przeniósł się na uniwersytet w Berlinie, gdzie uzyskał doktorat i zaczął pracować. Po dojściu nazistów do władzy udało mu się wyjechać z Niemiec do Anglii, a potem do Stanów Zjednoczonych.

Podczas pobytu w Anglii Szilard interesował się postępami fizyki jądrowej. Przeczytawszy we wrześniu 1933 roku relację z wykładu Ernesta Rutherforda, którego zdaniem energia atomu miała pozostać niedostępna dla praktycznych zastosowań, Szilard intuicyjnie uznał, że tak być nie może. Podczas długich spacerów często rozmyślał o tej sprawie. Pewnego dnia szedł Southampton Road i musiał zatrzymać się na czerwonym świetle. Jak potem wspominał: Kiedy światło zmieniło się na zielone i przechodziłem ulicę, nagle zaświtała mi myśl, że gdyby znaleźć pierwiastek, który przy rozbiciu przez jeden neutron wysyłałby dwa, to taki pierwiastek, skupiony w dostatecznie dużej ilości, mógłby podtrzymywać reakcję łańcuchową.

Szilard pospieszył do hotelu i przez kilka tygodni, nie wychodząc z pokoju, do którego przynoszono mu posiłki, rozmyślał i obliczał. W marcu 1934 roku wystąpił o patent na sposób uzyskania reakcji łańcuchowej. Zdając sobie już sprawę z możliwych konsekwencji tego odkrycia, zgłoszenie złożył w Admiralicji, by zachować tajemnicę. Uważał wtedy, że odpowiednim pierwiastkiem będzie beryl, ale wspomniał też o torze i uranie, dwóch najcięższych ze znanych wówczas pierwiastków. Wkrótce wykonał osobiście doświadczenia z berylem, które przyniosły wynik negatywny. Na eksperymenty z torem i uranem zabrakło mu wtedy środków.

Kiedy na początku 1939 roku Otto Hahn i Fritz Strassmann donieśli o odkryciu rozszczepienia jądra uranu przez neutrony, Szilard natychmiast zrozumiał, że istnieje niebezpieczeństwo skonstruowania przez hitlerowskie Niemcy bomby atomowej. Postanowił więc wszelkimi sposobami zainteresować tą sprawą rząd amerykański. Namówił Alberta Einsteina, którego znał z Berlina, do wysłania listu do prezydenta Roosevelta. Einstein zgodził się i naszkicował plan listu, pozostawiając opracowanie jego treści Szilardowi.

Szilard, jak było w jego zwyczaju, wynajął stenotypistkę, żeby jej dyktować list. Wspominała ona potem, że kiedyusłyszała wypowiadane obcym akcentem słowa: Do prezydenta Stanów Zjednoczonych, Franklina Roosevelta, pomyślała, że autor jest chyba trochę nienormalny. Kiedy zaś dalej zapisywała zdania o strasznie silnej bombie i usłyszała, że podpis ma brzmieć: Szczerze oddany Albert Einstein, nie miała już wątpliwości, że jej chwilowy pracodawca jest wariatem.

List Einsteina, jak wiemy, odniósł skutek i Stany Zjednoczone rozpoczęły intensywne badania. Szefem ich został mianowany Arthur Compton. Właśnie w jego laboratorium w Chicago Enrico Fermi i Szilard przeprowadzili pierwszą kontrolowaną reakcję łańcuchową.

Szilard był jedną z głównych postaci w Projekcie Manhattan - konstrukcji pierwszej bomby atomowej, ale jego pozycja była trudna, ponieważ formalnie był wciąż obywatelem niemieckim. Dyrektor tego projektu, przedstawiany już na tej stronie generał Leslie Groves ["WiŻ" nr 7/1996], szybko znienawidził Szilarda i chciał doprowadzić do jego internowania.

Wskutek oporu Comptona to się nie udało, ale trudnym problemem dla administracji amerykańskiej było to, że Szilard wciąż był posiadaczem patentu na otrzymywanie reakcji łańcuchowej i nie chciał się tego wyrzec, trzymając w szachu swego prześladowcę. Posunięto się więc do szantażu. Compton musiał zawiadomić Szilarda, że zwalnia go z pracy i zażądał zwrotu wszystkich dokumentów. Mogło to oznaczać odsunięcie Szilarda od badań. Po paru miesiącach pertraktacji Szilard ustąpił i przekazał swoje prawa patentowe armii amerykańskiej.

W przekonaniu, że Szilard jest komunistycznym szpiegiem, Groves postanowił poddawać go ciągłej inwigilacji. Wśród zachowanych z tamtych czasów zabawnych dokumentów przytoczmy jeden:

Z raportów agentów wynika, że śledzony osobnik jest pochodzenia żydowskiego, ma słabość do delikatesów i często robi zakupy w takich sklepach, zwykle je śniadania w drogeriach, a inne posiłki w restauracjach; jeśli nie może złapać taksówki, to odbywa długie spacery, goli się zwykle u fryzjera, czasem mówi w jakimś obcym języku i zwykle przebywa w towarzystwie ludzi pochodzenia żydowskiego. Ma skłonność do roztargnienia i ekscentryzmu, bywa że podchodzi do drzwi, ale zawraca, wychodzi na ulicę bez płaszcza i kapelusza i często rozgląda się na wszystkie strony, jakby kogoś szukał, albo nie miał pewności, w którą stronę się udać. W rzeczywistości zirytowany Szilard celowo starał się wprowadzać w błąd śledzących go nieustannie agentów.

Groves w końcu dopiął swego, ale już po wojnie, ponieważ Szilard, nie mogąc znieść nieustannego szykanowania, porzucił fizykę i zajął się biologią, którą zresztą od młodości się interesował. Opublikował niewiele prac w tej dziedzinie, ale, podobnie jak w fizyce, swoimi niezliczonymi pomysłami zarażał innych. Biolog Jacques Monod w swym wykładzie z okazji otrzymania Nagrody Nobla podkreślił wprost, że to właśnie Szilard naprowadził go na właściwy trop badań. Monod żartobliwie mówił, że Szilard był tak szczodry w obdarowywaniu ludzi swymi ideami, jak wódz Maorysów dzieli się z innymi swymi żonami. Istotnie, Szilarda interesowało samo odkrycie lub zrozumienie czegoś, a wykonanie lub wykorzystanie pozostawiał innym.

Korpulentny, bardzo ruchliwy Szilard miał wiele przywar. Mieszkał przeważnie w hotelach, w których zresztą był uciążliwym gościem. Uwielbiał wielogodzinne moczenie się w wannie, kiedy to rozmyślał nad frapującymi go problemami. Ale wody z wanny po kąpieli nie spuszczał, podobnie jak w ubikacji, uznając to za zajęcia dla pokojówek.