Twoja wyszukiwarka

MARIA SUPRANOWICZ
RADA W RADĘ
Wiedza i Życie nr 8/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 8/1998

PRZYSTĘPUJEMY DO UNII EUROPEJSKIEJ. WIELU Z NAS OBAWIA SIĘ, ŻE JĘZYKOWI POLSKIEMU ZAGRAŻAJĄ INNE JĘZYKI PAŃSTW W NIEJ ZRZESZONYCH, ZWŁASZCZA ANGIELSKI, A NASZA ZOSTAĆ KULTURA MOŻE ZUBOŻONA PRZEZ JEJ DALSZĄ AMERYKANIZACJĘ.

Podczas kolejnego, czwartego już, posiedzenia Rady Języka Polskiego przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk, które miało miejsce w maju, centralnym zagadnieniem były perspektywy języka polskiego we wspólnej Europie. Przypomniano, że w 1975 roku państwa należące do KBWE opowiedziały się za poszanowaniem odrębności kulturowych i praw człowieka. Przyjęcie takiego stanowiska przez Unię Europejską zakłada zatem poszanowanie języka każdego z państw członkowskich.

Czy my, Polacy, możemy czuć się zagrożeni, gdy znajdziemy się w Unii? Czy nasz język będzie powoli wypierany przez inne języki państw do niej należących, przede wszystkim angielski? Profesor Janusz Tazbir, historyk, członek Polskiej Akademii Nauk, obcych wpływów nie uważa za zagrożenie; polszczyzna już niejednokrotnie mogła ulec innym językom, nigdy jednak do tego nie doszło. Co prawda istnieje powiedzenie, iż Historia magistra vitae, ale obecnie obserwowane wpływy języka angielskiego i amerykanizacja kultury europejskiej w najróżniejszych dziedzinach nie mają precedensu. Trudno nie zauważyć ekspansji obcej terminologii w naukach humanistycznych, w informatyce czy naukach społecznych. Tymczasem brak nam planu, który miałby na celu obronę języka polskiego po integracji Polski z Unią Europejską. Trzeba by więc - stwierdzili członkowie Rady - przyjąć zasadę "ograniczonego zaufania" wobec obcej agresji kulturalnej i językowej. A że można się bronić przed amerykanizacją, świadczy choćby przykład Francji, próbującej ocalić swoją językowo-kulturową tożsamość.

Uczestnicy majowego posiedzenia Rady Języka Polskiego, zaniepokojeni wizją grożącego niebezpieczeństwa, sugerowali np. konieczność zachowania w kulturze polskiej tradycji śródziemnomorskiej. Może nawet powrotu do nauczania greki oraz łaciny? Bo nic lepszego nie można zrobić dla polszczyzny, niż uczyć młodych ludzi języków greckiego i łacińskiego - zauważył jeden z dyskutantów. Inni natomiast twierdzili, że zdaniem młodych ludzi świat jest jeden i język też mógłby być jeden. Należy więc - proponowali członkowie Rady - pokazywać młodym bogactwo naszego języka, aby go szanowali i cenili.

Zanim jednak nasz język ulegnie obcym wpływom, Rada Języka Polskiego będzie go ratować, m.in. chroniąc przed wulgaryzmami (obscenami). Dyskusję na ten temat wywołał list nauczycieli z Katowic. Wychowawcy młodego pokolenia pisali m.in.: [...] pragniemy stanowczo zaprotestować przeciwko gwałtownie narastającej, niczym nie uzasadnionej, wulgaryzacji polskiego słownika ortograficznego. Porównaliśmy trzy wyrazy: "dupa", "kurwa" i "pieprzyć" w poprzednich słownikach ortograficznych PWN (1976 i 1983 r.) z tymi samymi wyrazami w najnowszym słowniku (1996 r.). Porównanie tylko tych wyrazów stanowi proporcję 4:53! [...]. [...] wyraz "pierdolić" ma w całym słowniku chyba najbogatszą rodzinę! Najpierw na s. 542 znajdujemy sześć wyrazów: pierdolec, pierolenie, pierdolić, pierdolnąć, pierdoła, pierdołki, a na pozostałych stronach - aż 31! [...]. Układający hasła słownikowe zadali sobie wiele trudu - dopasowując aż 12(!) przedrostków (do-, na-, od-, o-, pod-, po-, przy-, roz-, s-, w-, wy-, za-), czyli wszystkie możliwe - aby ten "wspaniały" wyraz prezentował się w słowniku jak najokazalej. [...]

W "Gazecie Wyborczej", w której list ten się ukazał, redaktor naukowy słownika, prof. Edward Polański, napisał m.in.: [...] Oburzenie autorów listu na wulgaryzację języka i kultury współczesnej jest słuszne. Natomiast nie jest uzasadnione oburzenie na wulgaryzację "polskiego słownika ortograficznego". [...] Wysunięte pretensje pod adresem autorów słownika nie zmienią językowej rzeczywistości. Tylko naiwni wierzą w to, że rzecz, która nie jest nazwana, nie istnieje [...].

Zdania na ten temat były podzielone. Jedni twierdzili, że słowniki nie mogą fałszować rzeczywistości językowej. Inni - że wyrazy nieprzyzwoite i wulgaryzmy powinny być ograniczone do niezbędnego minimum, jako że ze słowników korzysta również młodzież. Oto fragmenty niektórych wypowiedzi: [...] Sama obecność wyrazów wulgarnych w słowniku ortograficznym może nawet mieć działanie terapeutyczne. Niech się jakiejś wrażliwej pani rzuci w oczy hói na płocie, to dozna szoku. Ale po powrocie do domu i sprawdzeniu w słowniku z pewnością się uspokoi: "Ach, to tylko jakieś bazgroły, no, nieładny charakter pisma, lecz sam wyraz niczego sobie. Ten brzydki pisze się przecież zupełnie, ale to zupełnie inaczej!"; [...] nie sądzę, aby jakikolwiek słownik ortograficzny mógł stanowić źródło wulgaryzacji języka i być środkiem propagandy tzw. słownictwa rynsztokowego. Myślę natomiast, że rozpętanie szerokiej dyskusji w mediach mogłoby mieć skutek wręcz odwrotny do szlachetnych intencji; [...] Uważam, że gazeta nie jest właściwym miejscem do prezentowania wulgarnych wyrazów bez uzasadnionej potrzeby. Do tego służy właśnie słownik. A to, że sięga po niego młodzież - bardzo dobrze! Dla niej nie będzie to żadne odkrycie. Ona te wszystkie wyrazy zna już od przedszkola. Tak było, tak jest i tak będzie. Natomiast od nas, od naszych umiejętności pedagogicznych zależy, czy będzie tych wyrazów używać, czy nie. Słownik może w tym być nawet pomocny, bo obecność w nim takiego zakazanego wyrazu powoduje jego desakralizację, odbiera mu posmak tajemniczości. [...]

Stwierdzono, że w słownikach ortograficznych powinny znajdować się tylko formy podstawowe wyrazów wulgarnych i nieprzyzwoitych. W słownikach adresowanych do dzieci i młodzieży nie ma wulgaryzmów lub są ograniczone do minimum. Tak jest w słowniku Z. Saloniego, K. Szafrana, T. Wróblewskiej (Wydawnictwo Naukowe PWN, 1997) czy D. Wesołowskiej i P. Wesołowskiego (Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, 1996). Podobnie jest w słownikach innego typu, przeznaczonych dla młodzieży, np. w ostatnio wydanym etymologicznym K. Długosz-Kurczabowej (WSiP, 1998). Nie ma w nim ani tego wyrazu na d..., ani na k..., ani na p...

A tymczasem już ponad siedemdziesiąt lat temu w Słowniku etymologicznym języka polskiego Aleksandra Brücknera czytamy - o zgrozo! - dupło i dziupło, dupla i dziupla, dupa - wydrążenie, wypróchniałość, dziura, rysa [...]; pierdolić - mówić, pleść, bajać, ludowe powszechne (już od 16 w.), od pierdoła, a to od pierdzieć [...]; zaś w uzupełnieniach: kurwa [...], prasłowo; wszędzie tak samo, tylko na Rusi zamiast tego cerkiewne blad' [...]. Wywody niepewne, więc je pomijam. Jakież tu pole do popisu dla językoznawców - proces wchodzenia w życie niektórych nieprzyzwoitych wyrazów, zmiana ich znaczenia.

Być może również w ramach walki z niebezpiecznymi wpływami obcych języków Rada na każdym swym posiedzeniu dyskutuje na temat poprawności gramatycznej imion nadawanych polskim dzieciom. Na przykład pewna mama chciałaby nadać swemu dziecku imię Dennis, inne pytają o Nicolinę, Olivię i Violettę. Na ostatnim posiedzeniu Rady jej przewodniczący zasięgał opinii co do poprawności imienia Clea. Choć doceniamy troskę Rady, która pragnie zajmować się każdym zagadnieniem dotyczącym polszczyzny, zdziwienie budzą jednak w zasadzie jednostkowe problemy, stawiane w tak poważnym gronie, złożonym zresztą nie tylko z językoznawców. Urzędy stanu cywilnego, gdzie nadaje się dziecku imię, kierują się przepisami ustawy z 29 września 1986 roku, które dokładnie określają, jakie imiona nie mogą być wpisane do akt. Dysponują też Wykazem imion używanych w Polsce, opracowanym przez instytucję Polskiej Akademii Nauk - Komisję Kultury Języka Komitetu Językoznawstwa. W tej Komisji zasiadają sami językoznawcy i do nich kierowane są sporne sprawy z urzędów stanu cywilnego. Dlaczego więc Rada Języka Polskiego przy Prezydium PAN powiela działania Komisji Kultury Języka Komitetu Językoznawstwa PAN - trudno zrozumieć.