Twoja wyszukiwarka

JOANNA KOMOROWSKA
NA TROPACH SENNEGO SZALEŃSTWA
Wiedza i Życie nr 9/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 9/1998

SEN WCIĄŻ KRYJE WIELE TAJEMNIC. NAJNOWSZE BADANIA SUGERUJĄ, ŻE FANTASTYCZNE PRZYGODY, KTÓRE PRZEŻYWA WE ŚNIE KAŻDY Z NAS, TO DOŚWIADCZENIA RODEM Z KRAINY SZALEŃSTWA.

Nie wydaje mi się, żebym teraz śnił, ale nie potrafię tego udowodnić, pisał filozof i logik angielski Bertrand Russell, wyrażając swą dezorientację wobec paradoksalnej natury śnienia. Nie był zresztą w tej swojej rozterce odosobniony - pokolenia mędrców i myślicieli okazywały się równie jak on bezsilne wobec zagadek, którymi co noc raczy nas stan uśpienia. Nawet dziś, mimo wielkich postępów, jakie poczyniła nauka w ostatnich dekadach, sen wciąż bardzo niechętnie odkrywa przed nami swoje tajemnice. Na dobrą sprawę nie potrafimy nawet zadowalająco wyjaśnić, czemu on służy.

Niektórzy badacze uważają wręcz, że wcale nie jest niezbędny do życia, lecz pojawił się w toku ewolucji jako bezużyteczne następstwo wymuszonej środowiskowo bezczynności. Swoją kontrowersyjną tezę podpierają obserwacją, że czasem nawet wielodniowa bezsenność okazuje się dla organizmu obojętna.

Testy na zwierzętach prowadzą tymczasem do przeciwnych wniosków - długotrwała wymuszona bezsenność powoduje chorobę, a nawet śmierć. O niebezpieczeństwach tego stanu, który neurofizjolodzy nazywają deprywacją snu, wydają się również świadczyć - przynajmniej na pierwszy rzut oka - niektóre badania na ludziach. Należy do nich m.in. eksperyment z udziałem nowojorskiego spikera radiowego Petera Trippa. Wprawdzie Amerykaninowi udało się wytrzymać bez zmrużenia oka osiem dni i nocy, odpokutował to jednak na tyle nieprzyjemnymi doznaniami, że czuwający nad nim zespół badaczy czym prędzej zagonił go do łóżka.

OBŁĄKANY Z NOWEGO JORKU

Już w 48 godzinie sennego "postu" Trippa zaczęły nękać halucynacje wzrokowe (pajęczyny w butach). Po 100 godzinach skupienie uwagi na najprostszych zadaniach stało się dla niego istną torturą. W piątej dobie zwidziało mu się, że szuflada, z której wyciąga świeże ubranie, nagle staje w płomieniach, a tarcza zegara miejskiego przeobraża się w twarz przyjaciela. Biedny Tripp nie potrafił już nawet powiedzieć, kim naprawdę jest - sobą czy właścicielem wyimaginowanego oblicza. Co gorsza, zaczął cierpieć na manię prześladowczą, podejrzewając czuwających przy nim badaczy o snucie planów pochowania go żywcem. Nic dziwnego, że ósmego dnia, kiedy na widok uczonych rzucił się do ucieczki, zadecydowano, że najwyższy czas przerwać doświadczenie i wyprawić go do łóżka.

Czyżby problemy Trippa świadczyły o biologicznym uwarunkowaniu potrzeby snu? Możliwe, halucynacje nie pojawiały się bowiem ot, tak sobie. Wręcz odwrotnie, mózg Trippa kreował je z zadziwiającą 90-minutową regularnością - jakby poddając się wskazaniom wewnętrznego chronometru. Identyczne półtoragodzinne interwały dzielą od siebie dwie kolejne fazy REM, czyli etapy snu, w których pojawiają się szczególnie wyraziste senne marzenia. Według niektórych badaczy, mogłoby to dowodzić, że jego szaleńcze halucynacje związane były z okresową ucieczką w świat drzemki.

ODNALEŹĆ SENS W BEZSENSIE

Amerykański neurofizjolog Allan Hobson posuwa się jeszcze dalej. Twierdzi, że nie potrzeba wcale sennej deprywacji, by posmakować wrażeń rodem z krainy szaleństwa. W snach dostrzegamy przecież to, czego nie ma, wierzymy w rzeczy, które w żadnym wypadku nie mogą być prawdą, tracimy poczucie czasu, miejsca i osoby, przeżywamy intensywne emocje, a potem wygodnie wszystko zapominamy. Przekładając to na język psychologii, trzeba by powiedzieć, że ulegamy złudzeniom, czasowo-przestrzennej dezorientacji, niezrównoważeniu emocjonalnemu, wreszcie amnezji.

Jak wyjaśnić tę naszą nocną niepoczytalność? Może podążając tropem wytyczonym przez XVIII-wiecznego filozofa Charlesa Bonneta. On to, bodajże jako pierwszy nowożytny uczony, wspomina o niedomaganiu, które współcześni neurofizjolodzy określają mianem fantomowego widzenia.

Problem dostrzeżony przez Bonneta dotyka osoby z silnie osłabionym wzrokiem - najczęściej z powodu zaćmy - i polega na kreowaniu w ich wyobraźni zadziwiająco realistycznych halucynacji, najczęściej obrazów wielkich budowli oraz ludzkich postaci. Podłożem takich fantomów jest, jak się okazuje, znaczne ograniczenie dopływu bodźców wzrokowych do wyższych ośrodków mózgu - sytuacja, która występuje również podczas snu. Tyle tylko, że w pierwszym przypadku bezpośrednią przyczyną halucynacji są kłopoty "na wejściu", w drugim natomiast, zaaranżowane przez sam mózg, okresowe odcięcie się od świata zewnętrznego.

Jak i dlaczego nasze szare komórki "decydują się" podczas snu na tak drastyczne posunięcie, do dziś nie jest jasne, pewne jest jednak, że kluczową rolę odgrywa w tym procesie pień mózgu, jedna z najstarszych ewolucyjnie struktur mózgowia. W pniu mieści się układ siatkowaty, sieć neuronów oraz włókien nerwowych, które zawiadują procesem pobudzania wyższych ośrodków mózgowych. Przez pień przechodzą również główne drogi sensoryczne. To on jest filtrem informacji docierających z zewnątrz i przekazicielem ich do odpowiednich okolic kory mózgowej, gdzie skonfrontowane z dotychczasowym doświadczeniem nabierają właściwego znaczenia. Jeśli informacji z zewnątrz zabraknie, a układ siatkowaty pozostaje aktywny, jak to się dzieje podczas snu, pojawiają się halucynacje.

Według wspomnianego już wcześniej Allana Hobsona oraz jego współpracownika Roberta McCarleya - twórców interesującej, lecz wciąż kontrowersyjnej hipotezy na temat powstawania snów - aktywność ta spowodowana być może samopobudzeniem neuronów pnia. W fazie REM wysyłają one do kory mózgowej rytmiczne i wyjątkowo silne sygnały, tzw. fale PGO, które bombardują impulsami jej różne obszary, szczególnie korę wzrokową. Oto, jak twierdzą obydwaj uczeni, przyczyna wyjątkowej bezsensowności sennych miraży.

Propozycja jest interesująca, nie należy jednak zapominać, że dziwaczne halucynacje powstają nie tylko we śnie, ale również w innych warunkach: po zażyciu narkotyku, w transie hipnotycznym czy schizofrenii. Jak dotąd, w żadnym z tych stanów nie zaobserwowano pojawienia się fal PGO.

WIARA CZYNI CUDA

W jednym Hobson i McCarley wydają się mieć rację: halucynacjom rzeczywiście towarzyszy nie uporządkowana aktywność wyższych ośrodków mózgu. W normalnych warunkach czuwania porządek zapewnia zorganizowana informacja z zewnątrz. Gdy jej brak, z jednogłosu robi się kakofonia: "neuronalni muzycy" grają każdy na inną nutę, zupełnie tak jakby przestali się nawzajem słyszeć. Mózg stara się z tego chaosu stworzyć jakąś sensowną melodię, każdy jednak, kto pamięta niezwykłość sennych przygód, musi przyznać, że nie za bardzo mu się to udaje. Trudno bowiem nie zauważyć - oczywiście dopiero po zbudzeniu - jak grubymi nićmi szyta jest logika snu. Aż dziw bierze, że akceptujemy ją bezkrytycznie, bez cienia oporu czy niedowierzania, nawet jeśli nagle wyrastają nam u ramion skrzydła, a urocza ciocia Jadzia przeistacza się w żądnego krwi potwora.

Za naszą łatwowierność niektórzy specjaliści obwiniają płaty czołowe kory, które, jak się powszechnie uważa, zawiadują procesem koncentracji i krytycznego myślenia. We śnie, zgodnie ze wskazaniami testów przeprowadzonych rok temu przez Belga Pierre'a Marqueta, ich aktywność znacznie się obniża i to może wyjaśniać, dlaczego dajemy wiarę naciąganej logice sennych przygód. Znów jednak pojawiają się wątpliwości: wcale nie trzeba śnić, żeby naiwnie wierzyć w coś, co nie może być prawdą.

Podobny efekt udaje się również wywołać za pomocą hipnozy, skłaniając hipnotyzowanego do wykonania polecenia, które nie zostało przez niego świadomie zarejestrowane. Powodowany wcześniejszym nakazem hipnotyzera, może on na przykład zabrać się za zdejmowanie buta. Ponieważ jednak nie zna przyczyny swojego dziwnego zachowania, stara się je wyjaśniać, uciekając się do konfabulacji. Stwierdzi więc, na przykład, że swędzi go stopa, albo że postanowił sprawdzić, czy nie ma przypadkiem dziury w skarpetce. Co zaś najciekawsze, sam święcie wierzy w te swoje urojone motywy.

Równie nieprawdopodobne wyjaśnienia swoich irracjonalnych czynów lub przekonań dają osoby cierpiące na tzw. anosognozję (nieuświadomiony niedowład kończyn) oraz schizofrenicy. Pewien psychotyczny pacjent twierdził na przykład, że właśnie umarł i żadnymi argumentami nie można go było wyprowadzić z błędu. Aby mu udowodnić bezpodstawność jego sądu, lekarz postanowił zaaranżować prostą demonstrację. Czy umarli krwawią? - zapytał. Nie, oczywiście że nie - odparł pacjent. W odpowiedzi ukłuty został w palec, z którego wyciekła mała kropla krwi. Nie do wiary! - zawołał zdumiony schizofrenik. - Umarli rzeczywiście krwawią!

Bezkrytyczne akceptowanie irracjonalnych przekonań nie ogranicza się wcale do kilku wyjątkowych okoliczności. Każdy, kto jest wystarczająco mocno przywiązany do swoich opinii, będzie skłonny bronić się przed naporem podważających je informacji. Równocześnie chwytać się będzie każdego, nawet bezzasadnego argumentu, który mógłby potwierdzić jego własne tezy.

PODRÓŻE W BEZCIELESNOŚĆ

Sen tymczasem przynosi ze sobą kolejne zaskakujące zjawisko: pojawienie się tzw. wyśnionego ciała - wyobrażonej reprezentacji naszej cielesnej powłoki. Co jeszcze dziwniejsze, w tym samym czasie nasze rzeczywiste ciało spoczywa w głębokim bezruchu, nieczułe na wyczyny swego wyśnionego alter ego. Bardzo prawdopodobne, że właśnie ten dziwny rozdźwięk pomiędzy subiektywnymi wrażeniami cielesności i ruchu oraz opanowującym nas bezwładem przyczynił się do powstania mitów o sennych wędrówkach duszy. W niektórych rejonach Europy nawet dziś zabrania się obracania śniącego ciała z obawy, że tymczasowo nieobecna du- sza zagubi drogę do domu i na zawsze już będzie się musiała tułać po zaświatach.

Oczywiście, według neurobiologów wrażenie ruchów wyśnionego ciała nie ma nic wspólnego z ezoteryką. Rodzi się ono wskutek pobudzenia ośrodków korowych zawiadujących naszą mięśniową maszynerią. O tym zaś, że ciało spokojnie spoczywa w pościeli, decyduje senny paraliż, który unieruchamia prawie wszystkie mięśnie prążkowane. (Do nielicznych wyjątków należą mięśnie oddechowe i poruszające gałki oczne - one pozostają aktywne nawet w najgłębszym śnie fazy REM).

Błogosławione skutki sennego bezwładu uchodzą zwykle naszej uwadze, chyba że mechanizm zacznie nagle szwankować, tak jak to się dzieje w przypadku pewnej rzadkiej choroby zwyrodnieniowej mózgu. Tu proces centralnego hamowania ruchów ulega zaburzeniu, w efekcie sen często kończy się niewesoło: sińcami, potłuczeniami, a nawet poważ- niejszymi obrażeniami ciała. Przyczyny tego schorzenia upatruje się w wybiórczej degeneracji mostu oraz kilku innych struktur znajdujących się w pniu mózgu.

W zdrowym układzie nerwowym komendy wysyłane przez ośrodki motoryczne śniącej kory są prawie w stu procentach wyhamowywane, zanim jeszcze dotrą do rdzenia kręgowego i zostaną przekazane dalej, do mięśni. Ciało pozostaje więc we względnym bezruchu. Jeśli jednak zabraknie mózgowego "sygnału stop", niczym nie powstrzymane impulsy korowe mkną dalej wzdłuż neuronalnych autostrad rdzenia, aż do efektorów mięśniowych. Fizyczne ciało zmuszane jest do odgrywania urojonych scenariuszy.

Zważywszy niezwykłość zjawisk, jakimi zaskakuje nas sen i związane z nim halucynacje, nie można się dziwić trudnościom, jakie napotykają naukowcy, próbując rozwikłać ich zagadkę. Teorii i hipotez jest więc moc, a niektóre wydają się wręcz żywcem wyjęte z sennego marzenia. Jedni skupiają się na marzeniach sennych i dla nich sen to przede wszystkim źródło inspiracji, bezcenna informacja o ukrytych pragnieniach, a także problemach, z jakimi mocuje się nasza podświadomość. Innych interesuje przede wszystkim aspekt fizjologiczny, dostrzegają więc w śnie mechanizm oszczędzania energii lub ochrony przed nadmiarem szkodliwych bodźców z zewnątrz.

Są też oczywiście mniej popularne propozycje. Na przykład dla Francisa Cricka oraz Graeme'a Mitchisona naczelną rolą snu jest wymazywanie szkodliwych połączeń neuronalnych. O marzeniach sennych, tak hołubionych przez wielu psychologów, mają do powiedzenia tyle, że jest to sterta mentalnego śmiecia, którego co noc pozbywa się przeładowany wrażeniami umysł. Arystoteles zabrnął tą ścieżką jeszcze dalej, przyrównując rojenia nocne do... mentalnej defekacji.

Choć każdej z wymienionych hipotez można zarzucić tę czy inną nieścisłość, wiele wskazuje na to, że właśnie ta ostatnia propozycja, dewaluująca znaczenie nocnych fantasmagorii, okaże się najbliższa prawdzie.