Twoja wyszukiwarka

X.RUT
ROZWAŻANIA O NODZE STOŁOWEJ
Wiedza i Życie nr 9/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 9/1998

Jak wiadomo, trzy punkty wyznaczają płaszczyznę, dlatego stół o trzech nogach nigdy się nie kiwa. Gdyby jednak stół miał chodzić, podnosząc nogi (a nie suwając nimi), trzech nóg byłoby za mało dla sprawnego poruszania się. Stół chodziłby najwyżej jak człowiek z laską, a pewno gorzej, bo nie ma przecież stóp ani nie potrafi tak się wyginać, żeby środek ciężkości przenosić nad zmienną podstawą. Sprawnie poruszające się po lądzie zwierzęta poruszają się na czterech nogach albo skaczą jak kangury. Struś i człowiek potrafią, co prawda, nawet dość szybko biegać na dwu nogach, ale struś poruszający się powoli chodzi niezgrabnie, jak wszystkie ptaki, człowiek zaś za wyzwolenie kończyn przednich od służby ruchu płaci zwyrodnieniem kręgosłupa i stawów biodrowych. Gdy tylko niemowlę przestaje raczkować i filogenetyczny repertuar ruchów wzbogaca o wyuczoną umiejętność chodu, zaczyna pracować na dolegliwości wieku starczego.

Gdyby nasi praprzodkowie dożywali sędziwego wieku i działalność rozrodczą kontynuowali przez całe długie życie, dobór ewolucyjny zapewne położyłby kres tej niestosownej aberracji, jaką jest stałe poruszanie się w pozycji wyprostowanej na dwu nogach. Jednakże właściwie przez cały okres swej egzystencji jako gatunku ludzie umierali (ginęli) - w naszym rozumieniu - młodo, znacznie wcześniej, zanim zdążyły się ujawnić szkodliwe skutki takiej postawy. W każdym razie, dopóki się rozmnażali, zalety dwunożności (i wolnych rąk) przewyższały wady. Ewolucja nie dostawała informacji o sprzeczności budowy kośćca z preferowanym trybem życia, nic więc w tej materii nie zdziałała.

Ewolucja w ogóle nie przystosowała nas do życia po trzydziestce, no - może po czterdziestce. Przez setki tysięcy lat rozmnażające się osobniki naczelnych powyżej tego wieku należały do skrajnej rzadkości, a i te nieliczne zawdzięczały możliwość prokreacji w tak zgrzybiałych latach raczej przypadkowi niż szczególnie udanym mutacjom genotypu. Naprawdę nie można mieć żalu do ewolucji, że nie obdarzyła nas bardziej elastycznymi i trwalszymi naczyniami wieńcowymi, regenerującymi się szarymi komórkami czy lepszymi jądrami galaretowatymi w kręgosłupie. W przyrodzie jak w dobrze funkcjonującym handlu: wszystko można kupić, ale za odpowiednią cenę. Ewolucja zaś pilnuje, żeby wydatki były opłacalne. I jeśli ludzie żyją przeciętnie do trzydziestki (bo padają ofiarą dzikich bestii, pobratymców, głodu albo infekcji), to wydatek energetyczny (antyentropijny) na wyposażenie ich w organy i struktury zdolne funkcjonować np. przez 100 lat jest zupełnie nieuzasadniony. A jak się tak wyposażony osobnik zdarzy, to i tak nie przekaże swoich cech zbyt licznemu potomstwu.

I oto, niemalże dosłownie na naszych oczach, dokonuje się najbardziej nienaturalny proces w przyrodzie. Dzięki świadomym działaniom ludzie wydłużyli swoje życie dużo poza kres wynikający z kompromisu między długością okresu aktywności prokreacyjnej i wydatkiem sił witalnych na trwałość funkcjonalności osobniczej. Po zakończeniu okresu zdolności do prokreacji ludzie żyją teraz (przeciętnie) drugie tyle. Jak zawsze, mówiąc o ludziach, trzeba spojrzeć na kobiety. To, że mężczyźni zdolni są do prokreacji znacznie dłużej niż kobiety, jest zabawną konsekwencją nienaturalności procesu, o którym mowa.

W naturalnych warunkach sam fakt wytwarzania nasienia nie stanowiłby jeszcze o zdolności do prokreacji, gdyż żadna kobieta nie chciałaby za ojca dla swego potomstwa osobnika o wyraźnie ograniczonych możliwościach zapewnienia fizycznego bezpieczeństwa. To znowu dopiero świadoma działalność człowieka spowodowała, że samiec o zwiotczałych mięśniach, ale zasobnym portfelu, może zapewnić potomstwu bezpieczniejszy byt niż dorodny Tarzan w kwiecie biologicznego wieku.

No i żyjemy sobie znacznie dłużej niż wynosi okres biologicznej "gwarancji". A że w okresie "pogwarancyjnym" funkcjonuje się nam nie najlepiej, wymyślamy sposoby na poprawę samopoczucia. Do niedawna były to różne pomysły działające lokalnie, na danego osobnika. Teraz zaczynamy przemyśliwać, jak by tu pomajstrować w genach, wprowadzić "poprawki", które będą przekazywane następnym pokoleniom. Oczywiście - same tylko pozytywne! Bieda w tym, że tak usilnie chcemy osiągnąć to, co pozytywne, że nie zwracamy uwagi, często nawet nie mamy czasu zwrócić uwagi na skutki oboczne, niekiedy bardzo odległe od tej sfery, którą się akurat zajmujemy.

Kiedy dr Gregory Pincus, apostoł pigułki antykoncepcyjnej, rozwijał swoją kampanię, wydawało się, że oto nastąpiło "wyzwolenie kobiet z kajdan pożądania" (sformułowanie pani Lindy Grant z książki Sexing The Millenium). Zawroty głowy, nudności czy migreny wydawały się niewielką ceną. Gorzej, gdy pojawiły się schorzenia dróg moczowych, skrzepy i niezła gama chorób serca. Dzisiejsze pigułki już nie mają tych skutków, choć nikt nie może ręczyć, że nie mają innych. Załóżmy jednak, że są już całkiem bezpieczne. Okres dochodzenia do bezpieczeństwa trwał więc prawie pół wieku od uzyskania pozytywnie działającej i dopuszczonej do sprzedaży pierwszej pigułki antykoncepcyjnej.

Pół wieku manipulacji genetycznej przekazywanej potomstwu to kilkadziesiąt milionów osobników obdarzonych "usprawnieniem z drobnymi defektami", osobników dalej przekazujących to usprawnienie i te defekty dalszym pokoleniom. Może po pół wieku nauczymy się lepszej manipulacji, dającej tylko usprawnienie, bez znanych złych skutków. Ale co zrobimy z szerzącymi się "drobnymi defektami"? Wymyślimy nową manipulacyjkę? Która usunie te defekty, ale przez pierwsze pół wieku będzie mnożyć inne. I tak dookoła Wojtek, na większą kasę firm farmaceutycznych, pardon, biotechnolo.

Powoli się uczymy, oj, powoli. Ile czasu upłynęło, zanim zrozumieliśmy, że benzocośtam, owo Librium, Valium czy Relanium, to nie tylko Nirwana w pigułce, złagodzenie trosk i uśpienie lęków, ale także narkotyk o wyjątkowo obrzydliwych stanach odwykowych? Ano też prawie pół wieku!

Z jakieś pół wieku dowiemy się zapewne, że kuracja HRT (Hormone Replacement Therapy), aplikowana dziś tak powszechnie paniom w pewnym wieku, przynosi więcej szkody niż pożytku, a większości kobiet nie jest wcale potrzebna, choć znakomicie wpływa na bilans handlowy przemysłu farmaceutycznego.

Najśmieszniejsza jest Viagra. Za jedne 10 dolarów siedemdziesięcioletni Romeo może przez jedną krótką noc jak sam August Mocny Sas. To nic, że już pojawiają się doniesienia, że panowie, co leczą serduszka, mogą po Viagrze ten tego, no całkiem zesztywnieć, na amen. To nigdy nie odstraszało! (Porównaj reklamę pewnego przedwojennego wyrobu przemysłu gumowego: Prędzej serce ci pęknie!). Śmieszne, że dożywszy wieku, w którym wielcy poprzednicy chlubili się uwolnieniem od "wściekłych władców" (to dla odmiany Sofokles), nasi współcześni plączą szczęście z erekcją.

Ale i żałośnie śmieszna Viagra, i podstępnie łagodne Valium, i nawet bezmyślnie stosowane antybiotyki szkodzą tylko tym, którzy sami wierzą w pigułkę szczęścia, w najgorszym razie (właśnie te antybiotyki!) - znacznym sektorom obecnej populacji Ziemi. Majsterkowanie w kodzie genetycznym człowieka - nawet z najszlachetniejszych pobudek! - grozi nieprzewidzianymi skutkami następnym pokoleniom, być może wielu następnym pokoleniom.

Kto raz widział dorosłego człowieka, którego mamusia, pragnąc złagodzić nieprzyjemne zjawiska towarzyszące ciąży, zażywała (z porady oczytanego reklamówek lekarza) Thalidomid, ten nigdy nie uwierzy, że istnieje coś takiego, jak pełne przebadanie skutków leku. Nawet wtedy, gdy lek produkuje dostojna firma farmaceutyczna, a co dopiero, kiedy robi to firma biotechnolo, wyskakująca z siebie, żeby te kilkaset milionów zgarnąć, zanim zabronią dalszej zabawy.