Twoja wyszukiwarka

KATARZYNA MOSIOŁEK-KŁOSIŃSKA
ŚWIAT WIDZIANY Z DWÓCH STRON
Wiedza i Życie nr 9/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 9/1998

CZŁOWIEK KOŃCA XX WIEKU MA NIEUSTANNY KONTAKT Z ZDOBYCZAMI NAUKI, A PRZY OKAZJI POZNAJE WIELE SŁÓW, KTÓRYCH ZWYKLE NIE UŻYWA, NA PRZYKŁAD: AMNIOPUNKCJA, AKCYZA, PARYTET, TRANSZA, SYNDYK, CESJA, MENHIR, IZOTOP, MEZOTOR CZY NIBYNÓŻKI. CZY BEZ TERMINÓW NIE POTRAFILIBYŚMY ZROZUMIEĆ I OPISAĆ OTACZAJĄCEGO NAS ŚWIATA?

Bez terminologii niewątpliwie nie można sobie przyswoić wiedzy naukowej, służy ona bowiem specjalistom do precyzyjnego przekazywania informacji. Terminy naukowe są wzajemnie powiązane - użycie jednego z nich wymaga na ogół znajomości innych, a przede wszystkim wiedzy o całej sferze zjawisk opisywanych przez daną gałąź nauki. Odnoszą się one jednoznacznie do pojęć stosowanych w jakiejś dziedzinie, ich znaczenia są zatem bardzo ścisłe, wynikają ze stanu wiedzy na dany temat. Psycholog musi jasno określić, czy pacjent zrobił coś podświadomie czy nieświadomie, czym innym jest bowiem dla niego podświadomość, a czym innym nieświadomość. Tymczasem zwykły człowiek nierzadko używa tych wyrazów zamiennie, nie zdając sobie sprawy z ich znaczeń terminologicznych.

Przenikanie słów z odmian języków zawodowych do języka ogólnego jest zjawiskiem naturalnym. Dzieje się tak za sprawą szkoły oraz prasy, radia i telewizji, które upowszechniają i popularyzują wiedzę naukową. Początkowo słowo jest używane przez specjalistów w danej dziedzinie w swym dokładnym znaczeniu. Po jakimś czasie zaczyna pojawiać się w różnych kontekstach - niekoniecznie w tych dotyczących dziedziny, z której się wywodzi. Powoduje to, iż jego znaczenie "rozmywa się", a wyraz zaczyna być niedokładnie rozumiany i nieprecyzyjnie używany w mediach. Przeciwko takiemu "popularnemu", niedokładnemu używaniu słów buntują się specjaliści. Jednak nie ma na to rady - częste pojawianie się terminu w środkach masowego przekazu skazuje go niejako na to, iż będzie on używany nieprecyzyjnie.

Kiedy ktoś jest smutny, zniechęcony, można powiedzieć, że wpadł w depresję. Jeśli jest on szczególnie czymś zainteresowany, stwierdzimy, że ogarnęła go jakaś mania (On ma dziwną manię przyglądania się wróblom na balkonie). Tymczasem przeciwko używaniu słów depresja i mania w takich znaczeniach mogliby zaprotestować psychiatrzy, gdyż są one medycznymi nazwami chorób, z których pierwsza charakteryzuje się obniżonym nastrojem, spowolnieniem ruchowym i spowolnieniem myślenia, druga zaś jest jakby jej odwrotnością - cechuje ją podwyższony nastrój, nadmierna aktywność i przyspieszony tok myślenia. Jak łatwo zauważyć, ze ścisłych znaczeń terminologicznych do języka ogólnego "przedostały się" tylko te elementy, które odnoszą się do cech najbardziej charakterystycznych obu chorób. Jeżeli termin zaczyna być używany przez niespecjalistów w tekstach o zasięgu ogólnym, najczęściej "skazany" jest na to, iż jego sens ulegnie rozmyciu. Spowodowane jest to różnicami w specyfice tekstów naukowych i nienaukowych - te pierwsze muszą być z natury swej precyzyjne, podczas gdy od drugich nie wymaga się, by takie były.

Wyrazy depresja i mania mają już długą tradycję w polszczyźnie - zarówno w terminologii medycznej, jak i w języku ogólnym. Proces przenikania terminów do języka potocznego możemy jednak obserwować i dziś. Słowo transza, na przykład, pojawia się w prasie, radiu i telewizji za sprawą ekonomii - ma w tej dziedzinie dwa znaczenia: partia towaru stanowiąca część większej całości oraz część pożyczki państwowej puszczona w obieg. Ostatnio można było je znaleźć w tekstach dotyczących prywatyzacji, zwykle zresztą z dodatkowymi określeniami, np. pierwsza transza prywatyzacji. Zapanowała jednak moda na ten wyraz, o czym świadczy fakt, że coraz częściej występuje on poza kontekstami eko- nomicznymi i staje się erudycyjnym synonimem słowa etap. Dyrektor fabryki informuje: Pracownicy dostaną wypłatę w sześciu transzach, reżyser serialu mówi w wywiadzie telewizyjnym o pierwszej transzy realizacji filmu, protestujący przeciwko administracji osiedla mieszkańcy bloku mówią o ostatniej transzy wymiany rur (cytaty z TVP). Nie moż-na jeszcze dokładnie przewidzieć, czy transza będzie efemerydą, czy stanie się synonimem wyrazu etap. Jeśli jednak nieterminologiczne użycie tego słowa się utrwali, to nie pozostanie nic innego, niż taki stan rzeczy zaakceptować.

Jakiś czas temu stało się tak z wyrazem drenaż. Ma on dwa znaczenia specjalistyczne: medyczne - odprowadzanie z organizmu ropy, żółci, krwi za pomocą specjalnych rurek, drenów, i techniczne - osuszanie gleby poprzez odprowadzanie z niej wody za pomocą specjalnych przewodów, drenów. Jak widać, i w jednym, i w drugim użyciu, słowo to odnosi się do wyciągania jakiejś substancji (krwi, żółci, wody) z jakiegoś miejsca (organizmu, gleby). Gdy wyraz ten stał się modny, zaczęliśmy go używać do określania też innych rodzajów "wyciągania" jakiejś substancji z jakiegoś miejsca i utworzyliśmy takie niespecjalistyczne wyrażenia przenośne, jak drenaż kieszeni, drenaż gotówki, drenaż mózgów. Dziś prawie każdy czytelnik gazet wie, że drenaż kieszeni i drenaż gotówki to wyciąganie pieniędzy od ludzi, a drenaż mózgów to "wyciąganie" zdolnych ludzi za granicę, natomiast mało kto pamięta o podstawowym, technicznym znaczeniu słowa drenaż.

Dzieje się tak dlatego, że drenaż kieszeni, podobnie zresztą jak ostatnia transza wymiany rur opisują zjawiska, które nas bezpośrednio dotyczą, nie należą zaś tylko do sfery badań naukowych. "Zwykły" człowiek nie ma na ogół potrzeby mówienia o drenażu pól czy transzy prywatyzacji. Dlatego te słowa, które odnoszą się do rzeczywistości związanej z ekonomią czy techniką, nie mają szans zagnieździć się w języku bez zmiany znaczeń. Jeśli mają się utrwalić w polszczyźnie ogólnej, to muszą zacząć opisywać świat, który nas otacza.

Łatwo zauważyć, że terminy, które w odmianach specjalistycznych, na przykład w psychologii, medycynie, architekturze czy prawie, opisują świat bliski człowiekowi, przenikają do języka ogólnego właściwie bez zmian. Alibi, stres, angina znaczą to samo, zarówno dla prawników, psychologów i lekarzy, jak i dla "zwykłych" ludzi. Znaczenia tych słów w polszczyźnie ogólnej i w naukach są rozumiane podobnie - na przykład stres to, i w psychologii, i w języku ogólnym, napięcie psychiczne spowodowane zwykle przykrymi przeżyciami lub sytuacją, z którą człowiek nie może sobie poradzić. Ponieważ nauka odwołuje się do zjawisk innego typu niż wiedza potoczna, niespecjaliści nie mają potrzeby opisywania rzeczywistości w taki sam sposób jak fachowcy - lekarzowi na przykład potrzebna jest znajomość przyczyn chorób, natomiast "zwykły" użytkownik języka identyfikuje chorobę na podstawie jej objawów. A zatem angina dla lekarza to ostry stan zapalny migdałków podniebiennych i gardła wywołany zakażeniem bakteryjnym, a dla człowieka, który choć raz na nią chorował, to choroba objawiająca się bólami gardła i migdałków oraz często wysoką temperaturą. Używający słowa gen, biolog przywoła dwie informacje: geny mieszczą się w chromosomach komórek płciowych i somatycznych oraz są podstawowymi jednostkami dzie- dziczenia, niepecjaliście tymczasem potrzebna jest wiedza tylko o tej drugiej cesze - gen to dla niego ten składnik organizmu, który jest odpowiedzialny za prze-
kazywanie cech potomstwu.

Odmienność specyfiki języka naukowego i języka ogólnego wy- nika z różnego sposobu postrzegania świata przez użytkowników tych odmian. Ta różnica perspektyw uwidocznia się bardzo wyraźnie w znaczeniach takich słów, które istnieją w języku "od zawsze" i wraz z rozwojem nauki zaczęły przenikać do odmian profesjonalnych. Są to takie wyrazy, jak ptak, biedronka, świnia, pająk, serce, cebula, liść, bąk, a więc słowa, które opisują najbliższą człowiekowi rzeczywistość.

Ptak dla zoologa to zwierzę z gromady kręgowców stałocieplnych z grupy owodniowców, o ciele pokrytym piórami, kończynach przednich przekształconych w skrzydła, szczękach bezzębnych, okrytych rogowym dziobem, rozmnażające się przez składanie jaj. Niespecjalista, aby określić, czym jest ptak, posłuży się innym zestawem cech niż zoolog. Ptak nie jest bowiem dla niego przedmiotem badań naukowych, lecz składnikiem otaczającego go świata. Informacje o budowie anatomicznej ptaków czy o ich miejscu wśród innych żywych stworzeń nie będą mu zatem przydatne w identyfikacji obiektu. Kiedy dziecko zapyta matkę, co to jest ptak, ta odpowie, iż jest to zwierzę, które lata (lub "coś", co lata), ma skrzydła, pióra, dziób i ćwierka.

Terminologia służy precyzyjnemu przekazywaniu in-formacji. Aby wymóg precyzyjności mógł zostać spełniony, słownictwo profesjonalne powinno charakteryzować się jednoznacznością. Oznacza to z jednej strony, że określony termin jest używany (w danej dziedzinie) tylko w jednym znaczeniu, a z drugiej strony, iż odnosi się do ściśle określonego obiektu. Granice między zakresami poszczególnych nazw są wyraź-ne. Kiedy entomolog używa nazwy bąk, to je- dnoznacznie wskazuje na owada dwuskrzydłego z rodziny bąkowatych, którego samice odżywiają się głównie krwią zwierząt, nie zaś na przykład na owada z nadrodziny pszczół, żywiącego się nektarem, gdyż ta druga definicja odnosi się do obiektu, który w terminologii zoologicznej nazywany jest trzmielem. Tymczasem niezoolog nazwę bąk odniesie zarówno do tego, co specjalista określi jako bąk, jak i do tego, czemu odpowiada termin trzmiel. Bąk potocznie bowiem to kolorowy owad o krępej budowie, wydający w locie charakterystyczne buczenie. Zdarza się zatem, że wyraz będący terminem i jednakowo brzmiące słowo o zasięgu ogólnym mają różne odniesienia. Wyraz liść, na przykład, jako termin botaniczny odnosi się do zielonej części zarówno dębu czy klonu, jak i świerku czy sosny. Tymczasem zwykły obserwator przyrody, poproszony o wska-zanie liścia, wskaże na zielony płatek rosnący na takich drzewach, jak dąb, klon, topola czy brzoza. Zapytany, czy świerk i sosna mają liście, odpowie bez wa- hania, że mają one igły.

Istnieje - jak widać - spora rozbieżność między użyciami terminologicznymi a użyciami ogólnymi. Termi- ny odnoszą się do obiektów rzeczywistości uporządkowanej, tej, w której każde pojęcie należy tylko do jednej kategorii i w której poszczególne kategorie są wyraźnie od siebie oddzielone i w bardzo silnym stopniu zhierarchizowane. Zoolog chcący opisać biedronkę umieści ją w rodzinie biedronek, tę z kolei - w rzędzie chrząszczy (inaczej tęgopokrywych), który jest częścią gromady owadów, a ta stanowi element typu stawonogów. Specjalista nie może mieć wątpliwości co do klasyfikacji poszczególnych obiektów - "coś" jest biedronką lub nią nie jest, wiadomo również, gdzie przebiega granica między biedronkami a niebiedronkami. Takie naukowe spojrzenie na rzeczywistość jest jakby spojrzeniem z "lotu ptaka" - ogarnia cały opisywany obszar.

W języku potocznym te ścisłe zasady odnoszenia nazw do obiektów nie obowiązują. Odzwierciedla on bowiem zupełnie inny typ wiedzy - świat widziany z "żabiej" perspektywy, z perspektywy człowieka w nim żyjącego. Świat ten nie jest przede wszystkim tak uporządkowany, jak rzeczywistość widziana oczami specjalisty. Potoczna kategoryzacja jest mniej złożona niż kategoryzacja naukowa - wyróżnia się w niej trzy, najwyżej cztery poziomy. Niezoolog nie posługuje się takimi terminami, jak stawonogi, tęgopokrywe itp. Biedronka to dla niego owad lub po prostu żyjątko czy stworzenie. Rak, który dla zoologa jest skorupiakiem, dla nienaukowca będzie zwierzęciem lub żyjątkiem wodnym. Ptak, którego zoologowie zaliczają do kategorii zwierząt kręgowych, dla zwykłych obserwatorów świata jest zwierzęciem lub istotą. Katego- ryzacja potoczna jest nie tylko mniej złożona niż naukowa, jest także często nieprecyzyjna - nie wiadomo dokładnie, gdzie przebiega granica na przykład między zwierzętami a niezwierzętami. O ile małpa czy pies zostaną zaliczone przez niezoologa do klasy zwierząt, o tyle będzie on już się wahał przy ptaku, krabie, biedronce czy musze.

Fot. BE&W

To rozmycie granic między kategoriami wynika z faktu, iż w języku potocznym sposób definiowania znaczeń jest inny niż w jego odmianach profesjonalnych. Zbudowanie definicji naukowej poprzedzone jest dokładnymi badaniami wszystkich obiektów znajdujących się w polu zainteresowań badacza. Zawiera ona cechy wyznaczone obiektywnie, tzn. "z lotu ptaka". Kryteria klasyfikowania obiektów są zatem precyzyjne i obiektywne.

Potoczna definicja składa się z cech wyodrębnionych na podstawie obserwacji świata z perspektywy jego uczestnika - z "żabiej" perspektywy. "Zwykłego" użytkownika języka nie interesują budowa ani funkcje życiowe jakiegoś stworzenia. Definiuje on znaczenia słów, wskazując na te cechy odpowiadających im obiektów, które mogą być dla niego istotne (przydatność, szkodliwość), są przez niego zauważone (wielkość, wygląd, zachowanie). To, co może być ważne dla specjalisty, np. sposób rozmnażania się przez poszczególne typy zwierząt, okazuje się bez znaczenia dla innych ludzi. Język potoczny jest bowiem antropocentryczny - zawarta w nim interpretacja świata dokonywana jest z punktu widzenia człowieka, który jest składnikiem tego świata i który uważa się za jego składnik najważniejszy, punkt odniesienia.

Na poznawanie świata ma zatem wpływ zarówno wiedza potoczna, przekazywana przez tradycję, kulturę, rodziców, najbliższe otoczenie człowieka, jak i wiedza naukowa, zdobywana dzięki telewizji, radiu, książkom, szkole. Wiedzę potoczną przyswajamy w sposób niejako naturalny - poprzez obserwację rzeczywistości. Informacji o tym, czym jest drzewo, ptak czy rak, "zwykły" człowiek nie czerpie przecież z podręczników. Inaczej postępuje ten, dla którego te zjawiska mają być składnikami wiedzy naukowej - poznaje on je dzięki pracom naukowym, które ze swej natury są precyzyjne.

O przynależności słowa do którejś z odmian polszczyzny - zawodowej bądź ogólnej - decyduje zatem odmienna perspektywa podmiotu poznającego. Ona sprawia, iż znaczenie słowa w każdej z odmian może zawierać inny element nadrzędny (rak - skorupiak/rak - zwierzę wodne), inne elementy różnicujące (rak - ma pięć par odnóży krocznych, z których pierwsza zaopatrzona jest w potężne szczypce, głowa i tułów pokryte są jednolitym grubym pancerzem wapiennym, odwłok składa się z kilku segmentów/ rak - ma czerwone ciało pokryte skorupą, szczypce, chodzi do tyłu) oraz może niekiedy odsyłać do innych obiektów (jak np. bąk, liść, depresja czy mania). Taki podwójny sposób funkcjonowania wyrazów w języku jest zjawiskiem naturalnym.

Czy więc - wracając do pytania postawionego we wstępie - moglibyśmy opisywać świat, nie znając terminologii? I tak, i nie. Z tą rzeczywistością, która nas otacza, która jest nam bliska, doskonale dajemy sobie radę bez używania słów specjalistycznych. Opisując ją bowiem, "uruchamiamy" tę wiedzę, w której terminologia tylko przeszkadza - wiedzę potoczną. Świat, który odkrywają przed nami badacze, dociera do nas za pośrednictwem terminologii. Gdy jednak takie pojęcia, jak spadek koniunktury, wzrost gospodarczy, produkt krajowy brutto, zachwianie parytetu nic dla nas nie znaczą, specjaliści przekładają je na nasz język codzienny i mówią, że nasza gospodarka przypomina rozpędzoną lokomotywę, która jedzie po torowisku nieprzystosowanym do takich prędkości, a w dodatku maszynista dosypał za dużo węgla. Wiedzą, że nie mają innego wyjścia - jeśli coś ma być zrozumiane, musi zostać w sposób zrozumiały przekazane.

Dr KATARZYNA MOSIOŁEK-KŁOSIŃSKA pracuje w Instytucie Języka Polskiego na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego.