Twoja wyszukiwarka

STEFAN BRATKOWSKI
WOJNA
Wiedza i Życie nr 10/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 10/1998

BYŁ TO WESTERN BANKOWY. Z BOHATERAMI WCALE NIEJEDNOZNACZNYMI. NICHOLASA BIDDLE'A MOŻNA BYŁO NIE TRAWIĆ - SWOJĄ WŁADZĘ SZEFA BANKU STANÓW ZJEDNOCZONYCH UWAŻAŁ ZA RÓWNĄ PRAKTYCZNIE WŁADZY PREZYDENTA. ALE NIE DLATEGO WYKOŃCZONO DRUGI BANK STANÓW ZJEDNOCZONYCH.

Z pozoru wyglądało to na pojedynek między arystokratą intelektu a dzikusem z Pogranicza. Niewątpliwie Nicolas Biddle był intelektualistą. Cudowne dziecko z rodziny pensylwańskich kwakrów, syn wiceprezydenta Pensylwanii z czasów Rewolucji Amerykańskiej, w wieku 10 lat dostał się na uniwersytet Pensylwanii. Skończył go, mając lat 13, ale nie dano mu dyplomu: uczelnia przestraszyła się, że dziecko-absolwent ją ośmieszy... W dwa lata później Nicky ukończył na pierwszym miejscu College of New Jersey w samym Princeton, czyli przyszły, słynny uniwersytet. Jeszcze tegoż roku pisywał do pierwszego periodyku literackiego w USA, który zaczął się ukazywać w Filadelfii. Ale - wybrał prawo, kształcąc się pod ręką dwóch znakomitych prawników, z których jednym był jego starszy brat, William.

18-letniego młodzieńca zabrał do Europy jako swego sekretarza poseł Stanów Zjednoczonych; Nicolas zwiedził przy okazji pół Europy - i nadal uczył się z zapałem. 21-letniego zrobił sekretarzem poselstwa w Londynie sekretarz stanu, czyli minister spraw zagranicznych w gabinecie Jeffersona, James Monroe, a ten kontakt zamienił się w bliską przyjaźń między starszym o 18 lat, przyszłym sekretarzem (ministrem) wojny a tak zdolnym młodzieńcem.

Biogram Biddle'a w Amerykańskim Słowniku Biograficznym nie mówi nic o jego kontaktach z bohaterami poprzedniej opowieści: Jacobem Astorem, Stephenem Girardem, Davidem Parishem i Albertem Gallatinem, ale to właśnie Nicolas pomógł sekretarzowi wojny, który nie miał na tę wojnę pieniędzy, w kontakcie z trzema wielkimi biznesmenami, którzy tych pieniędzy dostarczyli. I to nie przypadek, że prezydent Madison, przyjaciel Girarda, i James Monroe zlecili właśnie Biddle'owi, by przygotował projekt statutu dla drugiego Banku Stanów Zjednoczonych.

Nie ma też w jego biogramie nic o tym, kto go uczył wiedzy o pieniądzu, kiedy James Monroe, już prezydent, zrobił go jednym z pięciu "rządowych" wśród 25 członków rady nadzorczej, czyli "dyrektorów" Banku Stanów Zjednoczonych. Wiemy tylko, że Biddle skrupulatnie studiował konieczną do tego wiedzę; ale przypomnę, iż zaproponował potem jego kandydaturę na prezesa Banku Stanów Zjednoczonych po spensjonowaniu Langdona Cheevesa - Stephen Girard...

W poprzedniej opowieści broniłem Banku Stanów Zjednoczonych - bo to naprawdę nie Bank wywołał bankructwa roku 1819. I już wtedy wszyscy wiedzieli, że banki na statutach "stanowych", przede wszystkim te z Południa i rodzącego się Zachodu, nienawidzą Banku Stanów Zjednoczonych "ograniczającego ich aktywność". W roku 1822 sam Biddle napisał, i słusznie, że Bank przy wszystkich kłopotach uchronił kraj przed dominacją nieodpowiedzialnych banków i zalewem banknotami bez pokrycia. W roku 1823 sam został - na wniosek Girarda - prezesem Banku.

Ów biogram Biddle'a cytuje znamienny urywek jego listu z tego czasu:

Mamy dosyć i więcej niż dosyć bankowości w interiorze. Sparaliżowała nas ona i prawie zniszczyła. Czas ześrodkować nasze interesy do banku o jakiejś dla nich użyteczności i dającego im jakieś zyski (bałbym się robić interesy w interiorze do chwili, dopóki nie będzie jasnej perspektywy, jak robić je użytecznie i bezpiecznie), i dlatego byłoby w chwili obecnej sensowne uczynić główną sceną naszych operacji wielkie miasta handlowe.

"Chestnut Street", jak nazywano Bank Stanów Zjednoczonych od jego filadelfijskiego adresu, nie była więc przeciwnikiem interesów nowojorskich - a jednak i Wall Street, centrum pieniężne Nowego Jorku, źle ją znosiła. Tym bardziej - banki z "interioru", którym Biddle przedstawiał ich banknoty do wymiany na twardą walutę...

Biddle zapewnił stabilność systemu finansowego, ale to właśnie jego restrykcje irytowały pionierów z Zachodu. Nie mieli twardej gotówki, potrzebowali banknotów - a tu "ich" banki nie mogły im ich dostarczyć... I lud Ameryki pospołu z właścicielami niewolników z Południa uznał bankierów za darmozjadów, którzy tuczą się kosztem społeczeństwa. Ba, uznał ich niemal za wrogów społeczeństwa. A już na pewno - za wrogów ludu.

Andrew Jackson był żywą legendą. W dosyć kompromitującej drugiej wojnie z Anglią lat 1812-1814 był jedynym dowódcą, który odniósł sukces; dzięki pierwszym zawodowcom wojny po Akademii West Point wygrał bitwę pod Nowym Orleanem, sławną po dziś dzień, choć jak na ówczesne wojny była to mała potyczka. Wygrał i zyskał sławę - oparcie dla przyszłego sukcesu w polityce.

Wedle Alberta Gallatina miał "maniery i ułożenie prostaka z lasu". Gallatin pamiętał wysokiego, nieco wymizerowanego, niezgrabnego mężczyznę w dość prostym stroju, z długimi lokami włosów spływającymi na twarz i ciasno splecionym warkoczem na plecach. Jednakże Daniel Webster, przyszły mąż stanu, wtedy - jeden z członków rady nadzorczej Banku - przyznawał Jacksonowi "prezydenckie" wzięcie; powielany wielokrotnie portret Jacksona, pędzla Ralpha Earla, ukazuje dystyngowanego dżentelmena, ostrzyżonego już zgodnie z modą paryską. Ale też Jackson lat dwudziestych był to zamożny plantator, o wysokiej pozycji w loży masońskiej; wiedział, jak zachować się na salonach, i... jak być grubianinem wobec np. niepożądanych gości.

Ten dawny sierota z Karoliny, prawnik z wykształcenia i praktyki, nie był "człowiekiem znikąd"; zasiadał już w Izbie Reprezentantów Kongresu i w Senacie. W wyborach prezydenckich 1824 roku zdobył najwięcej głosów, ale nie większość bezwzględną, i w Izbie Reprezentantów przegrał z Johnem Quincym Adamsem, synem Johna Adamsa, jednego z ojców niepodległości, człowiekiem elity. Nową kampanię "Stary Hickory", jak go nazywano (od drzewa białego orzecha o bardzo twardym drewnie), zaczął od razu następnego roku. Obrońca ludu, pogromca Indian, pozyskał i plantatorów Południa, i Zachód, Pogranicze. Adams wstydził się oszukiwać i wypędzać Indian z zajmowanych terenów, podpisywał też mało przemyślane taryfy celne. Stąd Jackson w roku 1828 zwyciężył dość łatwo; teraz na pokoje władzy wkraczali bez ceregieli ludzie Pogranicza w swoich traperskich mokasynach i skórzanych spodniach, pewni, że to oni są Ameryką.

Dla Biddle'a, dla całej Filadelfii, a i dla wielu potem historyków, Jackson był "człowiekiem z interioru", bez programu i koncepcji. Jednakże to Jackson bezpardonowo obcinał wszelkie wydatki rządowe i po siedmiu latach, za drugiej swej kadencji, sprowadził dług państwa, sięgający 60 mln dolarów, do zera. Rząd USA jedyny raz w historii Ameryki nie miał wtedy, w 1835 roku, żadnych długów!

Naraził się Jackson, to prawda, całej elicie ówczesnych Stanów Zjednoczonych. Przyzwyczaiła się ona do trzymania urzędów państwowych z elekcji na elekcję, z kadencji na kadencję, nie bez prywatnych z nich korzyści, a tu Jackson wykładał Kongresowi: "Urząd traktuje się jak rodzaj własności, zaś rząd jak środek popierania indywidualnych interesów, a nie jak instrument stworzony wyłącznie dla służby narodowi".

Nie on wymyślił hasło łupy należą do zwycięzcy; to jeden z jego wyznawców. On sam zwolnił z administracji federalnej nie więcej ludzi niż Jefferson, ledwie jedną piątą, głównie - winnych szastania funduszami publicznymi. I nie zatrudnił żadnych zaprzyjaźnionych ze sobą amatorów. Od jego też czasów obowiązuje w Stanach Zjednoczonych zasada rotacji w obsadzie wysokich stanowisk w administracji.

Został jednym z ojców demokracji amerykańskiej; jego epokę historia Ameryki zowie "erą Jacksona". Jacksończycy nazywali siebie "demokratami", co pierwotnie brzmiało w Ameryce jakby kto nazwał się anarchistą - i partia ich pozostała na zawsze "Partią Demokratyczną", choć zaczynali jako "demokratyczni republikanie", przeciwnicy władzy federalnej; "republikanami" stopniowo stali się ochrzczeni na sposób angielski "whigami" - dawni federaliści.

Bank federalny nie obawiał się Jacksona. Biddle mówił z przekąsem: ten szacowny prezydent (cytuję z Beardów) sądzi, że tak, jak skalpował Indian i wtrącał sędziów do więzienia, poradzi sobie i z bankiem. Myli się.

Biddle opłacał z funduszy Banku wpływowych kongresmenów; finansował dyskretnie ich kampanie wyborcze (nie przekupywał jednak Daniela Webstera; wiecznie cytowany list upominającego się o należności Webstera nie dotyczył łapówki, lecz jego wynagrodzenia "dyrektora", tj. członka rady nadzorczej). Miał Biddle swoich ludzi w prasie, którą subsydiował ogłoszeniami. Niepokornym ludziom interesów cofał kredyty, a swoimi banknotami, mocnymi, bo z pełnym pokryciem, wypychał z rynku pieniężnego mało wiarygodne emisje banków "stanowych" - ku wściekłości ich klientów, ponieważ rozwijającej się błyskawicznie Ameryce ciągle brakowało środków obiegowych, nawet tych na pół fikcyjnych.

Furię Jacksona wedle cytowanego tu wielekroć dzieła Beardów obudził Biddle, dyskryminując jego przyjaciół w udzielaniu kredytów. Ale, moim zdaniem, Jackson musiał zaatakować Bank, choćby nawet nie chciał. Jacksończycy nienawidzili Banku Stanów Zjednoczonych. To oni wyliczyli, że na 28 mln dolarów kapitału akcyjnego Ameryki tylko pół procenta, 140 tys. dol., należy do obywateli dziewięciu stanów Zachodu i Południowego Zachodu, podczas gdy z tych stanów wpływa rocznie do Banku 1.64 mln dolarów! "Interior" szukał wszelkich argumentów przeciw "bogatym i dobrze urodzonym"; tych znajdował i w Sądzie Najwyższym, który odrzucił tezę, że Bank nie ma podstaw konstytucyjnych.

W 1832 roku ludzie związani z Biddle'm próbowali w Kongresie na zapas przedłużyć dwudziestoletnią licencję dla Banku, upływającą w roku 1836. Jackson w odpowiedzi oskarżył "bogatych i mających władzę" o to, że próbują rozszerzyć swe przywileje. Biddle, w zadufaniu fachowca, ciągle bardzo pewny siebie, uznał orędzie prezydenta za manifest anarchii, adresowany do motłochu. Finansował kampanię wyborczą jego przeciwnika.

Jackson w rewanżu kazał sekretarzowi skarbu wycofać z Banku Stanów Zjednoczonych wszelkie depozyty rządu federalnego, w tym zwłaszcza w brzęczącej monecie, zakazując równocześnie deponować w Banku i jego 29 oddziałach jakiekolwiek środki rządowe.

Sekretarz skarbu odmówił, uznając polecenie za wyraz niekompetencji. Jackson wylał go natychmiast i mianował innego. Ten odmówił także - i także stracił posadę. Trzeci, Roger B. Taney, zrobił już, czego sobie życzył prezydent. Ale zrobił, bo się zgadzał z jego koncepcją. Sam był programowym zwolennikiem banków "stanowych".

Biddle zareagował - ograniczeniem akcji kredytowej i ściąganiem należności. Wywołał sporo katastrof, liczył, że panika zmusi prezydenta do cofnięcia restrykcji. Panika minęła jednak po kilku miesiącach - i tylko umocniła Jacksona.

Wbrew opinii Beardów, to nie "przypadek" chciał, że wpływy skarbu wtedy wzrastały: gospodarka Ameryki rozkwitała w tempie, z którym trudno porównać nawet eksplozję Rewolucji Przemysłowej w Anglii! Teraz Jackson miał pieniądze, mnóstwo "twardych", prawdziwych pieniędzy, jedynych, które szanował, i skierował je - do banków "stanowych". Nadwyżki rozdawał rządom stanowym na wieczne nieoddanie, by mogły inwestować w rozwój.

Jak zapisał wielki Tocqueville, który obserwował bezpośrednio ten pojedynek, wykształcone warstwy Ameryki opowiedziały się po stronie banku; historycy później też nie umieli oddać racji dzikusowi z lasu przeciw profesjonałowi o kwalifikacjach nie do zakwestionowania. A jednak to on, ten dzikus, dał wtedy napęd koniunkturze i rozwojowi Ameryki.

Kompromitować ma go fakt, że po kilku latach przegrzana koniunktura z jej spekulacją doprowadziła do spadku wartości pieniądza wobec jego nadmiaru, więc do inflacji.

W roku 1836 drugi Bank Stanów Zjednoczonych nie zbankrutował, wbrew informacjom Roberta V. Remini w drugim tomie Historii Stanów Zjednoczonych Ameryki, lecz po prostu w marcu zakończył działalność. Nie było mowy o odnowieniu jego koncesji. Nadała mu statut jako jednemu z banków "stanowych" legislatura Pensylwanii. Zbankrutował nieco później - kiedy już jednak bankrutowali wszyscy.

Wielki John Kenneth Galbraith uznał Biddle'a za nowatora, który przypłacił swe innowacje osobistą klęską. Ale Biddle niczego nowego nie wymyślił. I to on, fachowiec, nie dorósł do wymagań sytuacji. Sytuacji, którą jako jedyny bodaj z historyków rozumiał - właśnie Galbraith. Bo to on dostrzegł falę ekspansji, która niosła wtedy Amerykę; ze starego Michela Chevaliera z roku 1850 przytoczę dwie liczby - w roku 1836 kanałem Erie przypłynęło do Nowego Jorku 22.9 tys. ton pszenicy i mąki, a w roku 1843 - 142.8 tys. ton...

Jesienią tegoż samego roku 1836 wybrano i następnego prezydenta - z ręki Jacksona. Era Jacksona miała trwać dalsze cztery lata.

Nie trwała. Przyszedł kryzys roku 1837. Historycy wiązali go dawniej z żądaniem Jacksona, by urzędnicy brali za grunty państwowe tylko twardą monetę lub banknoty wymienialne na kruszec. Jednakże kryzys zaczął się w Anglii, nie w Stanach; spadek europejskiego popytu uderzył w eksport Ameryki, producenci zostali bez wpływów, sami ograniczyli wydatki; banknotami, których obieg w latach 1830-1836 wzrósł z 61 mln dolarów do około 140 mln, nie było za co płacić.

Banków w roku 1830 było w USA 330. W roku 1836 - 713. Ale choć nawet Galbraith natrząsa się z łatwości zakładania banków i emisji banknotów, wcale nie banknoty bez pokrycia wywołały depresję - straty z tego tytułu w ciągu całych dalszych kilkunastu lat potem nie przekroczyły 2% obrotów. I to w solidnym stanie Massachusetts padł bank, który dla swych banknotów wartości pół miliona dolarów miał ledwie 86.5 dol. w monecie. A w roku 1836 przy obiegu banknotów na 140 mln było monet złotych i srebrnych w kasach Stanów Zjednoczonych na około 40 mln dolarów, czyli naprawdę dosyć. Nie krążyło więc banknotów za dużo; ot, tyle, ile ich rynek potrzebował - i ile zdążyli szefowie banków ze swymi kasjerami... osobiście podpisać (nie wchodził w rachubę druk ani facsimile).

To nie był wcale raj wydrwigroszy, jak to za Andrew Carnegie'm oceniało potem wielu historyków. I nie był to raj głupców. Nowe pomysły szły, jak zawsze, z Nowego Jorku, który też nie trawił monopolu Chestnut Street. Wall Street w roku 1829 sama stworzyła Safety Fund System, prototyp XX-wiecznej Federalnej Korporacji Ubezpieczenia Depozytów. Każdy z banków członkowskich wpłacał obowiązkową składkę na wspólny fundusz rezerwowy - dla pokrycia zobowiązań tych banków, którym by zabrakło środków (nie tylko w razie bankructwa). System nie od razu obmyślono idealnie, ale korygowano w miarę doświadczeń; ograniczono go później wyłącznie do pokrycia banknotów, a pewnym bankom wręcz odmówiono członkostwa. System działał nienagannie 40 lat. Biddle nie zauważył tego wynalazku.

Co ciekawe, choć nowojorską ustawę "o wolnej bankowości" z roku 1838 uznaje się za słup milowy w dziejach regulacji bankowych USA, pierwszym stanem, który wziął się za to pod wpływem kryzysu - był stan z Pogranicza, Michigan. Wymagano tam aż 30% pokrycia w twardej walucie dla emitowanych banknotów, ale żadna kontrola nie mogła tego sprawdzić: zapasy monety w czarodziejski sposób przenosiły się z banku do banku...

W roku 1838, co wiem z XIX-wiecznego francuskiego Grand Dictionnaire Universelle, padło w USA lub zawiesiło wypłaty 450 z 900 już banków. Najwięcej w Michigan. I w ślad za ideami Nowego Jorku legislatura stanu Michigan już w roku 1837 ustaliła, że wprawdzie każdy może założyć bank, jeśli ma co najmniej 100 tys. dolarów w twardej walucie, ale musi zdeponować u stanowego "kontrolera" odpowiednią porcję papierów wartościowych, zaś ten sprzeda je na giełdzie, gdyby ktoś przyszedł do niego z pretensją, że bank odmawia wymiany swych banknotów na twardy pieniądz.

Stan Nowy Jork uchwalił swój Free Banking Act w 1838 roku. Razem z systemem ubezpieczenia depozytów funkcjonowało to wybornie. Inne stany go naśladowały (do roku 1860 tylko jednak 18 z 32 stanów), ale na ogół bez Safety Fund System. Stąd w takim Michigan banki i potem padały nagminnie, bo "kontroler" przyjmował tam niesprzedawalne hipoteki...

W roku 1840 "erę Jacksona" zakończyło uchwalenie przez Kongres ustawy o Skarbie Stanów Zjednoczonych - od tej pory nie można już było środkami państwowymi manipulować na rynku bankowym. Tego też roku następca Jacksona przegrał wybory. Klęskę zadał mu raczej kryzys niż rywal.

Bank Biddle'a zbankrutował w roku 1839. Biddle, chwilowo aresztowany, nie o wiele go przeżył. Ale i on, i Jackson zakończyli życie w swoich posiadłościach ziemskich. Biddle w roku 1844, mając lat 58; "Old Hickory" - rok później, w wieku lat 78. Był z mocniejszego drzewa.

Ryc. Julian Bohdanowicz