Twoja wyszukiwarka

X.RUT
MĘDRCY
Wiedza i Życie nr 10/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 10/1998

Jest w zaświatach krąg, którego nie zwiedził Dante. Nie mógł go zwiedzić, gdyż Pan założył ten krąg dopiero wtedy, gdy wytężona praca Świętego Urzędu zwiększyła napływ dusz na Ziemi potępionych, a przez świętego Piotra przyjmowanych z otwartymi ramionami. Nie chciał dobry Pan, by bogobojni prostaczkowie, wstępujący w owych czasach na rajskie ogrody, gorszyli się sąsiadowaniem z tymi, których poprzedni raz widzieli jako kacerzy, w swądzie palonego mięsa ekspediowanych na Sąd Boski. Przekonanie, że wyższa instancja z reguły uniewinnia, nie było wszak wówczas bardzo rozpowszechnione.

Tak powstał ów krąg, w którym prym wiedli Jan Hus z Giordanem Brunem; dla towarzystwa przysłano im Galileusza, Kopernika i Keplera (z matką o czary oskarżoną). Kartezjusz tak długo prosił, aż go tam przeniesiono, choć się na niego nieco boczyli, uważając, iż pośmiertna odwaga to jednak nie to samo, co żywy ból za życia. Pascal żarliwie przekonywał Pana, że dobrze uczyni, tworząc krąg dla uczonych mężów wszystkich epok. I Pan na to przystał, przenosząc dawnych i polecając świętemu Piotrowi kierować tam nowych. Prefektem owego kręgu mianował Orygenesa, a ochmistrzynią Hypatię, dzięki czemu ów krąg nazwano aleksandryjskim.

Bardzo radował się Pan z utworzenia aleksandryjskiego kręgu. Ilekroć obowiązki Mu na to pozwalały, wymykał się w odwiedziny właśnie tam. Bo zawsze działo się tam coś ciekawego.

A to Piotr Fermat z Pitagorasem namawiali Gaussa, żeby pozwolił zajrzeć do nie publikowanych dowodów twierdzenia zwanego Wielkim, a Gauss, jak to Gauss, opędzał się im, mówiąc, że choć nie tak pokraczne, jak te, co pod koniec XX w. ludzie na dole ogłosili, dowody, które on zna, wciąż są zbyt skomplikowane.

A to Galileusz martwił się, że skoro Watykan de facto przeprosił go za przykrości, jakich mu (tj. Galileuszowi) przysporzył, to może straci prawo pobytu w kręgu aleksandryjskim. Pocieszał go Darwin, mówiąc, że nie przypuszcza, by nawet on musiał się przenosić do innego kręgu po tym, jak pewien sarmacki hierarcha uznał teorię ewolucji gatunków za obowiązującą doktrynę wiary katolickiej.

A to Abélard w przystępie natchnienia wygłaszał mowę o tym, że do zbawienia potrzebna jest szczypta herezji: tak i nie, a Orygenes szeptał w brodę: Taki młody, taki zdolny, dlaczego nie mówi po grecku?

Lubił też Pan pograć sobie w kości, i to z kim - z Nielsem Bohrem! Raz zobaczył to Einstein i tak się tym zmartwił, że zaczął grać nad wyraz smutne melodie na skrzypcach, czego było stanowczo za wiele dla dobrego Pana. Wziął go tedy na bok i opowiedział mu w skrócie podstawy jednolitej teorii, prosząc jednak, by jej Einstein nie rozgłaszał, bo po pierwsze, nikt nie zrozumie, a po wtóre, trzeba jeszcze trochę Wszechświat zmodyfikować, żeby do tej teorii pasował.

W takiej oto miłej atmosferze aleksandryjskiego kręgu toczyli raz dysputę dwaj mędrcy, Balkeros i Gaetano Passer, wspierani przez grona swych akolitów.

Rozpoczął Passer: Słyszałem, cny Balkerosie, iż głosisz fałszywą teorię jednej drachmy na gimnazjon i jednej na portyk. Wiesz przecie, że te kwoty nie wystarczają na bieżące potrzeby, nie mówiąc już o rozbudowie. A w sąsiednich poliach gimnazja i portyki więcej dostają, przez co młodzież sprawniejsza i filozofowie lepsi. Wiesz zaś bez wątpienia, że od sprawności młodzieży zależy potencja polis, a od wymowy filozofów - zachowanie i utrwalenie dobrobytu ową potencją zdobytego.

Liczni i w dysputach zaprawieni socjusze Passera chórem potwierdzili: Dobrze prawi! Tak jest! Mądry Passer, a Balkeros niewart obola! Biada nam, biada!

Balkeros odrzekł: Nie myślałem, że rozum śpi, gdy Passer mówi! Gdzież twe znane poczucie ładu i miary? Czemu nie chcesz chłodnej poddać analizie faktów, jakimi są? Wiesz przecie, że w sąsiednich poliach gimnazja opłacają sami elewi lub ich rodzice, zaś na portyki łożą ci, którzy z owoców myśli filozofów czerpią bezpośrednie korzyści. Jeśli przeto gimnazja i portyki więcej tam dostają, w co wątpić nie śmiem, to sumy owe przyrównać można do opłat za świadczone usługi. Moja zaś teoria odnosi się do datków ze skarbu gminy, które zwyczajowo ofiarowane są każdemu gimazjonowi i każdemu portykowi. Wiesz przecie także, że zgromadzenie gminne nie pozwala zwiększyć poboru podatków, które jedynym są źródłem skarbu gminy. Nie ma więc jak zwiększyć sumy wypłacanych datków, można by jedynie zmienić proporcje...

Tu przerwał mu Passer: Zmiana proporcji nic nie da, powinny być większe kwoty!

Balkeros jednak nie dał się zbić z tropu: Ależ owszem, zmieniając proporcje, można by zwiększyć datki dla tych portyków, w których gromadzą się najbardziej uczynni filozofowie, a ograniczyć lub nawet całkowicie zaprzestać ofiar dla portyków, którymi nikt się nie interesuje. Wtedy - nie zwiększając obciążeń skarbu gminy, nie domagając się nowych ani większych podatków - otóż wtedy można by kilka portyków wyposażyć jak w najzamożniejszych obcych poliach.

Passer nie ustępował: Cóż za horrory głosisz Balkerosie! Wszak wiadomo, że portyki nie uznają żadnych doczesnych kryteriów oceny, że dopuszczają jedynie osąd potomnych, od współczesnych zaś wymagają jednakowego traktowania. Któż zresztą odważyłby się oceniać portyki, chyba tylko Rada Stu Najmądrzejszych sama de iure ocenie niczyjej nie podlegająca, ale, jak wiesz, RSN twierdzi, że powinny kwitnąć wszystkie kwiaty.

Usłyszał to przechodzący obok Konfucjusz i, przygryzając swe długie, cienkie wąsy, po cichu powiedział ni to do siebie, ni to do zgromadzonych: Kto mówi o stu kwiatach, ten szykuje spiczaste czapki i czerwone książeczki. Ale nikt na niego nie zwrócił uwagi, tylko Najwyższy, przysłuchujący się sporowi, tym razem w bezpostaciowej postaci, uśmiechnął się smutno, gdyż wiedział, że Konfucjusz ma rację. Passer zaś ciągnął:

Nie można zaś, Balkerosie, bytu portyków uzależniać od kaprysu publiczności, która dziś tym, jutro zaś zgoła innym skłonna by płacić za porady i nauki. Jest świętym obowiązkiem gminy wszystkich filozofów utrzymywać, twoja teoria jednej drachmy jest zgubna dla filozofów, a tym samym dla gminy! Spójrz wkoło: gdzie gimnazja liczne i portyki dobrze wyposażone, tam lud szczęśliwy i zamożny.

Balkeros na to: Prawda, prawda. Lecz co przyczyną, co zaś jest skutkiem? Wszak lud zamożny chętnie opłaca gimnazjony swym dzieciom i sowicie wynagradza filozofów, których rad słucha! I każdy tym łacniej to czyni, im większy ma wpływ na to, do kogo idą drachmy i obole z jego sakiewki. Ty zaś uważasz, że choć poszczególni obywatele nie chcą sami łożyć na gimnazjon swych dzieci ani opłacać wybranego portyku, można im zabrać srebrniki i w gminny datek na gimnazja i portyki przekształcić? Wierzysz, że opinia areopagu jest celniejsza niż opinia obywatela? Nie sądzisz, że zawsze będzie ona skłaniać się ku utrzymaniu tego, co istnieje, zamiast krzewienia tego, co potrzebne?

Obruszył się na to Passer: Dlaczego sądzisz, o Balkerosie, że to, co istnieje, nie jest tym, co potrzebne?

W tym momencie zabrzmiały głośne oklaski, to Hegel, który przysiadł w pobliżu, wyrażał swe zadowolenie z takiego obrotu sprawy.

Balkeros nie dał się jednak zastraszyć: Choćby nie sam jeden Hegel, ale i wszyscy jego uczniowie (tu spojrzał znacząco w stronę dziwnie cichego dziś Marksa) twierdzili, że to, co istnieje, jest najlepsze z możliwych, i w tej, i wielu innych sprawach twierdzę, że utrzymywanie status quo jest rzeczą szkodliwą, a nawet niemoralną. Nie wątpię bowiem ani przez moment, że utrzymywanie z gminnego datku Kolegium Nieomylnych z ich sowitym uposażeniem jest marnotrawstwem skarbu gminy, a gdy brak grosza na założenie nowych gimnazjów - po prostu jest karygodne, zwłaszcza że o nieomylności Nieomylnych świadczyć wolno samym tylko Nieomylnym! Twierdzę też, że opłacanie Portyku Dedala, nadal opiewającego doskonałość skrzydeł woskiem zlepianych, jest szaleństwem, dla gminy zaś - wydatkiem bez usprawiedliwienia. I jeśli wszystkie datki gminy, na Nieomylnych, na Portyk Dedala, na Portyk Syzyfa i na inne równie szlachetne, co bezsensowne cele, przeznaczyć na to, co rzeczywiście wymaga wsparcia, nie okładając obywateli nowym podatkiem, można podwoić datki dla ważkich portyków. Niech Nieomylni, Dedalowcy, Syzyfowcy i im podobni zyskają wsparcie obywateli bez pośrednictwa areopagu! Wtedy uwierzę w celowość ich działania, w słuszność ich egzystencji.

I toczył się ten spór Balkerosa z Gaetanem Passerem w blasku gasnących gwiazd, w aleksandryjskim kręgu zaświatów, aż dobry Pan zesłał na słuchaczy sen krzepiący, a protagonistów postanowił przenieść do zupełnie innego kręgu, którego racje Beatrycze Dantemu dawno wyłożyła.