Twoja wyszukiwarka

JANUSZ TAZBIR
EUROPA, ALE TA GORSZA
Wiedza i Życie nr 10/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 10/1998

PRZEKLEŃSTWEM NASZYCH DZIEJÓW JEST TO, ŻE ILEKROĆ EUROPA ZNAJDOWAŁA SIĘ NA WIRAŻU, TYLEKROĆ SARMATOM COŚ PRZESZKADZAŁO W KORZYSTANIU Z OWOCÓW POSTĘPU GOSPODARCZEGO, TECHNICZNEGO CZY CYWILIZACYJNEGO.

Podczas konferencji poświęconej granicom Europy, która odbyła się w grudniu 1996 roku na Uniwersytecie Warszawskim, mówiono przede wszystkim o środkowo-wschodniej części naszego kontynentu. Uchylając się od udziału w sporze o jego granice, pragnę tylko zaznaczyć, iż wyraźna awersja do terminu "Wschodnia" bierze się nie tylko z obawy przed utożsamianiem Polski, Czech lub Węgier z Rosją, ale i z uznania pojęć typu Wschód (czy Orient), wschodni (lub orientalny) za zdecydowanie pejoratywne, bo sytuujące nas poza kręgiem "wyższej, prawdziwie europejskiej" cywilizacji. Nie darmo jeszcze dzisiaj tak często bywa przypominana strofa Rudyarda Kiplinga: Och, Wschód to Wschód i Zachód to Zachód. I nigdy nie spotkają się. Żadnemu z Francuzów czy Niemców nie przychodzi też do głowy mówienie, iż zamieszkuje środkowo-zachodnią część Europy.

Już w Rzeczypospolitej XVI wieku mieszkańców oraz państwa Azji zaczęto uważać za coś zdecydowanie gorszego. Historyk Marcin Bielski pisał z dumą, że Europianie (jak nazywał ludność naszego kontynentu renesansowy poeta Sebastian Klonowic) posiadają spisane prawa i mogą swobodnie, dziś byśmy powiedzieli - bez paszportów, jeździć z kraju do kraju, czego nie masz w "despocjach" południowych (Wysoka Porta) oraz wschodnich (Państwo Moskiewskie). Mieszkańcom Rosji odmawiano prawa do nazywania się Europejczykami ze względu na wyznanie, określając ich wręcz mianem "półpogan". Obok różnic wyznaniowych w XVI-XVII stuleciu akcentowano także i polityczno-ustrojowe. Polska była w naszej literaturze pięknej oraz publicystyce przedstawiana jako bastion (przedmurze) chroniący Europę przed despotyzmem, i to zarówno w jego turecko-tatarskim, jak i moskiewskim wydaniu. Rosja miała więc leżeć nie tylko poza obrębem katolicyzmu, ale i strefy wolności.

W epoce renesansu oraz baroku czeska, węgierska czy polska elita intelektualna nie miały najmniejszej wątpliwości, że ich ojczyzny leżą w Europie. Dopiero w dobie oświecenia zaczęto na zegarze dziejów odliczać wieki dzielące te kraje od zachodniej części kontynentu. Działacz oświeceniowy Piotr Świtkowski pisał, iż gdy wszystkie Europy kraje już wiek XVIII kończą, Polska zawsze trwa prawie w XVI. Stanisław Staszic dystans ten oceniał jeszcze bardziej pesymistycznie, twierdząc, iż Rzeczpospolita Obojga Narodów tkwi jeszcze w XV stuleciu. Możemy się dziś chlubić wielkością państwa Jagiellonów (a później Wazów). Nie zmieni to jednak faktu, iż dystans, jaki już w czasach starożytności wytworzył się pomiędzy posiadłościami imperium rzymskiego a pozostałym obszarem Europy, w ciągu następnych stuleci powiększał się lub malał. Nigdy wszakże nie uległ całkowitej likwidacji.

Z przełożonej przed trzema laty na polski książki Piotra S. Wandycza Cena wolności: historia Europy Środkowo-Wschodniej od średniowiecza do współczesności (Kraków 1995) wynika niedwuznacznie, że leżeliśmy w tej "gorszej" części kontynentu. Nie bardzo się nad tym zastanawiano w XVI i XVII wieku. Dopiero w dobie zaborów gruntuje się - przyjmowane z pokorą i rezygnacją - przekonanie o naszej młodszości cywilizacyjnej. Hasło pod tym właśnie tytułem znajdujemy w Encyklopedii staropolskiej Aleksandra Brücknera, który - z tak częstym u tego polihistora brakiem konsekwencji - pisał tamże: efektowne to powiedzenie niczego nie wyjaśnia. Na przełomie XV i XVI w. żadnej owej młodszości świat w Polsce nie zauważył.

Istotnie, przez pierwszych pięćset lat istnienia państwa czeskiego, węgierskiego czy polskiego różnice dzielące te kraje od Francji, zachodnich Niemiec, Anglii lub Włoch ulegają stopniowemu zmniejszeniu. Dopiero po wplątaniu się w wojny religijne, zapoczątkowane przez husytyzm, zaczyna się stopniowy upadek kultury czeskiej. Inwazja turecka (1526 - klęska pod Mohaczem) kładzie kres świetności Węgier; polska "wojna dwunastoletnia" (jak można nazwać okres pomiędzy rokiem 1648 a 1660) przekształci w następnym półwieczu Rzeczpospolitą z podmiotu w przedmiot dziejów. I to na okres blisko trzech stuleci. Węgry powrócą jeszcze, przynajmniej częściowo, do dawnej świetności (za czasów dualistycznej monarchii austro-węgierskiej, do której rozbicia w 1918 roku walnie się notabene przyczyniły). Polska i Czechy nigdy już nie odzyskają dawnego blasku.

Przekleństwem naszych dziejów było to, że ilekroć Europa znajdowała się na wirażu, tylekroć Sarmatom coś przeszkadzało w korzystaniu z owoców postępu gospodarczego, technicznego czy cywilizacyjnego, jaki miał miejsce na zachodzie kontynentu. W XVII stuleciu owym hamulcem stały się ciągłe wojny i anachroniczny ustrój, w dwa wieki później zabory, po 1945 roku dominacja komunizmu, który się załamał nie tyle na skutek terroru czy dążeń niepodległościowych, ile ze względu na ewidentną niewydolność gospodarczą. Stała się ona oczywista zarówno dla rządzonych, jak i dla samych rządzących. Jak długo mógł przetrwać "Kościół", w którym wszyscy stracili wiarę w sens jego dalszego istnienia?

Już kilkaset lat temu Zachód uważał nas za lekkomyślnych, skłonnych do pijaństwa i obżarstwa; opinia ta nie zmieniała się przez wieki; Michał Stachowicz, Dożynki, XIX w., Muzeum Narodowe w Warszawie

Opiniami o Polsce i Polakach, formułowanymi nad Sekwaną, Tybrem i Renem, można zapełnić wiele tomów. Zmieniały się one oczywiście z upływem stuleci, równocześnie jednak można w nich wydzielić pewne, dość stabilne, wątki. W żadnej chyba epoce francuskie czy włoskie, nie mówiąc już o angielskim lub hiszpańskim, zainteresowanie naszym krajem nie było zbyt duże. Tylko na pewien czas ożywiał je wybór na tron polski obcego władcy oraz cudzoziemskie królowe, od Bony Sforzy poczynając, a na Marii Kazimierze kończąc. Potem wszystko wracało do normy, w której na ogół akcenty krytyczne brały górę nad pochwałami. W XIV i XV wieku chętnych słuchaczy znajdowała propaganda krzyżacka, zarzucająca nam korzystanie z pogańskich posiłków w walce z katolickim Zakonem.

W XVI stuleciu obraz Polaka jest kreślony w jaśniejszych barwach. Zwykło się pisać o jego przywiązaniu do wolności, chwalono wielkoduszność i męstwo naszej szlachty. Równocześnie jednak pomawiano ją o próżność, lekkomyślność, pychę, skłonność do pijaństwa oraz obżarstwa (lubią próżnowanie i hulanki - pisał papieski nuncjusz, Juliusz Ruggieri). Szczególnie złośliwie wypowiadali się na ten temat autorzy niemieccy, chętnie przedstawiający Rzeczpospolitą jako kraj wielkiej ilości dziwek (grosse Menge Huren), złodziei i łotrów oraz ich potomstwa. Pochwałę przywilejów stanowych szlachty zaczyna coraz częściej zastępować wytykanie jej skłonności do anarchii, która miała być nierozłączna z charakterem narodowym Polaków. Szkocki pisarz polityczny Jan Barclay (1613) pisał o Sarmatach: Naród to zrodzony do gwałtów i swawoli, którą wolnością nazywają. I dalej: Najbardziej w siebie wierzą: nie mniejsza jest żądza swobody w oby-czajach i w życiu grubiańskim niż w rzeczach religii i Boga. Zdaniem Barclaya, Polaków ma także cechować skłonność do okrucieństwa.

Orientalizacja stroju szlacheckiego, jaka nastąpiła w XVII stuleciu, wywoływała szok na Zachodzie, przyzwyczajonym gardzić wszystkim, co przypominało Azję. Pod wrażeniem poselstwa polskiego, które w 1645 roku przybyło do Paryża po Ludwikę Marię - przyszłą żonę Władysława IV Wazy, później Jana Kazimierza - dwórka królowej Francji, Franciszka de Motteville zanotowała, iż w strojach stara się ono naśladować przepych dworu tureckiego. Pozorna świetność tych ludzi ma w sobie coś dzikiego: nie noszą oni bielizny, nie śpią jak inni w pościelach, lecz w futrach, w które zawijają się [...] Do tego brudni. Po przeczytaniu tych słów łatwo zrozumieć wizytki francuskie, które - sprowadzone do Warszawy przez Ludwikę Marię - ze zdziwieniem zanotowały: Wyobrażano nam Polaków jako naród barbarzyński, zabobonny i nieprzyzwoity, gdy tymczasem znalazłyśmy go wcale innym, z czego przekonałyśmy się, iż ludzie, którzy opowiadali takie rzeczy, zostawali w błędzie lub byli nieprzychylni temu narodowi.

Z kolei zwłaszcza we francuskich relacjach z Rzeczypospolitej doby rozbiorów na plan pierwszy wysuwano znęcanie się szlachty nad chłopami, podobnie jak biali czynili to z czarnymi niewolnikami w Ameryce Północnej. Hubert Vautrin, francuski pisarz polityczny doby oświecenia, wmawiał nawet czytelnikom, jakoby któryś z Radziwiłłów kazał rozpruć brzuch jednemu ze swych poddanych, aby kurować się z dręczącej go choroby, trzymając stopy w jego wnętrznościach. Dopiero ostatnio udało się ustalić pochodzenie tej ponurej opowieści, nie znajdującej poświadczenia w źródłach polskich. Powstała ona w XVI wieku we Francji, gdzie była wykorzystywana w polemice wyznaniowej z okresu wojen religijnych. Okrucieństwo polskiej szlachty miało, zdaniem encyklopedystów, usprawiedliwiać podział jej ojczyzny pomiędzy monarchów, hołdującym zasadom oświeconego absolutyzmu.

Naród to zrodzony do gwałtów i swawoli, którą wolnością nazywają; najbardziej w siebie wierzą - pisano w XVII wieku o Polakach, krytycznie oceniając skłonność szlachty do anarchii i jej okrucieństwo wobec poddanych; Mikołaj Bazyli Potocki, malarz nieokreślony, XVIII w., Muzeum Narodowe w Warszawie; Boreyko, kasztelan zawichojski, malarz nieokreślony, około 1730 r., Portret Węglińskiego, podskarbiego chełmskiego, malarz nieokreślony, około 1750 r., Muzeum Okręgowe w Tarnowie

Choć zdawano sobie z tego po trosze sprawę, to jednak co najmniej od połowy XVIII stulecia Francję można nazwać wielką, choć nie odwzajemnianą, miłością Polaków. W XIX stuleciu ich krytyka wychodziła nie tylko z ust przeciętnych zjadaczy chleba, dla których nasi rodacy byli egzotyczni i odważni, ale równocześnie nieznani, nieobliczalni, pozbawieni poczucia rzeczywistości i skazani na wieczne klęski (Jerzy W. Borejsza1). Opinie te podzielało wielu przedstawicieli francuskiej elity intelektualnej, żeby wymienić choćby znanego poetę i dyplomatę, Alfonsa Lamartine'a, który jako minister spraw zagranicznych w 1848 roku zyskał sobie pełne uznanie rosyjskiej ambasady w Paryżu. Lamartine - pisze Zygmunt Markiewicz2 - jest niewątpliwie jednym z najbardziej zaciekłych nieprzyjaciół Polski i Polaków w literaturze świata; chyba tylko oskarżenia Dostojewskiego mogą iść w porównanie z pełną nienawiści postawą poety francuskiego.

Mimo romansu z panią Eweliną Hańską uwieńczonego małżeństwem, także i Balzak w powieściach składających się na Komedię ludzką w dość szczególny sposób przedstawiał Polaków. We francuskiej literaturze pięknej XIX wieku są oni reprezentowani przez oderwanych od rzeczywistości dziwaków, dość często również przez lekkomyślnych utracjuszy chętnie zaglądających do kieliszka. Klisza ta pozostała trwałą aż do drugiej połowy naszego stulecia, skoro w tak popularnej serii powieści policyjnych Georges'a Simenona Polacy to niemal z reguły agresywni awanturnicy czy nawet kryminaliści. Wielbiciele Zachodu pomijali na ogół te czarne (lub trącące komizmem) stereotypy zażenowanym milczeniem. Znajdowały się one w zbyt jaskrawej kolizji z ciągłymi nadziejami Sarmatów na pomoc militarną Zachodu, która pozwoliłaby im wygrać kolejne powstanie. Uwiecznił to Bolesław Prus, właściwie rozszyfrowując ów kult Napoleona, który nas tak bardzo śmieszy, a zarazem rozczula u Rzeckiego. Bohater Lalki należał, zdaniem Jana Lechonia, do grona niepoprawnych optymistów, którzy całe życie spędzali na wypatrywanie w gazetach, czy się jakiś nowy Bonaparte nie ruszy, ten, który nareszcie raz na zawsze zbije Niemców i Moskali.

Nadzieje starego subiekta pozostawały w zasadniczej sprzeczności ze stałą zgodą Zachodu na utrzymywanie się ustrojów despotycznych w "gorszej" części Europy. W XV-XVII stuleciu oddawał jej część we władanie Turcji, gdyż podboje kolonialne były i łatwiejsze, i bardziej zyskowne od montowania krucjat antyosmańskich. Prowadzona od początku XVIII stulecia ekspansja rosyjska w głąb naszego kontynentu (swego rodzaju Drang nach Westen) nie spotkała się z poważniejszą reakcją ze strony państw zachodnich. Pod koniec II wojny światowej Waszyngton i Londyn bez większych oporów podpisały układy jałtańskie wynagradzające hojnie ZSRR za aktywny udział w wojnie z Trzecią Rzeszą. Jak wynika z dopiero ostatnio otwartych archiwów, zarówno Amerykanie, jak Anglicy nie żywili złudzeń, iż Kreml uszanuje suwerenność państw przekazanych sobie pod kontrolę. Złudzenia polegały na czym innym, mianowicie na naiwnej wierze, że Stalin będzie przestrzegać ustalonej w Jałcie oraz Teheranie granicy wpływów. Stąd zarówno blokada berlińska z 1948 roku, jak i wojna w Korei, która wybuchła w dwa lata później, okazały się tak wielkim zaskoczeniem dla Zachodu.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że ustępliwa polityka "lepszej" Europy wobec posuwania się najpierw Turcji, a potem Rosji w głąb kontynentu wynikała nie tylko z przekonania, iż nie warto umierać za przysłowiowy Gdańsk, ale i z poglądu, że mieszkańcy środkowo-wschodniej Europy są jej mieszkańcami tylko w geograficznym tego słowa znaczeniu. W gruncie rzeczy od pokoleń przywykli do rządów despotycznych, z którymi łatwiej jest się zresztą porozumieć. Nader znamienny pod tym względem wydaje się ten fragment pamiętników pisarki, filozofa, towarzyszki życia Sartre'a, Simone de Beauvoir, w którym czytamy, iż w razie zajęcia przez Rosjan Paryża byli skłonni oboje (ona i J.P. Sartre) popełnić samobójstwo. Co nie przeszkadzało tej parze "mandarynów" stawać w obronie radzieckiej polityki zagranicznej oraz w negowaniu samego istnienia łagrów. Jak widać, reżim komunistyczny był - zdaniem Simone de Beauvoir - odpowiedni jedynie dla mieszkańców "gorszej" części Europy. Nie trzeba przypominać, iż polityka okupacyjna Trzeciej Rzeszy prowadzona na tym terenie różniła się diametralnie od tej, którą stosowano we Francji, Belgii czy Holandii.

Fascynowała nas kultura Francji, później wzorowaliśmy się na Anglii, choć ani te kraje, ani inne zachodnioeuropejskie nigdy specjalnie nami się nie interesowały; Marcello Bacciarelli, Portret Apolonii z Ustrzyckich Poniatowskiej z synem Stanisławem jako Flory z amorkiem, około 1757 r., Juliusz Kossak, Portret konny hrabiego Łubieńskiego z córką Emilią, XIX w., Muzeum Narodowe w Warszawie

Zapoznanie się z tymi syntezami dziejów naszego kontynentu, jakie ukazują się w Paryżu, Londynie czy Rzymie, potwierdza słuszność konstatacji Stefana Kisielewskiego, który już przed laty (w 1980 roku) pisał: Czytając wciąż zachodnią prasę denerwuję się, iż oni uparcie Europą nazywają tylko siebie: kraje zachodniego półwyspu po rzekę Łabę [...] A my, Polska, Czechosłowacja, Węgry, Białoruś, Litwa i inne, to właściwie co?! O nas się w tym kontekście nie wspomina, widać do Europy nie należymy. Dlaczego, od kiedy, w jaki sposób, geograficznie, politycznie, ideologicznie?! O tym się też nie mówi - po prostu stwierdza się, że Europa jest tam, nie tu.

Doskonałą ilustrację tych słów stanowi zbiorowa Historia Europy (dzieło aż tuzina autorów), którą Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne ogłosiły przed czterema laty w polskim przekładzie. Jedynie Czechy zostały w tej osobliwej syntezie szerzej uwzględnione, a to zapewne dzięki obecności wśród autorów Jiriego Grusy, dawnego ambasadora Czechosłowacji w RFN. Gdybyśmy uznali Historię Europy za obiektywny i możliwie pełny wykład jej dziejów, to należałoby z rezygnacją przyznać, iż w gruncie rzeczy Polska nigdy do tej wspólnoty cywilizacyjno-wyznaniowej nie należała. Autorom zarysu nie chciało się nawet zajrzeć do któregoś ze szkolnych atlasów: inaczej nie poprzekręcaliby tak straszliwie nazw większych miast rosyjskich oraz nie przenieśliby Łazienek z Warszawy nad Bug (dopiero polski wydawca umieścił je w stolicy Rzeczypospolitej).

Również i w pracach poświęconych wielkim prądom kultury europejskiej - od humanizmu i renesansu poczynając, a na oświeceniu kończąc - wkład narodów zamieszkujących środkowo-wschodnią Europę nie jest w ogóle dostrzegany. Dochodzi do takiego curiosum, iż w leksykonie Dominique Szenes Najsłynniejsze powieści literatury światowej (francuski oryginał ukazał się w 1992 roku w Paryżu, polski przekład w dwa lata później) znajdujemy nawet literaturę nowoafrykańską, natomiast nie został wymieniony żaden z autorów polskich, choć jest wśród nich aż czterech laureatów Nagrody Nobla. To samo dotyczy i węgierskich pisarzy. Nieco lepiej potraktowano Czechów: do kompendium trafił Proces Franza Kafki i Żart Milana Kundery. Pośpiech i niechlujstwo, z jakim bywają redagowane tego typu zarysy, sprawił, iż dopiero w drugim wydaniu Najsłynniejszych powieści literatury światowej znaleźli się polscy autorzy, dodani przez Wydawnictwo Opus.

Ubolewaniom nad naszą nieobecnością w pamięci tamtej "lepszej Europy" zwykło towarzyszyć rozgłośne bicie się w piersi: to nasza wina, bo nie tłumaczymy książek (zwłaszcza prac historycznych) na języki kongresowe, nie dbamy o włączanie naszych pisarzy, polityków i wielkich dowódców do europejskich (a ściśle mówiąc: zachodnioeuropejskich) kompendiów. Byłby to wszakże optymizm zgoła przedwczesny. Jak wynika bowiem z arcyciekawego studium prof. Anny Cienciały na temat wizerunku Józefa Piłsudskiego w anglo-amerykańskich kompendiach historycznych (ogłoszonego w tomie: Polskie mity polityczne XIX i XX wieku, 1994), po dawnemu królują w nich negatywne i krzywdzące stereotypy oraz błędne informacje. Autorka, wybitna znawczyni dziejów najnowszych, przebywająca od 1940 roku w USA, wyraża ubolewanie, że w anglosaskich podręcznikach oraz encyklopediach nasze zwycięstwo z 1920 roku przypisuje się nie tylko talentom strategicznym Francuzów, którzy (z generałem Maximem Weygandem na czele) mieli ułożyć plan decydującej bitwy, ale i ich wydatnej pomocy wojskowej.

Sam Piłsudski występuje w encyklopediach jako prezydent, który w 1926 roku obwołał się dyktatorem. Polskie opory wobec linii Curzona są tłumaczone naszym nacjonalizmem oraz uleganiem tendencjom imperialnym. Autorzy odpowiednich haseł biograficznych czy rozdziałów w podręcznikach nie zadali sobie trudu sięgnięcia do publikacji polskich historyków, wydawanych na zachodzie Europy oraz w USA po angielsku. Na czołowym miejscu Anna Cienciała wymienia tu prace wspomnianego Piotra Wandycza, który już w 1957 roku wytykał amerykańskim kolegom brak zainteresowania dla spraw środkowo-wschodniej Europy, a co więcej, mylne informacje na jej temat. Prof. Cienciała ze smutkiem stwierdza, że od tego czasu niewiele się w istocie zmieniło.

Jak wiadomo, ludzie (a przecież historycy są też ludźmi) dość niechętnie zmieniają poglądy. Obok lenistwa oraz niedbalstwa działa tu czynnik, który Anna Cienciała skłonna jest wykładać po freudowsku: zachodnie wyrzuty sumienia za oddanie niedawnego sojusznika pod sowiecką dominację można było stłumić, potępiając Polskę za jej rzekomy feudalizm, imperializm, faszyzm. W ten sposób krąg się niejako zamyka, skoro polska anarchia, ucisk poddanych oraz okrucieństwo naszej szlachty miały, jak pamiętamy, usprawiedliwiać ongiś przejście jej pod berła obcych władców. Warto dodać, że i we wspomnianej już Historii Europy rozbiory przedstawiono jako smutną konieczność, co redakcja polskiej edycji starała się zatuszować dodaniem fragmentu Bożego igrzyska, w którym Norman Davies wspomina zarówno o zbrojnej przemocy sąsiadów, jak też o doniosłym znaczeniu Konstytucji 3 maja.

Pewnym sygnałem zmian na lepsze, jakich można by się spodziewać w informacjach dotyczących zarówno Polski, jak i całego obszaru środkowo-wschodniej Europy, są z jednej strony jej dzieje ogłoszone we Francji (w znanej serii Nouvelle Clio), będące książką opracowaną przy współudziale wybitnych historyków polskich, m.in. Jerzego Kłoczowskiego, Henryka Samsonowicza i Piotra Wandycza. Z drugiej strony zaś, w roku bieżącym ukazał się pierwszy zbiorowy zarys dziejów całego kontynentu, w którym zostały uwzględnione obie jego części, a więc zarówno ta "lepsza", jak i "gorsza" Europa. Gwarancją w tym przypadku są nazwiska autorów, z redaktorem całości prof. Antonim Mączakiem na czele.

Warto wszakże zadać sobie dwa sceptyczne pytania. Po pierwsze, skąd mamy czerpać gwarancję, iż autorzy przyszłych syntez, ogłaszanych w Paryżu, Londynie lub Rzymie, będą korzystać ze wspomnianego tomu Nouvelle Clio? Po drugie, jakie są szanse na to, iż całościowy zarys dziejów Europy, który został wydany w Polsce, doczeka się przekładów (lub przynajmniej przekładu) na tzw. języki kongresowe? Jeśli zaś pozostanie jedynie edycja rodzima, to i tak w bardzo niewielkim stopniu wpłynie na wzrost zainteresowań zachodnich dziejopisów dla historycznych losów "gorszej" części Europy. I po dawnemu będzie się ona pojawiać jedynie na marginesach właściwych dziejów tej części świata. Na wielkiej scenie historii Polacy będą nadal występować w roli jej giermków czy "halabardników" dziejów. W 1890 roku paryski dziennik "Le Figaro", w związku z drugim pogrzebem (1890) autora Pana Tadeusza, pisał: car pozwolił na przewiezienie zwłok Mickiewicza na Wawel pod Warszawą (sic!). Po upływie ponad osiemdziesięciu lat w tymże Paryżu ukazała się książka Michela Rogont pod tytułem L'homme et les villes (Człowiek i miasta, 1975; Wydawnictwo Albin Michel). Dowiadujemy się z niej m.in., iż getta żydowskie w Pradze oraz w Warszawie były od początku otoczone murem. O ile jednak w Pradze zburzono go już w 1848 roku, to w Warszawie dotrwał do II wojny światowej i został zniszczony dopiero podczas masakry ludności przez nazistów. Jak widać, dzieje stolic wschodnioeuropejskich po dawnemu są traktowane z dużą niefrasobliwością...

Zdjęcia: Teresa Żółtowska-Huszcza

1 Cytat pochodzi z artykułu J.W. Borejszy "Wokół stereotypu polskiego powstańca". W: Mity i stereotypy w dziejach Polski. Praca zbiorowa pod red. J. Tazbira. Warszawa 1991.

2 Z. Markiewicz, Polsko-francuskie związki literackie. Warszawa 1986.

Prof. JANUSZ TAZBIR jest historykiem, profesorem zwyczajnym Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk.