Twoja wyszukiwarka

STEFAN BRATKOWSKI
BAJECZNE LATA AMERYKI
Wiedza i Życie nr 11/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 11/1998

Amerykańskie lata czterdzieste XIX wieku pewien zdegustowany pisarz nazwał kpiąco, a nawet pogardliwie "bajecznymi latami". Ale z dystansu czasu widać w nich coś zaiste baśniowo fantastycznego. A równie, ba, może jeszcze bardziej "bajeczne" były w Ameryce lata pięćdziesiąte... Historia Stanów Zjednoczonych tego okresu opowiada o pochodzie Amerykanów na Zachód, o wojnie z Meksykiem, o wyganianiu Indian z przyznanych im terytoriów, wreszcie - o narastaniu konfliktu stanów północnych z niewolniczym Południem, który doprowadzi do krwawej wojny domowej, zwanej wojną secesyjną. Oczywiście, jest to historia prawdziwa. Ale historia pieniądza i banków tego czasu jest może historią Ameryki nawet bardziej.

John Kenneth Galbraith miał rację, kwestionując ironiczną opinię Andrew Carnegie'go na temat XIX-wiecznego systemu finansowego Stanów Zjednoczonych jako "najgorszego w świecie cywilizowanym". Ameryka, to prawda, uczyła się tylko na swoich błędach, ale uczyła się skutecznie - i bardzo szybko.

Chciała się rozwijać i potrzebowała do tego pieniędzy. A było ich ciągle za mało. Galbraith pokpiwa ze stanu Kentucky, którego legislatywa powołała do życia bank stanowy, przyznając mu tylko środki na matryce do druku weksli, papier i meble. Pieniądzem być miały właśnie te weksle jako zobowiązanie stanu, a napłynąć miały depozyty plus wartość oddawanych bankowi w zastaw nieruchomości (sam druk nie wystarczał jednak: każdy weksel, jak i banknot, wymagał dwóch osobistych, jak pamiętamy, podpisów, szefa banku i kasjera).

Galbraith nie mówi jednak, że Kentucky zrobiło to w roku 1820, a dopiero w latach trzydziestych (!) sprawa trafiła do Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych - uznano bowiem, że stan Kentucky naruszył konstytucję, wedle której nie wolno było stanom wypuszczać listów zastawnych ani pozwalać na regulowanie długów czymś innym niż srebrem lub złotem. Stary, od roku 1801, prezes Sądu Najwyższego, John Marshall, przeforsował decyzję potępiającą Kentucky. Ale nieprzejednany starzec zmarł w roku 1835; jego następca, znany już nam Roger B. Taney, przyjaciel Jacksona i stronnik potrzebującego pieniędzy "interioru", w roku 1837 doprowadził do wyroku akurat odwrotnego.

Czy kryzys roku 1837 trwał naprawdę aż do 1843 roku? Cytowałem tu wiadomości z epoki o ponad 6-krotnym w latach 1836-1843 wzroście przewozów na kanale Erie, a z historii techniki wiem, że głównie banki stanowe, jak ten w Kentucky, nieprywatne, i same stany finansowały wtedy budowę kolei i innych urządzeń użyteczności publicznej. Budowano koleje w tempie, jakiego nie uświadczyła nawet Anglia - kładąc jeden, bywało, kilometr torów dziennie! Kładziono szyny z kiepskiego często żelaza, rzadko na gruncie porządnie zniwelowanym, stąd wagony kiwały się w podróży jak pijane i mnożyły się katastrofy (szczęściem nie tak groźne przy niewielkich jeszcze szybkościach), wszelako powiększały się też dochody budujących koleje korporacji z przewozu towarów i pasażerów. A to był dopiero skromny początek!

I nie wierzę w ciągle powielany obraz bankowości amerykańskiej tego czasu, jaki przedstawiła w roku 1941 Rada Zarządców (Gubernatorów) Systemu Rezerwy Federalnej, w anegdoty o "wild-cat bankers", "bankierach-żbikach", co to ponoć dominowali w ówczesnym obrocie pieniężnym. Instalowali oni rzekomo swe banki w odludnych miejscach, nawet w puszczy lub na moczarach - by odbiorca ich banknotów nie miał gdzie udać się o wymianę ich na twardą walutę. Nigdzie w źródłach z epoki nie znalazłem potwierdzenia tego obrazu; banki lokowały się blisko swoich klientów, ciągle potrzebujących pieniądza i rozliczających swe interesy. Nie chowały się w puszcze; zgadzam się z opinią Thomasa D. Simpsona, że to uciekali w puszcze bankierzy-bankruci - ze strachu przed strzałami wierzycieli, którzy polowali na nich jak na żbiki, czyli dzikie koty.

Cwaniacy wcale nie mieli łatwego pola gry. Ameryka żądała "banknotów dużo, ale mocnych". Nie brała, co popadło. Prawodawstwo "free banking", które w 1837 roku zainaugurował stan Michigan wzorem Nowego Jorku, pozwalało każdemu założyć bank, ale wymagało, jak pamiętamy, by twórcy nowego banku zdeponowali u stanowego "kontrolera" odpowiednią porcję papierów wartościowych - i w Ameryce pierwszych siedmiu lat czterdziestych, do chwili odkrycia złota w Kalifornii, wcale banków nie przybyło; przeciwnie, liczba ich spadła i spadł obieg banknotów. Tak wyglądają fakty.

Także i później, kiedy przed samą wojną secesyjną krążyło około 12 tys. różnych emisji banknotów z około 1600 banków, wcale nie przeważały w obrocie banknoty fałszywe czy bez pokrycia; straty z ich powodu, jak już tu wspominałem, nie przekroczyły 2% obrotów. Banknoty słabych i niepewnych banków krążyły zresztą nadal - chociaż "Bank Note Reporter" i "Counterfeit Detector" stale podawały krytyczne informacje o ich wartości. Co więcej, banknoty krążyły i po odkryciu złota w Kalifornii, tudzież - nieco później - bogatych złóż srebra, kiedy Ameryce nie brakowało kruszców; pieniądza ciągle było za mało.

Beardowie w swym Rozwoju cywilizacji amerykańskiej pisali o niedoświadczonych dyrektorach, często pozbawionych skrupułów. Ale trudno być bankierem "bez skrupułów", nie mając doświadczenia, z drugiej zaś strony - bankierem dzięki Free Banking Act mógł zostać każdy Amerykanin. Niemniej nawet w przededniu wojny secesyjnej nie było wcale za dużo banknotów w obiegu: razem na sumę 202 mln dolarów, a kruszcu amerykańskie banki miały na sumę 87.7 mln dolarów. Innymi słowy, żadna katastrofa Ameryce nie groziła. I to nieprawda, że już przed wojną secesyjną rzeka papieru z wzrastającą szybkością zalewała kraj, jak czytamy u Beardów. A szacunki, że obok 7 tys. uczciwych emisji krążyło około 5.5 tys. fałszywych, mam za wyssane z palca. Ameryce nie brakowało cwaniaków, ale nie była krajem idiotów.

Historia niosła Amerykę na wysokiej fali - którą podnosił wzajem amerykański duch ekspansji. Żegluga parowa narodziła się i rozkwitła dzięki Amerykanom, a wśród gorączki kolejowej amerykański malarz wynalazł telegraf. Koleje i parowce zwielokrotniały handel, telegrafia go ułatwiała. Była też nowym polem wielkich interesów wielkich zaiste ludzi: Cyrus Field jeszcze przed wojną secesyjną przygotuje położenie kabla pod Atlantykiem!

Polski XIX-wieczny reporter, który, brawurowo uciekłszy z zesłania drukował się na Zachodzie pod pseudonimem Jakuba Gordona, Mieczysław Jatowt, opisywał Amerykanów, których poznał. "Arystokracja wieprzowa" z Cincinnati, bogacze, którzy dorobili się na tuczu i uboju świń, nie znali owych niskich pokornych ukłonów jezuickich, tuzinkowych ckliwych grzeczności, odznaczających dobrze niby wychowanego Europejczyka. Podawano sobie ręce bez przesady, mówiono otwarcie, a w całym obejściu nie było nic, co by miało podobieństwo do komedii odegranej z gimnastyką. Ba, codziennie widzieć można (było) niejednego kapitalistę lub bankiera, idącego z rana na targ po sprawunki, i to w Ameryce ujrzysz bogatego kupca, gdy nieraz dopomaga stróżom zdjąć pakę z wozu.

W Ameryce - tłumaczył Jatowt - nie jest się literatem lub drukarzem, lecz panem X, dziś właścicielem, wydawcą lub współpracownikiem dziennika, jutro czcionkoskładaczem i posiadaczem prasy parowej. Pan K. był zeszłego roku nauczycielem, a po czterech lub pięciu latach staje się dyplomatą, archeologiem albo prezydentem jakiegoś stowarzyszenia przemysłowego.

Inny odkryty przeze mnie polski XIX-wieczny reporter, znacznie bardziej wtedy znany, bo piszący po francusku, Aleksander Hołyński, przyjaciel Słowackiego, opublikował pierwszą w Europie książkę o Kalifornii gorączki złota - jak inny Polak, Paweł Wierzbicki, lekarz, napisał po angielsku pierwszą o niej książkę - w samej Kalifornii. Wierzbicki zarobił na dwóch jej wydaniach blisko 10 tys. dolarów w złocie! Kiedy przybył tam Hołyński, zeszła w cenie z 5 dolarów do 25 centów - dwa lata ją zdezaktualizowały.

Dwa lata! Cztery miesiące przed przyjazdem Hołyńskiego strawił doszczętnie San Francisco wielki pożar, a Hołyński nigdzie nawet śladu jego nie dostrzegł! Tu w ciągu kilku tygodni buduje się domy z cegieł, a budowle drewniane powstają z dnia na dzień. Niezwykły pośpiech odbudowy na ciepłych jeszcze popiołach i dymiących zgliszczach wynika z wygórowanych cen czynszu. Dom przynosi od 35 do 75% zysku. Takie zyski skłaniają kapitalistów do ryzykowania pieniędzy bez gwarancji towarzystw ubezpieczeniowych (tłum. H. Pawlikowska). Ubezpieczano, wtrącę, tylko domy z cegły, solidnie zbudowane i dobrze usytuowane. Mimo to w San Francisco było już sześć pożarów i za każdym razem feniks zmartwychwstaje z piękniejszym upierzeniem, notował Hołyński.

W 1840 roku mennica państwowa Stanów Zjednoczonych zaczęła bić od nowa srebrne, własne już, amerykańskie dolary. Były solidne, pełnowartościowe -
i w ciągu ledwie dziesięciu lat zużyte, wytarte, o niższej zawartości srebra dolary "hiszpańskie" nie tylko nie wyparły ich z rynku, ale same straciły rynek. Obsługiwały w latach pięćdziesiątych mniej więcej 10% obrotu, i to głównie na zaśniedziałym Południu.

Twardej waluty było coraz więcej: w przyszłych stanach Nevada i Utah odkryto w latach pięćdziesiątych nowe złoża srebra. Jednakże interesy, które wymagały pieniędzy, rosły jeszcze szybciej niż podaż kruszców - i rosło też poczucie siły w kolejnych rządach Stanów Zjednoczonych. W latach czterdziestych bezwładnemu, zanarchizowanemu Meksykowi USA zabrały połowę jego pohiszpańskich terytoriów, wszystko na północ od rzeki Rio Grande. Posyłały swoje okręty wojenne do Chin, by wymusić otwarcie rynku Chin dla amerykańskiego eksportu, a potem w trybie takiejże "dyplomacji kanonierek" otworzyły na świat Japonię. Pilnowały się tylko, by nie zaczepić Anglii, największego mocarstwa światowego. Chociaż nie brakowało krzykaczy gotowych sięgnąć i po Kanadę.

Ameryka nie wzięła tych krzykaczy serio, bo najpierw trzeba było zagospodarować nowe swe tereny. Zaludniały się błyskawicznie - z dnia na dzień powstawały nowe, chwilowe, przenośne miasta przy liniach kolejowych, potem gruntowały się w swej okolicy interesami, handlem, bankami i napływem nowych osadników. I rosły.

Panu Bogu wyraźnie podobała się ta Ameryka - dał jej i ropę naftową. W Europie pierwszy dowiercił się jej w roku 1854 Ignacy Łukasiewicz, konstruktor pierwszej lampy naftowej, i Polacy kierowali też najstarszym w świecie wydobyciem przemysłowym ropy w Rumunii roku 1859. W Ameryce spółkę do wydobycia i przerobu ropy zorganizował w roku 1854 George H. Bissel, dziennikarz (!), a wiercenia pod Titusville w Pensylwanii poprowadził 35-letni eks-urzędnik, sprzedawca biletów kolejowych i konduktor kolejowy. Pięć lat bronił Edwin Drake wyśmiewanego "szaleństwa" tylko swą wiarą w sukces - i zaufaniem wspólników. 31 sierpnia 1859 roku z głębokości 21 metrów trysnęła ropa.

Tak zaczęła się epoka nafty. Amerykę ogarnęła nowa gorączka, bo już wkrótce nafta trysnęła bogactwem: w kilka lat potem pewnemu lekarzowi, który porzucił swój zawód, jeden otwór dał 1.5 mln dolarów!

Ci wcześni nafciarze mieli też notabene swego "wild cat", dzikiego kota, jak do dziś określa się w Ameryce odwierty poszukiwawcze na chybił trafił. Przywiązywali ponoć kotu woreczek z grochem do ogona i zaczynali wiercić tam, gdzie utknęło w końcu zmęczone miotaniem się zwierzę. Ale chyba i to bujda; Indianie na tamtym terenie wybierali ropę - jako lek - z wykopywanych dołów...

Państwo młodej Ameryki sprzyjało ekspansji gospodarczej w kraju. Produkcję chroniło cłami ochronnymi, a warunki, jakie stwarzano pierwszym spółkom budującym kanały, koleje czy wodociągi w Ameryce, byłyby nie do zaakceptowania w gospodarce współczesnej. Taką spółkę władze stanowe lub federalne koncesjonowały, wyposażając ją w prawo przymusowego wykupu niezbędnych gruntów - niby-wykupu na cele publiczne. Nadawały jej też bezpłatnie przyległy teren, którego wartość po uruchomieniu linii kolejowej rosła stukrotnie albo i więcej.

Pozostaje mimo to pytaniem, jak finansowano wszystkie te przedsięwzięcia, skoro zasoby żadnego z tysiąca kilkuset banków nie starczyłyby same dla pokrycia kosztów budowy choćby jednej linii kolejowej. Opinia, że rynki kapitałowe ówczesnej Anglii były lepiej rozwinięte niż w USA, jest oczywiście słuszna, tylko, przepraszam, co z tego? W ciągu następnych trzydziestu lat Ameryka doścignie Anglię, która jeszcze w roku 1870 produkowała węgla i stali tyle, co reszta świata razem wzięta.

Wedle obowiązującego do dzisiaj mitu naukowego rozwój Ameryki obywał się bez banków. Zastępować je miały spółki lokacyjne, które plasowały na rynku akcje wielkich przedsięwzięć i obligacje. To znów nieporozumienie. Najznaczniejsza z takich firm, filadelfijska E.W. Clark & Company, która prowadziła interesy skarbowe rządu federalnego w czasie wojny z Meksykiem, była "domem bankowym", banking house, czyli bankiem w pełnym tego słowa znaczeniu. Natomiast specjalizowała się w plasowaniu, czyli rozsprzedawaniu papierów wartościowych - i rozprowadzała je przede wszystkim wśród bogatszych kupców miasta i innych miejscowych bankierów.

To właśnie w E.W. Clark & Company nabierał doświadczenia i wprawy od roku 1839 człowiek, którego w następnej opowieści spotkamy jako decydującego autora zwycięstwa rządu Unii, czyli stanów północnych, nad "konfederatami", czyli secesjonistami niewolniczego Południa.

Jay Cooke, syn prawnika, kongresmena, czyli członka Izby Reprezentantów z Ohio, pracował od czternastego roku życia. Kiedy miał lat 16, bank w St. Louis, gdzie trafił rok wcześniej, zbankrutował wśród paniki 1837 roku. Chłopak brał różne dorywcze prace, aż w roku 1839 znalazł się wśród ludzi firmy Clarka i spółki.

Poznał "rynek kapitałowy" ówczesnych Stanów Zjednoczonych także z jego machlojkami, takimi jak np. aneksja Teksasu. Osadnicy z Ameryki Północnej stopniowo zasiedlili jego niezmierzone obszary, zorganizowali się tam w odrębną, samodzielną republikę, ogłosili niepodległość w roku 1836, a jej Departament Skarbu jął wypuszczać swoje obligacje do sprzedaży w miastach Północy. Potem emitował następne transze, które kupowano, żeby podtrzymać wartość pierwszych; poszło ich, oprocentowanych na 8%, jeśli szacować wedle ich nominałów, na kilka do kilkunastu milionów dolarów, ale koniec końców sprzedawano je po 3 centy za jeden dolar! I wedle opinii Cooke'a, który sam je też rozprowadzał, to posiadacze tych obligacji zmusili rząd federalny do wojny z Meksykiem i aneksji Teksasu.

Kiedy w roku 1850 Kongres Stanów Zjednoczonych miał dać przyjętemu już do Unii Teksasowi 10 mln dolarów na pokrycie jego zobowiązań, sam projekt ustawy o tym podniósł cenę obligacji z paru centów do połowy dolara.

Jednakże ta operacja nie mówi nic o codziennej pracy banku E.W. Clark i spółka. Takie firmy, jak ta, zapewniły pieniądze rozwojowi Ameryki.

W roku 1857 doszło do przesilenia na rynku spekulacji kolejowych (nie był to kryzys, lecz refleks perturbacji giełdowych Europy). Jay Cooke opuścił wtedy firmę jako doświadczony już fachowiec, mogący liczyć na pełne zaufanie najbogatszych ludzi Wschodniego Wybrzeża, czyli - nadal - najbogatszych ludzi Ameryki. Był już firmą sam dla siebie.

Był firmą - dzięki swej rzetelności. Dzisiejszym historykom nie bardzo pasuje do ich obrazu tamtej Ameryki. Ale też nie tak dawno marksistowscy historycy gospodarki uważali, że Północ podjęła wojnę z Południem, licząc na dopływ siły roboczej po wyzwoleniu niewolników. Tak naprawdę Północ nie miała żadnego dosłownie interesu w tej wojnie. Setki tysięcy Amerykanów zginęło w walce o wolność czarnych ludzi, których wcale nie kochali. Poszli dla samej idei. Idei ich Ameryki.

Ta nie doceniana epoka stworzyła wielką Amerykę. O której za miesiąc.

Ryc. Julian Bohdanowicz