Twoja wyszukiwarka

X.RUT
NIE ZAWSZE TAK JEST JAK SIĘ WYDAJE
Wiedza i Życie nr 11/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 11/1998

Za Marka Aureliusza XII legion stacjonował w Panonii, ale większość czasu spędzał na północnym brzegu Dunaju, w bojach z Markomanami i Kwadami. W 172 (a może 174) roku wpadł w poważne tarapaty. Odcięty od źródeł wody pitnej, toczył zaciętą bitwę z Germanami i Sarmatami (tak przynajmniej w apologii adresowanej do "Antoniusza" twierdzi biskup Apolinary z Hierapolis we Frygii, obszernie cytowany w Historii kościelnej Euzebiusza). Umęczeni pragnieniem legioniści padli na kolana i wznieśli modły, na co ich przeciwnicy patrzyli z wielkim zdumieniem. Wnet jednak zdziwienie barbarzyńców zmieniło się w trwogę, gdyż ze słonecznego dotąd nieba zaczęły bić pioruny, rażące ich szeregi i zmuszające do odwrotu. Na legionistów zać spłynęły obfite strugi deszczu, pozwalające ugasić pragnienie. Cud ten uwieczniony jest na kolumnie Marka Aureliusza w Rzymie.

Biskup Apolinary przypisuje ów cud Chrystusowi, do którego - jego zdaniem - mieli się modlić legioniści. W listach do senatu Marek Aureliusz przypisuje skuteczność swoim własnym modłom, zać starożytny historyk Dion Kasjusz twierdzi, że burzę sprowadził pewien egipski mag towarzyszący legionowi.

Euzebiusz pisze, że od tego wydarzenia legion nosił przydomek Fulminatrix (miotający pioruny), choć zapiski z dużo wcześniejszych lat (już od Augusta) przekazują inny przydomek XII legionu: Fulminata (rażony piorunem1). Być może po opisanym zdarzeniu cesarz zmienił przydomek legionu na Fulminatrix, choć nie wydaje się to zbyt prawdopodobne, gdyż nie ulega wątpliwości, że już w 175 roku, w podzięce za to, że w czasie buntu Awidiusza Kasjusza trwał niewzruszenie przy swoim imperatorze, ten ostatni nadał mu przydomek Certa constans (niezmiennie pewny).

Notabene, po stłumieniu rewolty Marek Aureliusz chciał oszczędzić jej przywódcę, wybitnie zdolnego generała, typowanego na następcę imperatora, choć przecież Kasjusz nie tylko wszczął przeciwko niemu groźny bunt, ale był też kochankiem jego ubóstwianej żony, Faus-tyny (która zresztą zdradzała go, z kim popadło, nawet z gladiatorami i dokerami). Awidiusz Kasjusz został jednak stracony, a Faustyna - po naturalnej śmierci - z woli Marka Aureliusza i wbrew oporom senatu została wyniesiona na rzymskie ołtarze.

Jeśli koniecznie chcemy uwierzyć w interwencję sił nadprzyrodzonych w przebieg tej niezbyt ważnej bitwy, w większości wybierzemy zapewne wersję Apolinarego, nie zwracając przy tym nadmiernej uwagi na to, że dziwne jest niesłychanie, aby tak bardzo chrześcijański legion wiódł za sobą egipskich magów i był tak przywiązany do cesarza, darzącego chrześcijan głęboką pogardą (por. Rozmyślania 11,3), ani na to, że pod koniec II wieku najpopularniejszym bogiem w wojsku rzymskim był Mitra, do którego odprawiano modły na wschodni sposób, tj. na kolanach.

Jeśli jednak postawimy się na miejscu ludzi żyjących w czasach Marka Aureliusza, dojdziemy do wniosku, że jeden i ten sam fakt znajduje trzy nader różne metafizyczne wyjaśnienia. Gdyby zaś modły (wszystkie) okazały się nieskuteczne, legion zapewne wycięto by w pień i nie byłoby komu świadczyć o ich płonności. Nie wysłuchane modły rzadko trafiają na karty historii, zwłaszcza apologetycznej. Dlatego obfitość przykładów modłów wysłuchanych niekoniecznie świadczy o powszechnej ich skuteczności.

Od czasu do czasu pojawiają się w prasie komentarze na temat zakazu palenia tytoniu na pokładach samolotów. Jedni są zmartwieni tym, że muszą znosić wielogodzinną abstynencję nikotynową, inni - wielce zadowoleni z tego, że nie muszą wdychać obrzydliwego dla nich zapachu. W zdecydowanej większości obie strony fakt zakazu palenia wiążą z kampanią antypapierosową prowadzoną z wielkim powodzeniem pod hasłami ochrony zdrowia. Towarzystwa lotnicze, wprowadzając zakaz palenia, powołują się na te same hasła.

Mało kto zwraca jednak uwagę na znacznie mniej nagłośniony fakt, że pasażerowie samolotów oddychają najbardziej niezdrowym powietrzem z tych, jakie występuje gdziekolwiek na kuli ziemskiej. Był taki czas, że powietrze tłoczone do kabiny samolotów pochodziło z zewnątrz maszyny. Dopóki samoloty latały nisko, było to po prostu zewnętrzne powietrze wpuszczane z przodu, wypuszczane zaś z tyłu samolotu. Gdy samoloty zaczęły latać wyżej, gdzie ciśnienie atmosferyczne jest niewielkie, prosty mechanizm lufcika przestał działać skutecznie: każdy "otwór" w poszyciu jest drogą ucieczki powietrza z wnętrza samolotu, świeże zewnętrzne powietrze trzeba najpierw zgęścić, a dopiero potem można je wpuścić do wnętrza kabiny. Do zgęszczania zewnętrznego powietrza używa się urządzeń mechanicznych, z tłokami, albo odpowiednich "skrzeli", w których do zwiększenia ciśnienia powietrza pobieranego z zewnątrz zapędzono siły aerodynamiczne.

Nic jednak nie zmieni praw fizyki: aby świeże powietrze zgęścić, trzeba wykonać pewną pracę. W porównaniu z pracą wykonywaną przez silniki napędowe samolotu nie jest to praca wielka. Ale żeby zapewnić stały dopływ świeżego powietrza do kabiny jumbo jeta na trasie Londyn-Tokio, trzeba zużyć kilkadziesiąt litrów paliwa (na napęd kompresorów albo na pokonanie dodatkowego oporu, jaki stwarzają "skrzela").

Od czasu pierwszego wielkiego kryzysu naftowego linie lotnicze nauczyły się oszczędzać każdy litr paliwa. (Zresztą gdy się ma wielką flotę praktycznie cały czas w powietrzu - nie ma się czemu dziwić). I od tego czasu systematycznie zmniejszają udział świeżego powietrza w mieszance gazowej, którą oddychają pasażerowie w hermetycznie zamkniętych kabinach. Resztę stanowi powietrze "recyklowane", tj. zużyte.

W mieszance, którą oddychają pasażerowie, zmniejsza się przeto zawartość tlenu, a zwiększa - ilość bakterii i wirusów wydychanych przez współtowarzyszy podróży. Powietrze "wyciągane" z kabiny pasażerskiej nie jest wypuszczane na zewnątrz samolotu, gdyż to zwiększałoby ujemny bilans energetyczny. Przepuszcza się je przez dość rzadkie filtry (przez gęste trzeba by tłoczyć - znowu strata energii), chemicznie czyści z dwutlenku węgla i - po uzupełnieniu niewielką dawką świeżego zgęszczonego powietrza z zewnątrz - tłoczy na powrót do kabiny. W takim układzie zakaz palenia tytoniu staje się niezbędny: po kilku godzinach lotu smród byłby nie do wytrzymania nawet dla zagorzałych palaczy.

Tyle tylko, że radość w sumie nie jest zbyt wielka. To, czym oddychamy na pokładzie transkontynentalnych samolotów w drugiej połowie lotu, naprawdę nie jest zdrowe! Najzabawniejsze jest to, że linie lotnicze doskonale wiedzą, jak podłym powietrzem każą oddychać swoim pasażerom. Do kabiny pilotów tłoczy się świeże powietrze! Zadowoleni tępiciele papierosowego dymku myślą zaś, że odnieśli sukces!

Niedawno bardzo dziwna grupa ludzi zwróciła się z listem otwartym do sekretarza generalnego ONZ. Wśród kilku tysięcy sygnatariuszy z wielu krajów byli politycy (w tym emerytowani premierzy i prezydenci), uczeni, pisarze, sędziowie, artyści i policjanci. W liście, który nie zyskał szerokiego rozgłosu, twierdzi się, że walka z narkotykami przynosi światu więcej wymiernych strat niż same narkotyki.

Od czasu kiedy podjęto usilną walkę z handlem narkotykami metodami policyjnymi i wojskowymi, międzynarodowy "przemysł" narkotyczny znacznie się rozwinął i wzmocnił, osiągając poziom 8% całej międzynarodowej wymiany handlowej (czyli około 400 mld dolarów rocznie). Zaostrzanie walki z narkobiznesem prowadzi jedynie do podniesienia rynkowych cen nielegalnie sprzedawanych narkotyków.

Autorzy listu zwracają uwagę na fakt oczywisty: gdyby narkotyki nie przynosiły tak niebotycznych zysków, nie byłoby tylu chętnych do ich rozprowadzania, tyle zapału do rekrutowania nowych klientów. Im większe ryzyko dla handlarzy stwarzają zaostrzone metody walki z nimi, tym większy jest zysk tych, którzy unikną wpadki, a tym samym większa zachęta do gry. I proszę nie myśleć, że autorzy listu to jacyś tam permisywni liberałowie. Są bowiem wśród nich także byli szefowie wydziałów do walki z narkotykami takich policji, jak Scotland Yard.

Autorzy listu nie stawiają kropki nad i, nie twierdzą, że całkowita dekryminalizacja obrotu narkotykami od ręki zlikwiduje motywacje handlarzy, doszczętnie wyrwie ekonomiczne kły i pazury tego potwora, skazując go na śmierć z głodu. Ale pytanie, czy stosując policyjne metody walki z handlarzami, wzmacniamy, czy osłabiamy to, co na pewno chcemy zlikwidować, nie da się zbyć wzruszeniem ramion.

1 Aby być w zgodzie z polskim zwyczajem językowym, utrzymuję rodzaj męski określeń legionów; w łacinie przydomki legionów są oczywiście rodzaju żeńskiego.