Twoja wyszukiwarka

MICHAŁ RÓŻYCZKA
WIELKIE OCZY XX WIEKU
Wiedza i Życie nr 12/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 12/1998

W WIEK XX WKROCZYLIŚMY Z JEDNYM TELESKOPEM O METROWEJ ŚREDNICY. WYCHODZIMY ZEŃ Z PLEJADĄ TELESKOPÓW O ŚREDNICY CO NAJMNIEJ 8 M.

Nie ma ostatnio roku, w którym nie oddano by do użytku lub nie rozpoczęto budowy kolejnego wielkiego teleskopu. Wpatrujemy się we Wszechświat coraz większymi, coraz szerzej otwartymi oczami. Już niebawem prawdziwe giganty astronomiczne zostaną zbudo-wane przez tak słabo kojarzące się dotychczas z astronomią kraje, jak Hiszpania, Japonia i RPA.

Teleskop o średnicy 10 m nie jest dziś niczym nadzwyczajnym i aż nie chce się wierzyć, że jeszcze ćwierć wieku temu budowę takich urządzeń uważano za niemożliwą. Dziwacznym zrządzeniem losu każdy rok przynosi jednocześnie jakąś okrągłą rocznicę związaną z historią teleskopu, a w rwącym nurcie postępu bez przerwy pojawia się nostalgiczny strumyk tradycji. Zacznijmy więc od początku [patrz: Oczy Ziemi, "WiŻ" nr 5/1994].

Mniej więcej za rok minie 390 lat od chwili, gdy Galileusz po raz pierwszy w historii użył teleskopu do obserwacji astronomicznych (niektóre źródła podają, iż o kilka miesięcy wyprzedził go Thomas Harriot, skądinąd znany jako nauczyciel sir Waltera Raleigha). Została wówczas zapoczątkowana długa linia ewolucyjna teleskopów soczewkowych (refraktorów), które służyły astronomom aż do końca XIX w.

Zdjęcie przedstawia teleskop Hale'a na Mt. Palomar

Fot. Bradford Behr, Mt. Palomar Observatory

Refraktor Galileusza miał niespełna pięciocentymetrową średnicę, ale dokonane za jego pomocą odkrycia (plamy na Słońcu, kratery na Księżycu, fazy Wenus, księżyce Jowisza) całkowicie i nieodwracalnie zmieniły nasze wyobrażenia o Wszechświecie. Na kolejną taką zmianę przyszło czekać ponad trzysta lat, w ciągu których teleskop pięćdziesięciokrotnie zwiększył swe rozmiary, a jego założenia konstrukcyjne uległy głębokiej modyfikacji.

Protoplasta wielkich teleskopów nowego typu pojawił się jednak znacznie wcześniej, i to nie byle gdzie, lecz w pracowni samego Izaaka Newtona. Dokładna data jego narodzin nie jest znana. Najprawdopodobniej przyszedł na świat mniej więcej 330 lat temu (oficjalnie przedstawiono go w roku 1671). Przy średnicy niespełna 5 cm i długości 30 cm wyglądał jak zabawka i nic nie wskazywało na to, że jego potomstwo będzie kiedyś niepodzielnie królować w obserwatoriach.

Teleskop Newtona skupiał promienie świetlne za pomocą nie soczewki, lecz wklęsłego zwierciadła (ramka Teleskopy soczewkowe i zwierciadlane poniżej). Straty związane z pochłanianiem i rozpraszaniem światła we wnętrzu przyrządu zostały dzięki temu znacznie zmniejszone. Pracę szlifierską ograniczono do minimum (obiektyw refraktora to co najmniej dwie powierzchnie załamujące, podczas gdy lustro, które jest odpowiednikiem obiektywu w teleskopie zwierciadlanym, to tylko jedna powierzchnia odbijająca). Dokuczliwa wada refraktorów, tzw. aberracja chromatyczna (w następstwie której światło niebieskie jest skupiane bliżej obiektywu niż światło czerwone), została całkowicie wyeliminowana.

Teleskopy zwierciadlane (nazywamy je dziś krótko reflektorami) mimo tylu zalet przyjmowały się bardzo powoli. Działo się tak z bardzo prozaicznej przyczyny: po prostu nie umiano robić dobrych luster. Pierwsze posrebrzane zwierciadło zostało zamontowane w teleskopie dopiero na początku drugiej połowy XIX wieku. Poprzednio używano zwierciadeł odlanych z metalu, które odbijały niewiele więcej niż połowę padającego na nie światła i szybko matowiały (a zmatowiałe zwierciadło trzeba było szlifować od nowa).

Mimo coraz śmielszych eksperymentów z reflektorami wiek XIX nie zdołał przełamać monopolu teleskopu soczewkowego. Uruchomiony 101 lat temu refraktor z Yerkes Observatory (Williams Bay, Wisconsin) wszedł w wiek XX jako największy teleskop na świecie*. Jego obiektyw miał średnicę 101.6 cm (40 cali) i masę około 230 kg. Aby go skierować na wybrany obiekt, trzeba było wprawić w ruch zespoły o łącznej masie ponad
27 t, w czym na sam tubus (czyli rurę mieszczącą obiektyw i okular) przypadało 5.5 t. Tubus miał długość prawie 19 m i obracał się wokół osi przymocowanej do niego w połowie odległości między obiektywem a okularem. Oznaczało to, że po przestawieniu teleskopu z położenia pionowego w poziome obserwator musiał wspiąć się na wysokość czterech pięter! Problem ten rozwiązano, instalując w kopule ruchomą podłogę. Ponieważ kopuła miała średnicę 27 m, ciężar tej oryginalnej windy sięgał 34 t.

Refraktor z Yerkes służy do dziś, choć zapewne już niebawem przejdzie na zasłużoną emeryturę. Za jego pomocą wyznaczono odległości do wielu gwiazd i zmierzono ich masy; odkryto także pole magnetyczne Galaktyki i jej ramiona spiralne. Konstruując go, osiągnięto jednak granicę możliwości technicznych, którą wyznacza sama natura teleskopu soczewkowego. Większy refraktor miałby jeszcze dłuższy tubus i obiektyw na tyle ciężki, iż przy ustawieniu teleskopu w pionie pojawiałyby się w nim niebezpieczne naprężenia. Nic więc dziwnego, że duchowy ojciec olbrzyma z Yerkes, George
Ellery Hale, nie zamierzał iść w tym kierunku.

George Ellery Hale (1868-1938). Człowiek, który trzykrotnie bił własny rekord, budując cztery największe teleskopy świata

Fot. Mt. Wilson Observatory

Jego następnym dzieckiem i kolejnym największym teleskopem świata był reflektor o średnicy 152.4 cm (60 cali), który oddano do użytku 90 lat temu w obserwatorium na Mt. Wilson (Kalifornia). Posrebrzane zwierciadło tego instrumentu miało grubość 20 cm i ważyło 900 kg. W przeciwieństwie do obiektywu soczewkowego, który kontaktuje się z tubusem tylko na obwodzie, spoczywało całą tylną powierzchnią na solidnej metalowej płycie i niestraszne mu były naprężenia. W porównaniu do refraktora z Yerkes łączna masa ruchomych części teleskopu spadła o 30%, średnica kopuły zmalała do 17.5 m, zaś tubus skrócił się ponaddwukrotnie (w przypadku dużych teleskopów zwierciadlanych trudno właściwie mówić o tubusie; jego rolę odgrywa cylindryczne, ażurowe rusztowanie podtrzymujące zwierciadło wtórne).

Instrument ten przeszedł do historii jako "sześćdziesiątka z Mt. Wilson" i posłużył m.in. do wyznaczenia odległości Słońca od centrum naszej Galaktyki. Za jego pomocą sporządzono też fotograficzną dokumentację wizyty złożonej nam w 1910 roku przez kometę Halleya. U schyłku XX wieku staruszek z Mt. Wilson jest nadal pełen wigoru i w każdą pogodną noc monitoruje aktywność magnetyczną gwiazd.

Sześćdziesiątka była jeszcze w powijakach, gdy Hale zaczął zabiegać o fundusze na budowę teleskopu o średnicy 254 cm (100 cali). Przyrząd, który dla upamiętnienia fundatora nazwano teleskopem Hookera, ujrzał pierwsze światło w grudniu 1917 roku, a regularną pracę rozpoczął niemal równo 80 lat temu. Stucalowy reflektor był szczytowym osiągnięciem ówczesnej techniki (w 1981 roku wpisano go na listę światowych pomników inżynierii mechanicznej) i rekordowo długo (prawie 30 lat) pozostawał największym teleskopem świata. Lustro tego kolejnego rekordzisty miało grubość 32 cm i wagę 4.1 t. Długość tubusa i łączny ciężar wszystkich ruchomych części przekraczały odpowiednio 11 m i 90 t, teleskop mieścił się w kopule o średnicy 30m i masie 550 t.

"Sześćdziesiątka" (z lewej) i teleskop Hookera w obserwatorium na Mt. Wilson

Fot. Mt. Wilson Observatory

O miejscu, jakie zajął w historii astronomii, nie przesądziły jednak ani imponujące wymiary, ani doskonałość techniczna. Po niepokaźnym teleskopie Galileusza to właśnie temu przyrządowi było pisane na nowo wstrząsnąć podstawami astronomii. To właśnie przy nim zasiadał Edwin Hubble, który zmierzył odległości do galaktyk i zaobserwował rozszerzanie się Wszechświata. Za pomocą teleskopu Hookera zdobyto ponadto jeden z dowodów poprawności ogólnej teorii względności i dokonano pierwszego w historii pomiaru średnic gwiazdowych. Zasłużony instrument został w tym roku wyposażony w zestaw optyki adaptywnej (ramka Optyka aktywna i adaptywna na s. 17), który przywrócił mu rangę pełnosprawnego narzędzia badawczego wysokiej klasy.

Sukces teleskopu Hookera jeszcze raz zdopingował Hale'a. Siedemdziesiąt lat temu Fundacja Rockefellera zapoznała się z przedstawionym przez niego projektem teleskopu o średnicy 508 cm (200 cali) i zgodziła się sfinansować jego budowę. Przyrząd ten stanął w obserwatorium na Mt. Palomar (również w południowej Kalifornii) niemal dokładnie pół wieku temu. George Ellery Hale, któremu zawdzięczały swe istnienie cztery największe teleskopy świata, niestety nie doczekał tej chwili. Upamiętniono go, nadając nowemu rekordziście jego imię.

Lustro giganta z Mt. Palomar miało grubość 55 cm. Gdyby było jednolitym blokiem szklanym, ważyłoby prawie 30 t i operowanie nim byłoby praktycznie niemożliwe. Zaradzono temu, odlewając je w taki sposób, że od tylnej strony wyglądało jak plaster miodu, co obniżyło wagę do "zaledwie" 13.5 t. Mimo tych oszczędności łączny ciężar ruchomych części teleskopu Hale'a sięgnął prawie 500 t. Długi na prawie 17 m tubus wymagał odpowiednio dużej kopuły, której średnica przekroczyła 40 m, a masa 900 t.

Teleskop Hale'a w obserwatorium na Mt. Palomar

Fot. A. Maury, Observatoire de Côte d'Azur

W przeciwieństwie do swego poprzednika, nowy rekordzista poza rozmiarami nie odznaczył się niczym naprawdę wybitnym. Nie chcę przez to powiedzieć, że był niepotrzebny: za jego pomocą dokonano bardzo wartościowych obserwacji, z których najciekawsze były związane z odkryciem kwazarów. Teleskop Hale'a umożliwił ponadto rewizję odległości międzygalaktycznych, które okazały się niemal dziesięciokrotnie większe od podawanych przez Hubble'a. Wszechświat urósł przez to, ale jakościowo się nie zmienił.

Przy budowie teleskopu Hale'a natrafiono na kolejną barierę technologiczną, równie wyraźną jak ta, która swego czasu wyznaczyła granicę rozmiarów refraktorów. Zwierciadło, które miało zachowywać kształt we wszystkich położeniach teleskopu, musiało być grube i ciężkie. Odpowiednio masywny i ciężki musiał też być sam teleskop. Szacunkowe obliczenia oparte na charakterystykach teleskopu Hale'a kazały spodziewać się, że dwukrotnie większy przyrząd ważyłby około 4000 t. Wygodny w obsłudze montaż paralaktyczny stawiał tu wymogi nie do pokonania: nie znano materiałów, które bez niedopuszczalnych odkształceń mogłyby wytrzymać naprężenia wywołane przez tak wielkie ciężary. Stało się jasne, że kolejny rekordzista będzie musiał wyglądać zupełnie inaczej niż olbrzym z Mt. Palomar.

Wielosegmentowe zwierciadło teleskopu Kecka

Fot. W. M. Keck Observatory

Zanim jednak znaleziono radykalnie nowe rozwiązania problemów konstrukcyjnych, teleskop Hale'a utracił palmę pierwszeństwa na rzecz przyrządu zbudowanego według nieznacznie tylko zmienionych zasad. Sześciometrowy Wielki Teleskop Azymutalny (Bolszoj Tieleskop Azimutalnyj, BTA) stanął w 1976 roku na Piku Pastuchowa w pobliżu miejscowości Zielenczukskaja na północnym skraju Kaukazu. Jego lustro ważyło 42 t, wszystkie ruchome części - 850 t, zaś tubus miał długość 24 m. Pierwsze lata eksploatacji wykazały to, czego można się było spodziewać: poród nowego rekordzisty był wyraźnie przedwczesny. Zbudowany w starej technologii, BTA nie wniósł do astronomii niczego, co nie dałoby się uzyskać za pomocą mniejszych przyrządów. Cóż, decyzję o jego budowie podjęto nie tyle na podstawie rzetelnej analizy potrzeb naukowych i możliwości technicznych, co dla... wykazania wyższości ZSRR nad USA! (tak, tak, takie to były czasy).

Chcąc oddać mu sprawiedliwość, trzeba jednak podkreślić, że był to pierwszy w historii duży teleskop o montażu azymutalnym (ramka Montaż azymutalny i paralaktyczny powyżej).

Montaż azymutalny góruje nad używanym uprzednio montażem paralaktycznym prostotą. Obciążenie konstrukcji, które w montażu paralaktycznym zmienia się w dużym zakresie zależnie od położenia teleskopu, jest w nim prawie stałe. Zaletą montażu paralatycznego jest łatwość śledzenia obserwowanego obiektu, które sprowadza się do obrotu teleskopu wokół jednej tylko osi i może być kontrolowane przez prosty mechanizm zegarowy. Przy montażu azymutalnym jest to czynność wielce skomplikowana, wymagająca obrotu wokół obu osi jednocześnie z prędkościami zależnymi od położenia teleskopu.

Przestało to być problemem dopiero wtedy, gdy pojawiła się możliwość przekazania kontroli obrotów komputerowi. W połowie lat siedemdziesiątych moc komputerów była już do tego celu zupełnie wystarczająca. Montaż azymutalny stosuje się dziś powszechnie nawet w teleskopach średniej wielkości. Jest też oczywiście zastosowany w wielkich teleskopach, które zdetronizowały BTA.

Dotarłszy do współczesności, zróbmy małą dygresję i zastanówmy się nad przyczynami "manii wielkości", jakiej zdawali się hołdować astronomowie przez cały wiek XX. Czy naprawdę musimy iść dalej tym tropem i ustanawiać kolejne rekordy, skoro ani teleskop Hale'a, ani tym bardziej BTA nie wniosły do astronomii przyczynków proporcjonalnych do swych rozmiarów? Wykładając racje astronomów, którzy oczywiście odpowiadają na to pytanie twierdząco, trzeba przypomnieć, że teleskop bywa czasem nazywany "kubłem na fotony". Niepiękne to i mało romantyczne, ale dobrze oddaje rzeczywistość.

Teleskopy Keck 1 i Keck 2 na szczycie Mauna Kea na Hawajach

Fot. W. M. Keck Observatory

Wbrew rozpowszechnionym mniemaniom, głównym zadaniem profesjonalnego teleskopu nie jest bowiem powiększanie obrazów ciał niebieskich, lecz zbieranie jak największych ilości światła. Im więcej światła zbierzemy, tym słabsze obiekty będziemy mogli dostrzec i tym więcej dowiemy się o obiektach jaśniejszych. Ilość zbieranego światła można zwiększać poprzez wydłużenie czasu obserwacji; są tu jednak wyraźne granice. Określony obiekt trudno obserwować dłużej niż przez jedną noc. Często też zależy nam na uchwyceniu szybko zachodzących zmian i w takich przypadkach powolne zbieranie fotonów w ogóle nie wchodzi w rachubę.

Podniosłe chwile obcowania z gigantem astronomicznym są przy tym piekielnie drogie. Koszt godziny pracy dużego teleskopu idzie w tysiące dolarów, a każda długotrwała obserwacja jawi się jako poważna inwestycja obarczona trudnym do oszacowania ryzykiem. Te przyziemne przeszkody na drodze ku krańcom Wszechświata można pokonać, budując teleskopy oparte na takich rozwiązaniach technicznych, dzięki którym "większy" nie musi wcale znaczyć tyle samo, co "droższy". BTA pokazał, że zastąpienie montażu paralaktycznego azymutalnym nie wystarcza. Prawdziwy przełom technologiczny, w którego następstwie wielkie teleskopy lat dziewięćdziesiątych całkowicie zdystansowały wszystko, czym astronomowie posługiwali się uprzednio, miał się dokonać kilkanaście lat później.

Teleskop dziesięciometrowy oddano do użytku 5 lat temu. Znajduje się on na szczycie wygasłego wulkanu Mauna Kea na największej z wysp hawajskich i dla upamiętnienia fundatora nosi nazwę teleskopu Kecka. Jego lustro waży niespełna 15 t, a wszystkie ruchome części - nieco ponad 270 t. Dzięki stosunkowo niewielkiej długości tubusa sylwetka teleskopu jest bardzo pękata, a "skrojona na miarę" kopuła wydaje się nim wypełniona niemal po brzegi. Przełom, który umożliwił budowę teleskopu Kecka, należy potraktować jak najbardziej dosłownie. Polegał na...przełamaniu głównego zwierciadła! Niczym podłoga z terakoty jest ono ułożone z 36 sześciokątnych segmentów (zdjęcie na s. 15). Każdy z nich ma przekątną 1.8 m i masę 400 kg (co oznacza, że przy rozmiarach porównywalnych do lustra sześćdziesiątki z Mt. Wilson jest od niego dwukrotnie lżejszy).

Teleskop HET w fazie montażu zwierciadła wielosegmentowego

Fot. HET/McDonald Observatory

Pomysł na obniżenie wagi zwierciadła był genialnie prosty, ale droga do jego realizacji wymagała rozwiązania arcytrudnych problemów technicznych. Zwierciadło miało być tradycyjną paraboloidą obrotową. Segmenty leżące w rozmaitych odległościach od jej środka musiały więc różnić się profilem powierzchni. Co więcej, w przeciwieństwie do pojedynczego zwierciadła nie mogły mieć symetrii obrotowej! Ich sporządzenie wymagało opracowania zupełnie nowych technik szlifierskich. Nie dość na tym: wyszlifowane segmenty należało umocować w teleskopie w ściśle określonych miejscach. Dopuszczalne odchylenia nie przekraczały 4 nm, co odpowiada jednej tysięcznej grubości włosa ludzkiego. I do tego przy zmianie położenia teleskopu trzeba było tę dokładność utrzymywać! Chciano to osiągnąć dzięki systemowi, w którego skład wchodziły czujniki położenia segmentów oraz aktywatory umożliwiające manewrowanie poszczególnymi segmentami. Za jego pomocą odpowiednio szybki komputer miał korygować kształt wielkiego zwierciadła średnio co dwie sekundy.

Wyglądało to dość nieprawdopodobnie i muszę przyznać, że nie bardzo wierzyłem w powodzenie całego przedsięwzięcia. Na wiadomości o wyniku testów przyrządu czekałem chyba równie niecierpliwie, co jego projektanci. Wszystko poszło jednak na tyle sprawnie, że fundacja Kecka ochoczo wyłożyła pieniądze na bliźniaczy teleskop, który stanął tuż obok swego starszego brata w roku 1996 (zdjęcie powyżej). W niedalekiej przyszłości oba teleskopy zostaną połączone światłowodami i będą mogły pracować jako jeden przyrząd o dwukrotnie większej powierzchni zwierciadła. Przy ich projektowaniu i budowie pracowało bardzo wielu astronomów i inżynierów, których zasługi trudno jest mierzyć i wartościować. Jako osoba numer jeden w tym zespole najczęściej wymieniany jest Jerry Nelson, zatrudniony w University of California w Santa Cruz. Historia teleskopu Kecka ma również znaczący wątek polski (ramka Wszędzie znajdziesz Polaka na s. 16).

Kryterium umożliwiające wskazanie największego teleskopu świata zaczyna się dziś komplikować. HET (Hobby-Eberly Telescope; nazwany tak, dla upamiętnienia fundatorów) ma zwierciadło o maksymalnej rozpiętości 11 m. Składające się na nie segmenty nie tworzą jednak pełnego koła, a średnica równoważnego kolistego zwierciadła wynosi 9.2 m. Z tego punktu widzenia HET jest więc w tej chwili trzecim co do wielkości teleskopem świata. Oddano go do użytku niespełna rok temu na Mt. Fowlkes w pobliżu Fort Davis w Teksasie, na terenach McDonald Observatory. Jego zwierciadło składa się z 91 segmentów o średnicy 1 m i grubości 5 cm. Przy budowie zrezygnowano z bardzo istotnej rzeczy: teleskop obraca się tylko wokół osi pionowej, a w stosunku do horyzontu jest zawsze nachylony pod kątem 55°. Ciężkiego zwierciadła nie trzeba więc podnosić ani opuszczać, ani zbyt często korygować jego kształtu, a system czujników i aktywatorów może być dużo prostszy niż w teleskopach Kecka.

Obszar nieba dostępny obserwacjom jest oczywiście ograniczony, jednak nie aż tak poważnie, jak to sugeruje prostota

VLT-Unit 1 w obserwatorium na Cerro Paranal

Fot. ESO

Nastawianie teleskopu na wybrany obiekt polega na przesunięciu zwierciadła wtórnego w pobliże miejsca, w którym znajduje się obraz obiektu wytworzony przez zwierciadło główne (w taki sam sposób pracuje największy radioteleskop na świecie, który znajduje się w Arecibo na Puerto Rico). Dzięki przesuwanemu zwierciadłu wtórnemu HET "widzi" aż 70% nieba, a większość obiektów może śledzić ponad godzinę. Przy jego rozmiarach jest to czas zupełnie wystarczający do zebrania takiej ilości fotonów, która w pełni zadowoli obserwatora. Warto tu dodać, że ograniczenia konstrukcyjne zostały zrekompensowane niską ceną teleskopu, który przy porównywalnych rozmiarach jest ponadsześciokrotnie(!) tańszy od każdego z teleskopów Kecka. Szefem projektu HET jest Larry Ramsey z Pennsylvania State University.

Ostatni z naszych bohaterów ujrzał światło dzienne niemal dokładnie w pięćdziesięciolecie uruchomienia teleskopu Hale'a i to właśnie zdopingowało mnie do napisania artykułu.

Nie jest to właściwie teleskop, lecz... ćwierć teleskopu. Cały przyrząd nosi nazwę VLT (Very Large Telescope) i ma zostać oddany do użytku za trzy lata na Cerro Paranal w północnym Chile. Buduje go międzynarodowe Europejskie Obserwatorium Południowe (European Southern Observatory, ESO). VLT składa się z czterech autonomicznych jednostek, które po połączeniu światłowodami będą mogły pracować jako jeden ogromny teleskop o efektywnej średnicy 16.4 m.

W maju br. uruchomiono pierwszą jednostkę, tzw. Unit 1. Każda jednostka ma pełną zdolność manewrową i jest wyposażona w pojedyncze zwierciadło o średnicy 8.2 m, grubości 17.7 cm i masie 23.5 t. Jest ono tak cienkie, że przy podnoszeniu za uchwyty umocowane na obwodzie załamałoby się pod własnym ciężarem. Dzięki temu jest również giętkie i właśnie na tym opiera się idea funkcjonowania przyrządu. Aktywatory nie manewrują tu segmentami (których przecież nie ma!), lecz... odpowiednio wyginają zwierciadło. Rolę czujników położenia segmentów odgrywa analizator jakości obrazu, który na podstawie zniekształceń obrazu kontrolnego określa aktualny kształt powierzchni zwierciadła.

Taki sposób korekcji zwierciadła nosi nazwę systemu optyki aktywnej. Stosowano go już w mniejszych teleskopach, ale jeszcze nigdy nie próbowano wyginać zwierciadła ośmiometrowego. Jak dowodzą wyjątkowo udane pierwsze obserwacje, eksperyment zakończył się pełnym powodzeniem.

Z innych ciekawostek związanych z VLT wypada wspomnieć nowatorski sposób odlewania zwierciadła. Formę odlewniczą umieszczono na obracającej się podstawie, dzięki czemu górna powierzchnia stygnącej masy szklanej przybrała kształt wklęsły. Oszczędzono w ten sposób znaczną część czasu zużywanego na szlifowanie. Szefem projektu VLT jest pracujący w ESO Massimo Tarenghi.

Obudowy mieszczące poszczególne jednostki VLT mają kształt z grubsza cylindryczny, do którego tradycyjna nazwa "kopuła" nijak nie daje się dopasować. Takie, a nawet jeszcze mniej romantyczne, bo pudłowate konstrukcje pojawiają się coraz częściej. W pracy obserwatora jest zresztą coraz mniej romantyzmu i bezpośredniego obcowania z głębią Wszechświata. Minęły bezpowrotnie czasy, kiedy astronom, przytupując i chuchając w ręce, przykładał w mroźną noc oko do okularu teleskopu. Między nim a zebranym przez teleskop światłem stoją dziś elektroniczne odbiorniki promieniowania i najrozmaitsze urządzenia wspomagające, które zrewolucjonizowały astronomię obserwacyjną w jeszcze większym stopniu niż nowe rozwiązania konstrukcyjne zastosowane przy budowie teleskopów. Jest to już jednak zupełnie inna historia, która wymagałaby osobnego artykułu.

Najwymowniejszy przykład dystansu, jaki dzieli dziś obserwatora od używanego przezeń przyrządu, krąży nad naszymi głowami w postaci Kosmicznego Teleskopu Hubble'a. Możliwość zdalnej pracy oferują także duże teleskopy naziemne. Z kwatery głównej ESO w Bawarii prowadzi się obserwacje w Chile, kontrolując przy tym na bieżąco pole widzenia teleskopu na ekranie komputera. Cóż, gdyby nie te zmiany, nie bylibyśmy świadomi nawet drobnej części bogactwa form, struktur i procesów, jakie odkrywa dziś przed nami Wszechświat. A jeśli ktoś chce po staremu poobcować z gwiazdami -- może to zrobić za pomocą teleskopu amatorskiego, który ma dziś zasięg niewiele mniejszy niż sześćdziesiątka z Mt. Wilson w czasach swej młodości.

* Pedantyczny kronikarz zaprotestuje w tym miejscu i powie, że ten tytuł należał się reflektorowi zwanemu Lewiatan, który na terenie swej rodzinnej posiadłości Birr Castle (Irlandia) skonstruował William Parsons, III Lord Rosse. To prawda. Pochodzący z 1842 roku Lewiatan miał odlane z metalu zwierciadło o średnicy 180 cm. Jednak na początku XX wieku przedstawiał już tylko wartość muzealną. Inny wielki instrument, reflektor z posrebrzanym zwierciadłem o średnicy 123 cm, znajdował się wówczas w obserwatorium paryskim. Wskutek błędów konstrukcyjnych i niestarannego wykonania nie nadawał się jednak w ogóle do prowadzenia obserwacji.