Twoja wyszukiwarka

X.RUT
WCZORAJSZE CZY DZISIEJSZE
Wiedza i Życie nr 12/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 12/1998

Pewien londyńczyk spędzał urlop na zapadłej prowincji Zjednoczonego Królestwa. W środku wioski, koło pubu, był sklepik pełniący funkcje podręcznego składu towarów, których zapomniało się kupić w miasteczku, albo niespodziewanie "wyszły", a bez których trudno się obyć. W sklepiku był też miejscowy urząd pocztowy; tamże sprzedawano prasę. Nazajutrz po przyjeździe londyńczyk wybrał się do sklepiku, żeby kupić ulubiony dziennik. Czy są londyńskie gazety? zapytał od progu. A czy pan życzy sobie wczorajsze, czy dzisiejsze? usłyszał w odpowiedzi. Oczywiście, dzisiejsze! odrzekł zdziwiony, że ktoś może mieć co do tego jakiekolwiek wątpliwości. No to proszę przyjść jutro!

Bardzo lubię tę anegdotę. Uzupełnia ona obraz, który powstał w moim umyśle pod wpływem zeszłowiecznych lektur. Oczyma ducha widzę rudowłosego i czerwonolicego Brytyjczyka, odzianego w wykrochmalone szorty i takąż koszulę, z namaszczeniem rozkładającego egzemplarz "Timesa", który tubylczy służący położył na stoliku nakrywając do porannego posiłku. Egzemplarz pochodzi z prenumeraty; co dwa tygodnie do portu zawija statek pocztowy, przywozi pakę prasy z dwu tygodni poprzedzających datę wypłynięcia z Anglii. Ale na stoliku pojawia się tylko jeden egzemplarz, kolejny będzie dopiero jutro. Wiadomości płyną w koloniach tym samym rytmem, co w metropolii, są tylko przesunięte o czas żeglugi pocztowca z Southampton do Mombassy czy Perth.

Utrzymanie codziennego rytmu lektury pomaga zachować namaszczony szacunek do prasy; świadomość tego, że każdy, kto jest kimś, obojętnie w jakim punkcie na kuli ziemskiej, rozpoczyna dzień od lektury najświeższego numeru tej samej gazety, stwarza niewidzialną, ale nader silną sieć powiązań, poprawia samopoczucie czytającego, który właśnie wtedy, gdy rozkłada swój świeży egzemplarz, najpełniej czuje się członkiem ekskluzywnego klubu ludzi dobrze poinformowanych.

Naturalnie, tak było kiedyś. Dziś podobną rolę próbują pełnić całodobowe serwisy telewizyjne; jeden z nich zupełnie świadomie nawiązuje do opisanej poetyki, regularnie pokazując fotki drogich hoteli z czterech końców świata, które udostępniają ów serwis swoim gościom. Ale to już nie to. Dlaczego? Dlaczego, oglądając serwis telewizyjnych wiadomości w hotelowym pokoju w Kuala Lumpur czy San Francisco, nie czuję mistycznej prawie więzi z gośćmi hotelowymi w Tokio czy Kairze, którzy mogą ten sam serwis oglądać? I dlaczego nie czuję się dobrze poinformowany?

Sprawa ma dwa wymiary, bardzo różne, ale powiązane. Tym, co je łączy, jest oszustwo.

Oszustwo pierwsze polega na tym, że będąc w Kuala Lumpur wcale nie mam pewności, iż ktoś w San Francisco - oglądając ten sam serwis - będzie widział to samo, co ja. Serwis nadawany jest "w kółko", ale w miarę upływu czasu zmienia się. Dochodzą nowe wiadomości, inne "spadają", czasem zmienia się komentarz, czasem obraz. Ponieważ - odlegli od siebie o kilka stref czasowych - ja i ten ktoś nie patrzymy w telewizor w tym samym momencie, więc widzimy różne wydania tego samego serwisu. Kłopot w tym, że wydania nie mają jednoznacznego stempla czasowego, płynnie przechodzą jedno w drugie. Nie można już powiedzieć: w serwisie z 27 sierpnia podano, że..., ani nawet w wieczornym serwisie z 27 sierpnia podano, że...; można najwyżej powiedzieć: w serwisie, który oglądałem z hotelu w Kuala Lumpur 27 sierpnia wieczorem, podano, że... Wiadomość straciła swoje uniwersalne, jednoznaczne źródło, stała się plotką, dość przypadkowo zasłyszaną.

W gruncie rzeczy, to ja, odbiorca serwisu, ponoszę odpowiedzialność za jej dokładne sformułowanie, nie mogę liczyć na to, że w przypadku rozbieżności zdań co do treści będzie można sięgnąć do ustalonego źródła, aby rozstrzygnąć, czyja pamięć zawiodła. Może się bowiem okazać, że rację mamy obaj, ja i mój ewentualny oponent, gdyż lokalnie wieczorne serwisy 27 sierpnia nie były identyczne.

Ponieważ bardzo prędko każdy, kto jest kimś, zdał sobie z tego sprawę, przestano przywiązywać większą wagę do dokładności wiadomości serwisowych. Proporcjonalnie do tego zmalała odpowiedzialność nadawcy. Jeśli czegoś jeszcze dotyczy, to głównie troski o cywilnoprawną niezaskarżalność wypowiedzi. Nie ma już obawy o niedokładności, przecież zawsze można będzie skorygować kolejną wersję. A zresztą i tak to, co najważniejsze, to jak najspieszniejsze przekazanie obrazu, widoku zdarzeń. A jak powszechnie wiadomo, gdy kilka osób ogląda to samo, każda widzi co innego.

Drugie oszustwo to właśnie zastępowanie słów obrazem. W wydanej w 1961 roku książce The Image Daniel Boorstin zwrócił uwagę na to, że rewolucja obrazkowa w dziennikarstwie spowodowała rozdwojenie pojęć przez stulecia nierozerwalnie ze sobą związanych. Dla przykładu: rozeszły się pojęcia sławy (fame) i wielkości (greatness): niegdyś sławny mógł być tylko człowiek wielki*. Dziś pojęcie sławy staje się równoważne pojęciu rozgłosu (notoriety), całkowicie rozwiedzionemu z pojęciem wielkości. Boorstin zakończył rozważania na ten temat przezabawnym (i bardzo trudnym do przetłumaczenia) stwierdzeniem: Celebrity is known for his/her well-knowness.

Nacisk na obrazkową stronę przekazywania wiadomości działa bardzo perfidnie. Często pokazywana ładna buźka staje się tak samo popularna jak równie często pokazywany myśliciel, oboje stają się sławnymi ikonami. Chociaż buźki nie stać na wypowiedzenie dwu sensownych zdań, a myślicielowi nie dano dokończyć ani jednej wypowiedzi na ekranie, bo za długo trwała, dla odbiorcy oboje są jednakowo niemi lub milczkowaci. Obrazkowa popularność żywi się sama sobą: to dopiero obrazkowe dziennikarstwo zrodziło zawód paparazzich, a z owoców ich pracy pełną garścią czerpią popularne gazety.

Szczerze powiedziawszy, trochę mi wstyd poprzedniego akapitu; można pomyśleć, że szczególnie nie lubię ładnych buź i czyhających po krzakach podglądaczy pro publico bono. Spieszę więc donieść, że nie widzę większej różnicy między fotografem prasowym polującym na niedyskretne zdjęcie sławnej osobistości a reporterem telewizyjnym filmującym ludzką rozpacz i ból. I to nie dlatego nawet, iż równie fałszywie brzmią dla mnie wyświechtane "usprawiedliwienia" tych działań, lecz dlatego, że obaj służą temu samľemu bożkowi, którego wyznawcy powtarzają mantrę: obraz wart jest tysiąca słów. Otóż nie!

Słowami nie da się wylansować globalnej ikony pozbawionej treści. W przeciwieństwie do oglądanego obrazu, który, chcąc nie chcąc, zawsze traktujemy jako swoje własne doznanie, czytane lub słyszane słowa mają źródło na zewnątrz nas, są cudze, a przez to - odbierane z pewną przynajmniej dozą krytycyzmu. Przekaz słowny musi nas przekonać do swego obiektywizmu, a priori uważamy go za subiektywne zdanie autora. Obraz (fotograficzny i telewizyjny) a priori traktujemy jako obiektywny. Mimo że wcale nie jest mniej subiektywny od wypowiedzi słownej, a często bywa ordynarnie aranżowany.

Dziennikarstwo obrazkowe opiera swoją wiarygodność na pozornej zamianie ról: nie czytamy już opowieści świadka wydarzeń, sami jesteśmy świadkami. Tyle tylko, że sprawozdawcy ope- rującemu słowem bardzo trudno przekonać czytelnika (a choćby i słuchacza), iż opis jednostkowego zdarzenia jest opisem całościowym, podczas gdy obraz, który z natury rzeczy trudno poddaje się uogólnieniom, dość często jest traktowany jako wierny reprezentant całości sprawy.

Jak widać, stara zasada traktująca wnioskowanie pars pro toto jako elementarny błąd logiczny przestaje obowiązywać w dziennikarstwie obrazkowym, i to zarówno po stronie nadawcy, jak i odbiorcy wiadomości.

I dlatego, zanurzony w potoku obrazków i filmowych migawek, mając do dyspozycji kilkanaście telewizyjnych serwisów informacyjnych, pokazujących na żywo i w kolorze przewroty pałacowe, pożary, sklonowaną trzodę, gwałty, gole i masakry, nie czuję się człowiekiem dobrze poinformowanym.

Z przyjemnością czytam solidne gazety sprzed stu lat, choć trudno mi pogodzić się z bijącym z nich przekonaniem, że świat zmierza w dobrym kierunku.

* Nie śmiem zanadto wkraczać na poletko mego znakomitego sąsiada z tych kolumn, ale nie mogę oprzeć się pokusie: polszczyzna obok przymiotnika "sławny" ma także przymiotnik "osławiony" (osławionym można np. nazwać powszechnie znanego zbója); z rozbawieniem obserwuję, jak coraz częściej różnym takim mylą się te dwa przymiotniki i używają ich
zamiennie.