Twoja wyszukiwarka

RENATA HRYŃ-KUŚMIEREK
ŚWIĄTECZNA OPOWIEŚĆ
Wiedza i Życie nr 12/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 12/1998

BOŻE NARODZENIE WPROWADZONO DO KALENDARZA ŚWIĄT KOŚCIELNYCH W IV WIEKU. DOPIERO DWIEŚCIE LAT PÓŹNIEJ ZNALAZŁA SIĘ W NIM WIGILIA, Z JEJ ODRĘBNĄ LITURGIĄ I OBRZĘDOWOŚCIĄ.

W dawnej Polsce okres świąt Bożego Narodzenia zwano również Godami, Godnymi lub Godnimi Świętami. Trwały od Wigilii (24 grudnia) do Trzech Króli (6 stycznia).

Dzień narodzin Syna Bożego przypada w okresie przesilenia zimowego. W wielu dawnych kulturach - nie tylko rolniczych - wyznaczało ono początek nowego roku i nowego cyklu wegetacyjnego. Jan Stanisław Bystroń, etnograf, folklorysta, historyk kultury i obyczajów, pisał w Etnografii Polski: Przypuszczać należy, że w terminie tym obchodzono w czasach pogańskich dwa wielkie święta, a mianowicie agrarne, mające na celu utrzymanie wegetacji rolnej przez okres zimowy, i zaduszkowe, mające znów zadanie nawiązania kontaktu z duszami zmarłych. Wierzono bowiem, że dusze zmarłych przodków i krewnych mogą wspomóc działania ludzi i zapewnić dobre zbiory rolnikom, a pasterzom ochronić bydło i owce przed chorobami.

W bożonarodzeniowych zwyczajach i obrzędach można odnaleźć symbolikę zaduszną - choćby pozostawianie wolnego miejsca przy stole dla niezapowiedzianego gościa czy spożywanie kolacji wigilijnej w milczeniu i nastroju powagi, wreszcie postne potrawy z maku, grzybów, miodu, ziaren zbóż, grochu, fasoli. Z tych składników przyrządzano również jadło, które podawano na ucztach zadusznych albo zanoszono na groby zmarłych.

Opisane dalej zwyczaje i obrzędy bożonarodzeniowe były praktykowane przede wszystkim wśród ludu, ale niektóre znała również szlachta i mieszczanie. Część z nich przetrwała do dziś, choć nie mamy już świadomości ich pierwotnego znaczenia i symboliki.

Tak więc, zgodnie z tradycją ludową, Wigilia kończyła stary i jednocześnie rozpoczynała nowy rok. Wierzono powszechnie, że ów dzień i noc są porą cudów, powrotem do czasów rajskiej szczęśliwości i obfitości. Najważniejsza tego dnia jest wieczerza, do której dawniej zasiadano wraz z ukazaniem się na niebie pierwszej gwiazdy. Działo się tak na pamiątkę Gwiazdy Betlejemskiej prowadzącej pasterzy i Magów do Betlejem, ale również dlatego, że ten wieczór i noc były przez społeczności tradycyjne (a do takich należała ludność dawnej polskiej wsi) uważane za czas niezwykły, sprzyjający spotkaniom z duszami, duchami, demonami; czas sprzyjający wróżbom i czarom. Ziemia miała się wówczas rozstępować, ukazując ukryte skarby, w lasach zakwitał kwiat paproci (jak widać, nie był to kwiat tylko nocy świętojańskiej), a w sadach drzewa owocowe, pod śniegiem zieleniła się trawa i rozkwitały kwiaty.

Wierzono, że w noc wigilijną woda w studniach na krótko zamienia się w miód albo wino, a w rzekach płynie srebro lub złoto. Jednak, jak głosiły różne podania i legendy opowiadane w długie zimowe wieczory, doświadczyć tego mogli tylko ludzie niewinni, szczęśliwi i odważni.

Jeszcze dzisiaj dość powszechna jest wiara w to, że w Wigilię zwierzęta mówią ludzkim głosem. Podsłuchujący je ludzie dowiadywali się ponoć najczęściej o zbliżającej się śmierci własnej albo kogoś z rodziny.

W niektórych regionach Polski nadal żywy jest zwyczaj obdzielania zwierząt resztkami jedzenia z kolacji wigilijnej i kolorowymi opłatkami (czerwonymi, żółtymi albo zielonymi). Bardzo często zapiekano w nich święcone zioła, aby chroniły bydło przed chorobami.

Niezwykłość nadchodzącego czasu była również podkreślana przystrojeniem domu. Najczęściej -- zarówno w chałupach chłopskich, jak i dworach szlacheckich czy magnackich pałacach - używano w tym celu słomy, siana czy snopów zboża. W materiałach etnograficznych, zebranych wśród mieszkańców Zamojszczyzny przez pracowników Muzeum Okręgowego w Zamościu w latach 1985-1986, znalazła się następująca informacja: Izbę wyścielano świeżą słomą. Miało to przypominać stajenkę. Pod pięknie wybielony lniany obrus kładziono sianko cienką warstwą i czerwone opłatki przeznaczone dla chudoby. W kącie stawiano snop żyta. Miał on tak stać do Nowego Roku, przyglądać się wszelkiemu dobrobytowi, wziąć go sobie do serca i wydać jeszcze obfitszy plon swoim gospodarzom, żeby przyszłe święta były jeszcze bogatsze.

Ze słomy wyciągniętej z bożonarodzeniowych snopków kręcono powrósła. Po wieczerzy wigilijnej gospodarze wychodzili do sadu i obwiązywali nimi drzewa owocowe, by nie marzły i lepiej rodziły. Z tych samych snopków robiono mniejsze wiązki i wtykano je w ziemię między zasiane oziminy, aby zboże lepiej rosło.

W świątecznie przystrojonym wnętrzu domu nie mogło zabraknąć zimozielonych gałęzi uważanych za symbol życia, zdrowia, dobrobytu. Domy były ozdabiane gałęziami świerku, sosny lub jodły, przybijanymi do płotów, furtek, drzwi domów, wrót obór i stodół. W południowej i południowo-zachodniej Polsce przyjęła się charakterystyczna dla tych regionów forma bożonarodzeniowej dekoracji z gałęzi drzew iglastych, tzw. podłaźnik (zwany również podłaźniczką, sadem, rajskim albo bożym drzewkiem, jutką, wiechą). Była to najpiękniejsza, wybrana spośród kilku ściętych wczesnym wigilijnym rankiem, rozwidlona gałąź. Gospodyni i dorosłe córki ozdabiały podłaźnik jabłkami, orzechami, ciastkami, krążkami z opłatka, a gospodarz zawieszał go nad wigilijnym stołem.

Choinka, bez której nie wyobrażamy sobie świąt Bożego Narodzenia, przywędrowała do Polski z Niemiec na przełomie XVIII i XIX wieku [patrz: Z choinką czy bez?, "WiŻ" nr 12/1997]. W pierwszej połowie XIX wieku ustawiano ją w domach mieszczan pochodzenia niemieckiego (głównie wśród ewangelików), potem przyjęła się również wśród polskiego mieszczaństwa i inteligencji. "Pod strzechy" dotarła dopiero w okresie międzywojennym. Na początku ozdabiano ją podobnie jak podłaźniki. Z czasem wzbogacono choinkową dekorację o własnoręcznie wykonywane łańcuchy z kolorowego papieru, dekorowane w różny sposób wydmuszki jaj czy współcześnie - kupowane w sklepach bombki, "anielskie włosy" oraz elektryczne lampki.

Bożonarodzeniową dekoracją znaną tylko w Polsce były ozdoby z opłatka [patrz: Anielskiego chleba kruchy, "WiŻ" nr 12/1997]. Mogły być białe albo kolorowe, płaskie wycinanki z opłatka lub trójwymiarowe kompozycje z elementów sklejanych śliną (np. "światy" lub "wilijki"). Wieszano je u powały, ozdabiano podłaźniczki albo dekorowano nimi choinki. Wszystkie świąteczne ozdoby nie były tylko dekoracją. Przede wszystkim miały chronić gospodarzy przed chorobami i nieszczęściami, zapewnić dostatek i harmonię, a także pomóc w przepowiadaniu nadchodzących wydarzeń - na przykład źdźbła siana wyciągane podczas wieczerzy spod obrusa. Źdźbła zielone dla panien i kawalerów oznaczały ślub już w zbliżające się zapusty, łamiące się i poczerniałe - staropanieństwo i starokawalerstwo. Pozostali biesiadnicy wróżyli sobie z ich wyglądu i długości o własnym zdrowiu i życiu.

Wszelkie prace należało zakończyć do chwili pojawienia się pierwszej gwiazdy na niebie. Gospodarze szykowali więcej paszy dla zwierząt, rąbali na zapas drewno na opał. Kobiety kończyły przyrządzanie potraw wigilijnych i na pozostałe dni świąt, ponieważ obowiązywał wtedy zakaz gotowania. Codzienne zajęcia nie mogły być wykonywane w nadchodzący niecodzienny czas święta.

Niecierpliwie czekano pierwszej gwiazdy; gdy ta zajaśniała, zbierali się goście i dzieci, rodzice wychodzili z opłatkiem na talerzu, a każdy z obecnych, biorąc opłatek, obchodził wszystkich zebranych, nawet służących, i łamiąc go, powtarzał słowa: bodajbyśmy na przyszły rok łamali go z sobą. Tak początek wieczoru wigilijnego z lat dzieciństwa opisał w Pamiętnikach Julian Ursyn Niemcewicz. A na stole: Trzy zupy, migdałowa z rodzynkami, barszcz z uszkami, grzybami i śledziem, kucja dla służących, krążki z chrzanem, karp do podlewy, szczupak z szafranem, placuszki z makiem i miodem, okonie z posiekanymi jajami i oliwą itd.

Nie w całej Polsce tak wyglądała kolacja wigilijna, nazywana także postnikiem, pośnikiem, kutią, wilią, obiadem wigilijnym. Dla różnych regionów kraju charakterystyczne były określone potrawy, jednak panował powszechny zwyczaj, aby przed rozpoczęciem wieczerzy podzielić się ze wszystkimi opłatkiem, składając przy tym życzenia zdrowia i pomyślności. Zwyczaj ten przyjął się najpierw na dworach szlacheckich, a potem wśród reszty polskiego społeczeństwa (poza częścią Pomorza, Warmią i Mazurami).

Każdego roku na Rynku Głównym w Krakowie odbywa się konkurs na najpiękniejszą szopkę bożonarodzeniową

Dopiero później zasiadano do stołu, na którym królowały postne wigilijne potrawy. Liczba dań i ich zestaw były zwyczajowo ustalone, choć różne w zależności od regionu Polski, zamożności gospodarzy, ich statusu społecznego. Mogło ich być na przykład dwanaście, jedenaście, dziewięć, siedem. Im więcej, tym nadchodzący rok miał być bardziej obfity w dostatek i pomyślność.

Trudno wymienić wszystko, co stawiano na stołach w wigilijny wieczór. Niektóre potrawy przetrwały do dziś - na Sądecczyźnie i Pogórzu jada się groch ze śliwkami, kaszę jęczmienną (tzw. siekankę, też ze śliwkami), żur z owsa lub zupę grochową, karpiele (tzn. brukiew), postną kapustę, ziemniaki, pierogi z kapustą, jabłkami, śliwkami albo serem (choć dawniej nabiału nie jadano w Wigilię), gotowany bób, pęczak. Natomiast mieszczanie i szlachta w Kaliskiem jadali zupę migdałową, kluski z sosem, karpia na szaro, szczupaka z szafranem, karasie smażone w oleju z kapustą, groch, kluski z makiem i miodem, kompot z suszonych śliwek i gruszek. Kompot z suszonych owoców zazwyczaj kończył wigilijną wieczerzę. Czasem, w bogatszych domach, podawano jeszcze ciasta, na przykład struclę makową, piernik, lukrowane pierniczki albo kruche ciasteczka.

Do stołu powinna zasiąść parzysta liczba osób, jedno miejsce pozostawiano wolne. Wierzono, że w przeciwnym razie ktoś z obecnych może umrzeć w nadchodzącym roku. Kolację spożywano w ciszy. Przed jej zakończeniem nie wolno było nikomu wstać od stołu ani odkładać łyżki, którą się jadło.

Te i inne zakazy i nakazy dotyczące zachowania się przy wigilijnym stole świadczą o wyjątkowości tego posiłku. Zasiadali do niego wszyscy domownicy i, jak wierzono, przybywające wtedy na ziemię dusze zmarłych. To dla nich zostawiano wolne miejsce przy stole, odkładano resztki potraw wigilijnych itp.

Podłaźniczka z południowej Polski

Po skończonej wieczerzy można było porozmawiać, posłuchać dziwnych, strasznych i cudownych opowieści, wróżyć o urodzaju, pogodzie w nadchodzącym roku, zdrowiu i życiu czy małżeństwie, śpiewać pastorałki i kolędy. Następnie wręczano dzieciom prezenty gwiazdkowe. Jest to stosunkowo nowy zwyczaj, praktykowany od połowy XIX wieku, głównie wśród zamożnego mieszczaństwa, ale także wśród szlachty. Natomiast na wsi prezentami obdarowywano się tylko w najbogatszych rodzinach i były to najczęściej owoce, ciasteczka albo inne "słodkości".

Potem wyruszano na pasterkę. W domu zostawali tylko niedołężni starcy i małe dzieci. Każdy gospodarz starał się dotrzeć do kościoła jak najszybciej. Ci, którzy weszli pierwsi na nabożeństwo, mogli spodziewać się dobrych plonów i powodzenia we wszystkich pracach gospodarskich.

Współczesna szopka ludowa

Rozpoczynały się święta Bożego Narodzenia. Już podczas pasterki młodzież robiła żarty, w których dawniej celowali żacy krakowscy. W różnych źródłach pojawiają się informacje o atramencie wlewanym przez nich do kropielnic czy związywaniu albo zszywaniu ubrań stojących koło siebie wiernych. Na wsi zaś często zdarzało się, że gospodarz, wracając z pasterki, znajdował na dachu stodoły swoją bronę albo pług.

Pierwszy dzień Bożego Narodzenia spędzano w gronie rodziny. We wsiach zamojskich w Boże Narodzenie nie myto naczyń; jedzono z nie mytych po wieczerzy misek. Gospodyni skórką chleba wygarniała resztki jadła dla drobiu. Naczyń nie myto z obawy, że w przyszłości miski także będą puste i czyste, jak wymyte, z braku jadła. No i nigdzie się nie szło na przyjęcie, bo to było Boże Narodzenie, każden w domu, dzień spokojny raz w roku. I takim pozostał w większości rodzin do dzisiaj.

Grupa "herodów" z okolic Krakowa

Drugi dzień świąt jest poświęcony świętemu Szczepanowi, pierwszemu męczennikowi. Wierni uczestniczyli w nabożeństwie, podczas którego kapłan święcił ziarno owsa (albo innego zboża), dodawanego później do ziarna przeznaczonego do siewu "na dobry urodzaj i przeciw gradobiciu". Zdarzało się, ku oburzeniu niektórych wiernych, że podczas mszy sypano owies na księdza przy ołtarzu. Czasem, jak zanotował Jędrzej Kitowicz w Opisie obyczajów i zwyczajów za panowania Augusta III: gdy miał niechętnych lub nierozsądnych parafian, rzucano z chóru i zakątków obrazić mogącymi rzeczami. Dzień świętego Szczepana rozpoczynał czas spotkań towarzyskich oraz kolędowania, które trwało albo do Trzech Króli, albo do Matki Boskiej Gromnicznej.

Od drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia do Trzech Króli wróżono na pogodę. Każdy z dwunastu dni odpowiadał kolejnym miesiącom nowego roku: 26 grudnia -- styczniowi, 27 grudnia - lutemu itd.

Zapustnicy z województwa ciechanowskiego

W polskim kalendarzu obrzędowym Sylwester i Nowy Rok nie miały takiego znaczenia, jak Wigilia i Boże Narodzenie. Różne zwyczaje, związane z tymi dniami, są powtórzeniem obrzędowości bożonarodzeniowej, na przykład wróżenie na pogodę i urodzaj czy wróżby małżeńskie. Zabawy sylwestrowe, tak dzisiaj popularne, są świeżej daty i mają miejski rodowód. Natomiast na wsi istnieje zwyczaj odwiedzania sąsiadów z życzeniami noworocznymi. Dawniej pojawiali się z nimi również kolędnicy, przebrani za różne zwierzęta: kozy, konie, niedźwiedzie, bociany. W niektórych regionach Polski (głównie południowych) odwiedzali domy dość kłopotliwi i uciążliwi kolędnicy: draby i dziady noworoczne. Często pozostawiali po sobie w chałupach wysypany popiół, rozlaną wodę, wymazane sadzą okna. Ale znoszono te żarty cierpliwie, ponieważ składali życzenia, żeby się darzyło, rodziło, kropiło, pszenica, jarzyca i żytko, i wszytko.

Obecnie dzień Trzech Króli kończący okres Bożego Narodzenia przeżywany jest głównie jako uroczystość kościelna. Podczas mszy ksiądz poświęca kawałki kredy i zmieszane z żywicą zioła (mirrę). Wierni, po powrocie z kościoła, wypisują na drzwiach swoich domów inicjały imion Trzech Mędrców (K+M+B) oraz kolejny rok; w niektórych regionach Polski (np. na Śląsku) czyni to ksiądz w czasie kolędy.

Dawniej był to dzień "chodzenia po kolędzie". Od domu do domu wędrowali chłopcy przebrani za Mędrców ze Wschodu, kolędnicy z gwiazdą albo z szopką, "herody" ze swoim przedstawieniem wydarzeń w Betlejem i na dworze króla Heroda, różne maszkary i przebierańcy. Zawsze składali gospodarzom i ich rodzinom życzenia zdrowia, pomyślności oraz dostatku, prosząc jednocześnie o datki. Gospodynie piekły specjalnie dla nich bułki i pierogi, które nazywano szczodrakami.

Rozpoczynał się karnawał, czyli zapusty, trwający od Nowego Roku albo od Trzech Króli aż do Środy Popielcowej. W miastach liczne bale były okazją znalezienia męża dla panien na wydaniu, szlachta urządzała z rozmachem i fantazją kuligi, a na wsi czas spędzano na poczęstunkach, tańcach i zabawach, podczas których wolno było więcej niż zazwyczaj.

Reprodukcje pocztówek i zdjęcia: Krzysztof Chojnacki

W Państwowym Muzeum Etnograficznym w Warszawie od 11 grudnia br. do końca karnawału w roku przyszłym można obejrzeć wystawę zatytułowaną Karnawał chłopski. Obchody kolędników i zapustników - red.

Mgr RENATA HRYŃ-KUŚMIEREK jest etnografem, absolwentką Katedry Etnografii Uniwersytetu Warszawskiego.