Twoja wyszukiwarka

X.RUT
BYLE INTERDYSCYPLINARNIE
Wiedza i Życie nr 1/1999
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 1/1999

Molierowski pan Jourdain niesłychanie się ucieszył, gdy mu powiedziano, że od maleńkości mówi prozą. Tak mu się podobało to słowo! A ponadto uważał, że proza to taki szlachetny gatunek wypowiedzi.

Od czterdziestu lat z mniejszym (częściej) lub większym (rzadziej) powodzeniem zajmuję się badaniami naukowymi. Nigdy nie czułem najmniejszego respektu wobec biurokratycznie ustalanych nazw dyscyplin, specjalności czy kierunków wiedzy; ilekroć ciekawość wiodła mnie poza granice tego, co dobrze już umiałem, z równym brakiem szacunku wkraczałem na tereny dziewicze, co na cudze terytoria. Ba, zdarzało się, że buszowałem po jakimś obszarze jak po ziemi niczyjej i dopiero po pewnym czasie docierało do mnie, że owszem, istnieje już plemię badaczy, które ten obszar uważa za swój i obrabia. Brałem wtedy z biblioteki grubą księgę sumującą wiedzę i przekonania tego plemienia i pogrążałem się w lekturze. Czasem było to owocne, a czasem nie bardzo. Tak czy owak, nahasałem się po różnych dyscyplinach wiedzy co niemiara i choć nadal nie czuję nabożnego lęku na widok miedz dzielących te poletka, skłonny jestem przyznać, że właśnie gleba miedz bywa szczególnie żyzna. Nic w tym dziwnego: poletka bywają dziś malutkie, do cna wyjałowione ekstensywną uprawą, zwłaszcza gdy muszą wyżywić liczne plemię tubylców.J eśli zaś takie plemię odczuwa zabobonny lęk przed łamaniem tabu i do miedzy nawet się nie zbliża (bo wierzy, że tuż za nią rozciąga się pustynia i puszcza ubi sunt leones), to na miedzy mogło się uchować coś wcale pożywnego.

Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy powiedzieć, że prowadziłem badania interdyscyplinarne. Tymczasem wszystko, co interdyscyplinarne, stało się niezwykle modne i bardzo popierane przez wszelkiego autoramentu agencje finansujące. Mimo że wiem doskonale, iż wszystko, co modne, a także co popierane przez agencje finansujące, a już na pewno to, co modne i popierane, funta kłaków niewarte, postanowiłem zgłębić fenomen interdyscyplinarności.

Wbrew naiwnym przypuszczeniom, w obowiązującej terminologii biurokratycznej wyróżnikiem interdyscyplinarności badań nie jest ich przedmiot, lecz podmiot prowadzący badania. Wcale nie chodzi o to, żeby przedmiotem zainteresowań było pogranicze dwu lub więcej dyscyplin naukowych, lecz o to, by uczestniczyli w nich naukowcy reprezentujący różne dyscypliny.

Rys. Grzegorz Szumowski

Fenomen interdyscyplinarności należy więc do nowego stylu zachowań badaczy, tego samego, który dyktuje obyczaj sygnowania publikacji dziesiątkami (a nawet setkami) nazwisk i przyłączania do nich możliwie najobszerniejszych spisów prac cytowanych. Są to zwyczaje narzucone smutną koniecznością liczenia się z biurokratycznym nadzorem nad sposobem wydawania pieniędzy przyznanych przez agencje finansujące. Wobec całkowitego niemal zaniku krytyki fachowej i wstydliwego pomijania opinii środowiska, co samo zresztą wynika z tychże powodów (urzędnicy nie są w stanie zrozumieć argumentów merytorycznych), ich rolę zaczęły pełnić łatwe do wyliczenia dziesięciorzędne "obiektywne" wskaźniki w rodzaju liczby cytowań publikacji.

Zacytowanie jednej publikacji podpisanej kilkudziesięciu nazwiskami zwiększa ten wskaźnik kilkudziesięciu badaczom; tworzą się układy wzajemnej może nie tyle adoracji, co wymiany usług: my cytujemy was, wy cytujecie nas, wszystkim nam wzrasta wskaźnik cytowań, tak ceniony przez urzędników z agencji finansujących. To zaś, że w treści publikacji większość cytowań ma postać np. taką: podobne badania prowadzili także... (tu lista wszystkich krewnych-i-znajomych Królika), a więc zupełnie nie odgrywa żadnej merytorycznej roli i służy wyłącznie uprzejmościowemu zwiększeniu liczby cytowań, o to już nikogo głowa nie boli.

Urzędnicy agencyjni, którym przez cały okres edukacji (z reguły polityczno-socjologicznej) wpajano przekonanie o samoistnie pozytywnym znaczeniu współpracy międzyludzkiej, bardzo wysoko cenią i odpowiednio wynagradzają dotacjami wszelkie przejawy "integracji i kooperacji". Obok, a często zamiast, twardych kryteriów opierającychsię na analizie uzyskiwanych wyników badań pojawiają się kryteria dotyczące społecznego sposobu prowadzenia prac badawczych. Jeśli są one wykonywane zespołowo, jeśli "integrują" środowisko, angażują osoby pokrzywdzone przez los itp., to tym samym takie badania nabierają w oczach agencji finansujących wielkiej wartości, zupełnie niezależnie od jakości osiąganych wyników.

Nic więc dziwnego, że niektórzy badacze ulegają pokusie łatwiejszego zaskarbienia przychylności agencji finansujących. W końcu uzyskanie wybitnych wyników jest trudne, wymaga nie tylko talentu, ale i ciężkiej pracy. O wiele łatwiej zmontować interdyscyplinarny (świetnie!) zespół (wybornie!) o międzynarodowym składzie (o to chodzi!). No i sukces, czyli tłusta dotacja, gwarantowany! Nie jest sprawą przypadku, że takie interdyscyplinarne zespoły nierzadko składają się z naukowych średniaków, a bardzo często widnieją w nich osoby serdecznie skłócone z macierzystym środowiskiem.

Naturalnie, nie należy generalizować. Wielu naprawdę wybitnych uczonych miewało poważne kłopoty z akceptacją w swojej dyscyplinie, co wynika z prostego faktu, iż każdy wybitny odkrywca początkowo jest w przeraźliwej mniejszości, a jego wyniki - w sprzeczności z przyjętymi teoriami. Bywa że takie niezaakceptowane jednostki kładą podwaliny nowej dyscypliny naukowej. Ale zwróćmy uwagę na kolejność, ona jest bowiem ważna: najpierw są oryginalne odkrycia, nowe teorie i samotna walka o ich akceptację, a dopiero potem ewentualna secesja i założenie nowej kolonii. Odwrotna kolejność: secesja mieszanej drużyny, skrzykniętej po to, by dopiero stworzyć coś nowego, na milę trąci sztucznością, jeśli nie zwykłą hucpą. (Choć i tu bywają wyjątki: w końcu Uniwersytet w angielskim Cambridge powstał właśnie w wyniku zbiorowej secesji z Oksfordu, a świetny Akademgorodok pod Nowosybirskiem założyli młodzi secesjoniści, nie mogący dłużej wytrzymać w dusznej atmosferze dworskiej akademii w Moskwie).

Inną znamienną cechą badań interdyscyplinarnych jest dążenie uprawiających je zespołów do powoływania struktur administracyjnych, wiernie kopiujących struktury, z których wywodzą się członkowie tych zespołów. Częstym argumentem za powołaniem nowych struktur bywa to, że istniejące krępują interdyscyplinarność badań. Jest w tym odrobina prawdy, gdyż wszelkie struktury administracyjne cechuje spory konserwatyzm; lubią one, gdy życie płynie w raz na zawsze wytyczonych korytach. Tyle tylko, że powołanie nowych struktur administracyjnych niczego istotnego nie zmienia: wnet stają się one równie konserwatywne, jak ich starsze siostry, i dążą do utrzymania nowego status quo. Badania interdyscyplinarne obudowane "swoją" strukturą administracyjną stają się taką samą dyscypliną jak te, z których się wyłoniły. Wkrótce kolejny zespół interdyscyplinarny będzie dążył do emancypacji i do... stworzenia nowej struktury. W rezultacie badania naukowe obrastają coraz większą liczbą struktur administracyjnych o coraz węższym polu widzenia.

Racjonalne rozwiązanie polega oczywiście na zmniejszaniu liczby struktur administracyjnych i zwiększaniu pola ich działania. Wtedy wielka część badań interdyscyplinarnych z punktu widzenia rozdrobnionych struktur znajdzie się w zakresie obsługi rozleglejszych struktur, co pozwoli na bezkonfliktowe tworzenie mieszanych zespołów i co najważniejsze - na bezbolesne ich rozwiązywanie wtedy, gdy spajająca je nadzieja nowych odkryć straci swą atrakcyjność lub zgoła okaże się płonna. Natomiast struktury administracyjne powoływane specjalnie do obsługi badań interdyscyplinarnych petryfikują i reanimują prowadzące je zespoły długo po wygaśnięciu początkowego wigoru, a nierzadko długo po zaniku jakichkolwiek objawów życia umysłowego.