Twoja wyszukiwarka

X.RUT
PASKUDNA SPRAWA
Wiedza i Życie nr 2/1999
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 2/1999

Któż nie lubi zwierzątek domowych? Piesków, kotków, papużek, chomików, złotych rybek czy kanarków? Która pani nie lubi dobrych perfum, a pan - dyskretnie pachnącej wody po goleniu? Któż na plaży nie naciera się kremem czy olejkiem z odpowiednim "faktorem"? Na pokarm dla swoich ulubieńców, tudzież na perfumy i kosmetyki mieszkańcy Europy i Ameryki Północnej wydają rocznie 37 mld dolarów. Gdyby sumę tę przeznaczyć na opłacenie elementarnej opieki medycznej, podstawowego wykształcenia i zaopatrzenia w pitną wodę ludzi, którym tego brakuje, zostałoby jeszcze 9 mld. Ale tych bardzo potrzebnych 28 mld nie ma ponoć skąd wziąć.

W tzw. krajach rozwijających się (do niedawna zwanych trzecim światem) żyje prawie 4.5 mld ludzi. 1/5 nie ma dostępu do żadnych usług medycznych, 1/5 głoduje, 1/4 nie ma trwałego dachu nad głową, 1/3 nie ma zdrowej wody pitnej, a aż 3/5 nie korzysta z podstawowej asenizacji.

Dziecko urodzone w Nowym Jorku czy Paryżu w ciągu życia zużyje więcej zasobów naturalnych Ziemi i wytworzy więcej zanieczyszczeń niż 50 (żyjących znacznie krócej) dzieci urodzonych w Afryce, ale "za to" dzieci w krajach rozwijających się są dużo bardziej narażone na skutki zatrucia powietrza i skażenia wody.

Łączna fortuna 225 najbogatszych ludzi świata równa jest łącznemu rocznemu dochodowi 2.5 mld najbiedniejszych mieszkańców Ziemi; 20% populacji naszego globu konsumuje 86% dóbr na nim wytwarzanych.

Wszystkie te dane pochodzą z ogłoszonego przez ONZ w połowie września 1998 roku Human Development Report. Dokument ten, jak wiele podobnych, nie wywarł większego wrażenia na światowej opinii publicznej. No bo i na kim miałby niby wywrzeć wrażenie? Do świadomości przytłaczającej większości Ziemian po prostu nie dotarł, reszta zaś albo od dawna o tym wie, albo zbyt jest pochłonięta troską o los swój i swych najbliższych, żeby na takie abstrakcyjne informacje zwracać uwagę. Sprawozdanie specjalnego prokuratora o prezydenckim rozporku i cygarze wzbudziło znacznie większe zainteresowanie.

Zacznijmy więc może z innej strony.

Leczenie chorego na gruźlicę trwa 6--8 miesięcy, kosztuje około 100 dolarów i jest prawie zawsze całkowicie skuteczne - jeśli doprowadzić je do końca. Niepełne lub przerwane leczenie powoduje, że "zwykła" gruźlica przekształca się w paskudnie trudną do wyleczenia chorobę zwaną MDR-TB (multi drug resistant tuberculosis). Jej wyleczenie, jeśli się uda, a udaje się tylko w 60% przypadków, kosztuje klika tysięcy dolarów i trwa dobre półtora roku.

Przez większość tego czasu i - oczywiście stale, kiedy nie jest leczony - chory zaraża prątkami MDR-TB, stanowi poważne niebezpieczeństwo dla otoczenia, tym większe, im gorsze są warunki higieniczne środowiska i im bardziej osłabieni w nim żyją ludzie (np. niedożywieni albo o obniżonej przez niewłaściwą dietę odporności). Wniosek oczywisty: trzeba leczyć do końca. Ale... W wielu wcale nie najbiedniejszych krajach brakuje pieniędzy np. na pełną opiekę zdrowotną nad więźniami; MDR-TB szerzy się tam w zakładach karnych w zastraszającym tempie, a wychodzący na wolność chorzy infekują środowisko.

Gruźlica, która niedawno jeszcze wydawało się, że zostanie wyeliminowana raz na zawsze, znowu atakuje, i to w znacznie zjadliwszejpostaci niż znane z dziewiętnastowiecznej literatury suchoty. Pomijając aspekt moralny, z czysto ekonomicznego punktu widzenia dofinansowanie leczenia przestępców okazuje się świetną inwestycją. Oczywiście, tylko hipotetyczną inwestycją, bo w rzeczywistości któż by chciał fundować leki zbirom odsiadującym zasłużone wyroki.

Postępy melioracji i osuszenie największych bagien w krajach rozwiniętych relegowały malarię do ubogich rejonów świata. Ponieważ przemysłfarmaceutyczny nie ma nadziei wycisnąć z nich odpowiednio dużych zysków, od wielu lat nie odnotowuje się istotnego postępu w pracach nad skutecznym zapobieganiem zachorowaniom na malarię. Tymczasem pojawiają się niepokojące sygnały, że plazmodia zimnicy odzyskują utraconą niszę ekologiczną w krajach rozwiniętych, zaczynają wykorzystywać jako nosicieli te gatunki komarów, którym do bytowania wystarczają małe i bardzo małe oczka wodne: przydrożne bajorko czy choćby nawet porzucona w lesie puszka po konserwach.

Rys. Grzegorz Szumowski

Atrybutem - chyba trwałym - zamożności tych 20% populacji Ziemi, które pochłaniają 86% jej spożywanych zasobów, jest znaczna mobilność. Wliczeni tu ludzie nie tylko lubią podróżować, w bardzo wielu celach muszą podróżować, także do egzotycznych krajów, po słońce i ropę naftową, na plaże i do swoich fabryk tam wyeksmitowanych. Atrybutem - chyba równie trwałym - pozostałej części populacji jest migracyjny napór na oazy zamożności. Legalnie, półlegalnie i nielegalnie - przez Rio Grande, przez Cieśninę Gibraltarską, przez Puszczę Białowieską - dziesiątki tysięcy codziennie próbują szczęścia. Niektórzy przypłacają to życiem, wielu wyłapuje straż graniczna, ale są przecież i tacy, którym się to udaje.

Nie uda się wprowadzić pełnej separacji między ludźmi żyjącymi w dostatku i w biedzie. Nie uda się, a w każdym razie nie uda się prędko wprowadzić takich różnic biologicznych między jednymi i drugimi, żeby zamożni byli całkowicie immunizowani na schorzenia zakaźne biednych, choć lepsza kondycja fizyczna tych pierwszych, wynikająca z lepszego odżywiania, i pełniejsze możliwości korzystania ze zdobyczy higieny i medycyny stanowią niejaką barierę.

Jeśli pominiemy względy moralne, bo one zawsze są problematyczne, podlegają dyskusji, dają się jakoś zagadać, otóż jeśli pominiemy te względy, zimny rachunek powinien podpowiedzieć, że na dłuższą metę nie da się utrzymać w zdrowiu i biologicznym dobrobycie małej subpopulacji otoczonej oceanem niedożywionych, wyniszczonych permanentnymi epidemiami zatruć układu pokarmowego, nieoświeconych, a przez to nie potrafiących właściwie dbać o swoje zdrowie osobników tego samego gatunku.

W przeludnionych regionach ludzkiej biedy, w studniach skażonych fekaliami i zatrutych sączącymi się do podglebia chemikaliami ewoluują i mutują mikroorganizmy o nieznanych własnościach. Mają wiele poligonów doświadczalnych: ludzi, których systemy immunologiczne są osłabione. Prędzej czy później zrodzi się kolejny potwór na miarę HIV, tyle że bardziej agresywny, mniej wybredny co do mechanizmu przenoszenia się z osobnika na osobnika (np. wystarczy mu droga kropelkowa).

Nie ma jednak prostych rozwiązań. Fortuny wspomnianych 225 najbogatszych ludzi w ogromnej większości są realnie bezwartościowe: składają się na nie astronomiczne ilości papierów giełdowych (często akcji jednej, niegdyś rodzinnej firmy), tytuły własności posiadłości i przedsiębiorstw. Każda próba spieniężenia znaczniejszej części takich walorów musi doprowadzić do gwałtownego spadku ich rynkowej wartości. Gdyby najbogatszy człowiek świata, Bill Gates, zechciał sprzedać swój blok akcji Microsoftu, nie za inne akcje, lecz za "żywe" dolary, notowania firmy poleciałyby na łeb i szyję. Akcjami zaś ani tytułami własności nie da się nikogo nakarmić. W tym bilansie liczy się spożycie, nie posiadanie abstrakcyjnych bogactw; setki najbogatszych nie spożywają zaś tyle, co miliardy najuboższych.

Jedyna droga niwelowania groźnej dysproporcji prowadzi przez zmianę dystrybucji spożycia dóbr konsumpcyjnych, przez ograniczenie wzrostu liczby ludności w ubogich regionach (a to można osiągnąć tylko przez edukację) i - jeśli to jeszcze w ogóle możliwe bez dalszej ekologicznej dewastacji Ziemi - przez ostrożne zwiększanie podaży podstawowych dóbr konsumpcyjnych, w tym czystej wody pitnej. Ciężaru zapobieżenia biologicznej katastrofie Homo sapiens sapiens nie da się złożyć wyłącznie na barki najbogatszych, ponieść go muszą wszyscy zamożniejsi, wszyscy konsumujący powyżej średniej światowej.

Egoizm zamożniejszych raczej prędzej niż później okaże się samobójczy.