Twoja wyszukiwarka

X.RUT
NIE TAK, NIE TAK, MÓJ SZLACHETNY
Wiedza i Życie nr 3/1999
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 3/1999

Rys. Grzegorz Szumowski

I znów po dłuższej przerwie spotkałem się z panem S. Spóźniłem się nieco do kawiarni, gdzie byliśmy umówieni, jako że wyjątkowo zimna aura (skutek ocieplenia klimatu Ziemi?) nie sprzyjała perypatetycznej formie spotkania.Pan S. właśnie kończył lekturę, odłożył gazetę i bez dyplomatycznych wstępów zaczął:

Wróciłem z Anglii, gdzie przez tydzień bawiłem w swoim starym college'u. Niech pan sobie wyobrazi, że ktoś postanowił wzbogacić piwniczkę o wina z Nowego Świata, trochę kalifornijskich, ale głównie australijskie i nowozelandzkie. I wie pan, że one są wcale, wcale... Takie, na przykład, chardonnay z Poverty Bay, ho, ho, zupełnie pijalne. Nie są jeszcze rozlewane w college'owe butelki, bo za krótko ich próbują, ale za dwa, trzy lata, kto wie, może zamówią stałe dostawy. No, ale nie o winach miałem mówić.

Byłem na małym przyjęciu, mąż mojej byłej sekretarki oblewał ukończenie studiów eksternistycznych, jakaś tam socjologia pracy czy coś w tym rodzaju. Trochę się dziwiłem, że chłop dorosły, dzieciaty (synowie już w gimnazjum!), pracujący, a uczy się zaocznie, i to na własny koszt. Najpierw myślałem, że może mu nie honor, żeby żona miała magisterium, a on nie (może zresztą, na początku, ambicja dorównania żonie popchnęła go nawet w stronę uniwersytetu). Ze dwa lata temu zebrałem na odwagę i - łamiąc wszystkie konwenanse -spytałam go wprost, po co mu te studia. Odpowiedź zapadła mi głęboko w pamięć: żeby lepiej wykonywać swoją pracę!

Tom (mąż Jenny) pracuje jako social worker, coś pośredniego między opiekunem społecznym, kuratorem sądowym i pielęgniarką środowiskową. To bardzo potrzebny zawód. W dzisiejszym świecie pełnym niekompletnych rodzin, ludzi starych, niepełnosprawnych, rozbrykanej młodzieży, różnego rodzaju nieprzystosowanych, cywilizacja wymaga nie tylko, żeby znalazły się środki (tj. pieniądze) na łagodzenie trudności i konfliktów, ale przede wszystkim ludzie, którzy swój czas poświęcą na wykonywanie pracy, która jest niezbędna po to, żeby trudności złagodzić, a konfliktom zapobiec lub je zmniejszyć. W życiu społecznym występują, oczywiście, wielkie trudności i wielkie konflikty. Do radzenia sobie z nimi w makroskali mamy poważne instytucje społeczne i państwowe: rządy, sądy, szpitale, parlamenty, więzienia, związki zawodowe, policję, burmistrzów i wszelkiego rodzaju rajców. Ale w mikroskali, gdzie idealnie rzecz biorąc powinno wystarczyć funkcjonowanie rodziny i samopomoc sąsiedzka, obecna cywilizacja nie zna lepszego rozwiązania niż zawodowy social worker.

No bo nawet jeśli rodzina funkcjonuje nieźle, to przecież nie można poważnie liczyć na to, że siedemdziesięcioletnie dzieci będą sprawnie opiekowaćsię dziewięćdziesięcioletnimi rodzicami, ani całego tego obciążenia składać na barki trzeciego czy czwartego pokolenia. Konsekwencją wydłużającego się życia ludzi, a także wzrastającej liczby osób niepełnosprawnych (które w czasach minionych nie przeżyłyby przyczyny swej niepełnosprawności) jest konieczność powstania profesji opiekunów. Konsekwencją osłabienia rodziny jest konieczność powstania profesji namiestników rodzicieli zastępujących ich w roli wychowawców, a nawet wzorców osobowych. I tak dalej. Od zawodowej sprawności tych ludzi zależy jakość życia coraz większej części nowoczesnych społeczeństw; w zamożnych i dobrze urządzonych krajach stanowią oni nową i bardzo szybko liczebnie wzrastającą grupę zawodową.

Tom i Jenny, opiekun społeczny i sekretarka - dwoje absolwentów uniwersytetów- z zadowoleniem i powodzeniem wykonują pracę, która w dorobkiewiczowskim wyobrażeniu zupełnie nie kojarzy się z karierą osób z wyższym wykształceniem.

I kiedy porównuje się dane dotyczące liczby studentów w Polsce i w krajach Europy Zachodniej, trzeba mieć na uwadze, że w przeciwieństwie do dominującego u nas XIX-wiecznego przeświadczenia, że ukończenie studiów wyższych daje glejt na wysokopłatną pracę, masowe szkolnictwo wyższe krajów zamożnych nie daje w zasadzie żadnego przywileju. Zdobycie wysokopłatnego zawodu wymaga znacznie większego wysiłku niż samo ukończenie studiów wyższych- przez co rozumie się zazwyczaj studia najniższego poziomu (choć niekoniecznie kiepskiej jakości, co charakteryzuje jeden tylko bogaty kraj - USA). Dobrze płatne zawody związane z wykształceniem - lekarze, prawnicy, zawodowi menedżerowie- kandydaci do nich, oprócz standardowych studiów stanowiących o wysokim wskaźniku skolaryzacji, odbywają elitarne studia uzupełniające, na ogół bardzo kosztowne i silnie konkurencyjne, tj. dostępne tylko dla najlepszych.

Jest po prostu nadużyciem porównywanie wskaźników masowych zachodnich studiów trzeciego stopnia (po szkole podstawowej i średniej) z aktualnym polskim szkolnictwem wyższym, ciągle jeszcze otoczonym nimbem kształcenia do dobrze płatnych zawodów. Nie można tej sprawy traktować jednowymiarowo, jako walki o upowszechnienie dostępu do szkół wyższych, posługiwać się wskaźnikiem skolaryzacji jako syntetyczną miarą całości problemu. W Polscei w Europie Zachodniej mierzy on istotnie różne zjawiska społeczne.

Pan S., nieco zmęczony tą długą tyradą, wypił spory łyk kawy, otarł usta i kontynuował:

Następnego dnia po przyjęciu u Jenny i Toma postanowiłem sprawdzić, jakie wykształcenie mają pracownicy administracji college'u. I co się okazało: wszystkie co do jednej sekretarki miały ukończone studia wyższe podstawowego przynajmniej poziomu, a sporo legitymowało się magisteriami. Oczywiście były to studia z najróżniejszych dziedzin: od archeologii do zoologii, od socjologii do teologii, od sztuk pięknych do hotelarstwa. Trafiały się także niespodzianki: była wśród nich pani z ukończonym prawem i pani po filologii arabskiej. O ile mogłem się zorientować, żadna nie uważała się za pokrzywdzoną przez los tylko dlatego, że po studiach wykonuje zawód sekretarki w college'u, niezbyt przecież dobrze płatny, w którym niewielkie zastosowanie znajdowały przedmioty wyuczone na studiach. Ale bo też nie o to chodzi!

Ukończenie studiów pozwoliło im żyć pełniejszym życiem pozazawodowym, ale nie tylko. Gwendolyn, pani w mocno średnim wieku, absolwentka sąsiedniego college'u sztuki, cieszy się absolutnym autorytetem w dziedzinie, "co w tym tygodniu warto obejrzeć w galeriach". Po poradę zgłaszają się wszyscy goście, a i miejscowi, od dostojnych profesorów po młodziutkich stażystów, lubią wpaść do jej klitki na pogawędkę o tym i owym, zapytać, co sądzi o artykule krytykującym retrospektywę Iksa albo wernisaż Igreka. O Betty wszyscy wiedzą, że jak nikt potrafi aranżować pozasesyjne zajęcia uczestników konferencji: wycieczki, bankiet, skomplikowane połączenia i podróże. Zna się na taryfach, twardo negocjuje najlepsze z możliwych warunki zakwaterowania itd. Na niejednej konferencji to ona właśnie dostała największy bukiet, a na pewno była najpopularniejszą osobą.

Wiozący mnie na lotnisko ciemnoskóry taksówkarz był bardzo rozmowny, uderzyła mnie celność i wykwintność sformułowań, których używał. Od słowado słowa, okazało się, że studiuje zaocznie anglistykę i wcale nie zamierza porzucić intratnej pracy. Studiuje, bo sprawia mu to satysfakcję, a oprócz tego: dzieci rosną, chce im zaszczepić "rozumną miłość do języka" (jego słowa).

Jak pan widzi, przyjacielu - ciągnął pan S. - między masowością szkolnictwa wyższego a sukcesem gospodarczym związek nie jest taki prosty, jak się naiwnym wydaje. Choć nie wiem, czy w powracających jak brudna woda w zenzietyradach o konieczności szybkiego zwiększenia wskaźnika skolaryzacji w Polsce więcej naiwności czy wyrachowania, chciejstwa czy durnoty. No bo patrz pan, znów wyciągają argument, że odsetek studentów chłopskiego pochodzenia był w międzywojennym dwudziestoleciu większy niż dziś, ale zapominają przy tym, że chłopstwo stanowiło wtedy ponad dwa razy większą część społeczeństwa niż dziś!

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że dyskusja o powszechności zupełnie zagłusza wielekroć ważniejsze kwestie jakości kształcenia akademickiego i nie pozwala na poważną rozmowę o jego celach. Co znakomicie ułatwia kolejnym rządom ignorować całą sprawę jako jeszcze jeden z problemów, na których wszyscy się znają i wokół których panuje pełna zgoda, że ma być po prostu więcej. No to jasne: wszyscy chcemy być zdrowsi, bogatsi i piękniejsi. Ale żeby akurat w tej sprawie coś konkretnego trzeba było robić, to przecież od razu widać, że nie ma sensu, prawda?

Nie wiedziałem już, czy pan S. kpi, czy mówi poważnie. Czasem trudno mi go zrozumieć.