Jak pytać? 
 

MAGDALENA FIKUS JERZY KOWALSKI-GLIKMAN MICHAŁ RÓŻYCZKA
GENY A CHARAKTER. JAK SOBIE RADZIĆ Z GENETYCZNYM DZIEDZICTWEM? WIELCY FILOZOFOWIE - MINIATURY FILOZOFICZNE WSZECHŚWIAT STEPHENA HAWKINGA
Wiedza i Życie nr 3/1999
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 3/1999

Wydawnictwo Amber, Warszawa 1997/1998.

Na wielką filozofię składają się nie opasłe dzieła, ale wielkie myśli- pisze Jacek Hołówka we wstępie do jednej z książek wchodzących w skład Miniatur filozoficznych. To zdanie jest mottem serii niewielkich książeczek wydawanych od roku. Każda z nich poświęcona jest myśli i dziełu jednego wielkiego filozofa - od Demokryta, Sokratesa, Platona i Arystotelesa po Ayera, Poppera i Derridę.

Pomysł serii jest niezwykle prosty. Każda książeczka zawiera zestaw rozbudowanych cytatów najważniejszych myśli tytułowych filozofów wraz z komentarzem napisanym przez niezwykle kompetentnego, ale jednocześnie stojącego jakby nieco w cieniu autora. Pozwala to filozofowi mówić własnym głosem. Czytelnik może więc bezpośrednio obcować z ideami, będącymi wytworem największych umysłów w dziejach ludzkości, i to obcować bezpośrednio, a nie poprzez pryzmat obudowującego te myśli dyskursu mniej lub bardziej wtórnych komentatorów i epigonów.

Koncentracja niewielkiego tomiku na jednym myślicielu ma również jednak swoje wady. Przede wszystkim na kilkudziesięciu stronach niezwykle trudno zawrzeć całość dokonań uczonych, których koncepcje niejednokrotnie kształtowały przez wieki wizję świata. Jest to szczególnie wyraźne w przypadku Kanta- z konieczności omówiono niewielki fragment gigantycznego dzieła tego jednego z największych filozofów.

Po wtóre, trudno w tak małej objętości zawrzeć odniesienia do całej tradycji myślowej, będącej istotnym elementem kształtowania się każdej doktryny filozoficznej. Po trzecie wreszcie, wybór filozofów, będących bohaterami tomików, jest nieco arbitralny: w serii miniatur znalazło się miejsce dla Voltaire'a i Turinga, ale już nie dla Leibniza, Bergsona czy Husserla. Być może jednak lista myślicieli będzie w przyszłości stopniowo rozszerzana.

Miniatury filozoficzne w żaden sposób nie mogą zastąpić kompetentnego wykładu historii filozofii czy - ogólniej historii idei. Nie to było chyba jednak zamiarem twórców tej serii. Za niecałe 10 zł dostajemy po prostu do ręki małe perełki edytorskie, które zachęcić mają czytelnika do sięgnięcia do szerszych omówień lub wręcz studiowania dzieł oryginalnych. Właśnie w tym tkwi oryginalność tej serii, będącej, w moim przekonaniu, jedną z najciekawszych propozycji wydawniczych ostatnich lat.

 GENY A CHARAKTER. JAK SOBIE RADZIĆ Z GENETYCZNYM DZIEDZICTWEM ?
Dean Hamer, Peter Copeland. Przełożył Jacek Suchecki. Wydawnictwo CIS, Warszawa 1998.

W książce tej autorzy poszukują odpowiedzi na ważne pytanie: czy o tym, kim jesteśmy, decydują nasze geny, czy otoczenie, w którym wyrośliśmy. Nie jest to pytanie akademickie. Wielkie ustroje totalitarne próbowały uzyskać naukowe podparcie jednej z tych tez: albo że tylko geny decydują o tym, że jedni są lepsi i bardziej godni życia niż inni, albo że to wychowanie kształtuje człowieka takim, jakim chce go widzieć wychowawca. Powodów, dla których czekamy już tak długo na wiążącą odpowiedź, jest kilka.

Mówimy o człowieku, a więc o istocie żywej, na której nie można dokonywać eksperymentów. W Stanach Zjednoczonych biura adopcyjne rozmyślnie przekazywały oddane do adopcji bliźnięta jednojajowe do różnych rodzin, co podobno miało umożliwić swobodniejszy rozwój ich osobowości. Dzięki temu naukowcy uzyskali możliwość przeprowadzenia badań na stosunkowo dużej populacji rozdzielonych bliźniąt (kilkaset osób). Badano dwuosobowe klony, a więc ludzi genetycznie identycznych, którzy wyrośli w rozmaitych środowiskach. Po wielu skomplikowanych analizach okazało się, że bliźniaki jednojajowe są do siebie bardzo podobne, nawet jeżeli wychowywały się w innych rodzinach. Są podobne, ale nie identyczne. Skoro środowisko tylko nieznacznie wpłynęło na ich osobowość, a genetycznie są tożsame, to dlaczego w ogóle się różnią?

Nie zapominajmy jednak, że mówimy nie o grupie krwi, a o cechach osobowościowych. Te zaś wynikają ze współdziałania bardzo wielu czynników. Tej złożonej sytuacji nie można zanalizować dość zgrubnymi testami, jakimi są ankiety psychologiczne. Genetyk może dziś oznaczyć budowę, lokalizację, regulację aktywności pojedynczego genu w terminach ilościowych. Psycholog bada cechę opisowo, starając się odnotować jak najwięcej objawów jej towarzyszących. Musi wnioskować z prawidłowości statystycznych w kategoriach probabilistycznych. Genetyk i psycholog znajdują się, metodologicznie, na różnych piętrach poznania. Nie mogą zatem wspólnie, na to samo niepokojące nas pytanie, udzielić jednoznacznej odpowiedzi.

Choć więc prawdopodobnie za 4 do 5 lat poznamy wszystkie ludzkie geny i cały ludzki DNA, to nie znaczy, że będziemy rozumieć rolę odgrywaną przez nie w naszym organizmie: w różnych okresach jego życia, różnych stanach i warunkach środowiska.

Wszystko więc jeszcze przed nami. Na razie panowie Hamer i Copeland proponują ciekawe podsumowanie tego, co już wiemy. W jakim stopniu od genów zależny jest apetyt, pociąg do narkotyków, alkoholu, papierosów? W jakim preferencje seksualne? Agresywność i poszukiwanie nowości? Inteligencja? Czy geny determinują nasze zachowania, czy też raczej do nich predysponują? Jakie będzie to miało konsekwencje dla stanowienia prawa? Czy można karać kogoś, kto swoje naganne zachowanie ma zapisane w genach? A może jest tu miejsce na manipulacje osobowością w społecznym wymiarze? Już teraz czy w przyszłości, dzięki inżynierii genetycznej?

Naszym Czytelnikom zdradzę sekret: temperament zależy od genów i niewiele zmienia się z wiekiem, natomiast charakter - nabytą część osobowości -można kształtować, a najłatwiej robić to w młodości. Nie darmo nasze babcie uczyły mycia rąk i wstawania z krzesła, gdy do pokoju wchodzi kobieta. Coraz rzadziej to obserwuję, może dlatego, że już jestem babcią?

 WSZECHŚWIAT STEPHENA HAWKINGA - OPISANIE KOSMOSU
David Filkin. Przełożył Tomasz Kornawski, konsultacja Jan Pyka.Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 1998.

Rzadko zdarzało mi się spotkać tytuł równie mało przystający do treści, co Wszechświat Stephena Hawkinga. Książka ma 257 stron. Prace Hawkinga są opisane na piętnastu stronach, z których tytułowemu modelowi Wszechświata poświęcono pięć (!). Na pozostałych, w towarzystwie nieśmiertelnych starożytnych Greków i biednego Galileusza, znajdziemy Kopernika na łożu śmierci, Mendelejewa (który od dziecka przejawiał zainteresowanie chemią), Einsteina (który, jako największy wizjonerski umysł swych czasów, z właściwą sobie przenikliwością zauważył...) oraz niedoszłego boksera Hubble'a i dziesiątki, jeśli nie setki, innych postaci i wątków równie luźno związanych z tytułowym tematem, co obietnice przedwyborcze z powyborczą rzeczywistością. Skonstatowawszy to, poczułem się jak ktoś, kto we wspaniałym opakowaniu znalazł towar słynnej "drugiej świeżości". Tłumacząc swą wizję książki, Filkin pisze (s. 20), że aby zrozumieć wszechświat Stephena Hawkinga, musimy cofnąć się do początków kosmologii. Protestuję! Nie musimy. A już na pewno nie do Greków i Mendelejewa.

Filkin grzeszy nie tylko reklamowaniem nieświeżych treści za pomocą chwytliwego tytułu. Zdarza mu się, i to wcale często, nagłe zachwianie poziomu przekazu. Opuszcza wtedy czytelnika (któremu zazwyczaj troskliwie usuwa wszelkie przeszkody intelektualne) i każe mu samodzielnie dowiadywać się, na czym polegało kompensowanie prądu nasycenia w komorze jonizacyjnej w metodzie państwa Curie (s. 124). Nie jest to jednak grzech niewybaczalny i pewnie bym o nim w ogóle nie wspomniał, gdyby nie rzeczy o wiele gorsze.

Filkin przyznaje w Podziękowaniach (s. 6), że jego wiedza na temat tak egzotycznych spraw, jak białe karły, Wielki Wybuch i czarne dziury, była bliska zeru. Kierowała nim jednak niezaspokojona chęć nauczenia się czegoś i przekonanie, że miliony ludzi też chciałyby poznać bliżej te sprawy.Jeżeli owa chęć jest już zaspokojona, to bardzo niedobrze, bo wiedza zdobyta przy jej zaspokajaniu przypomina ementaler (dziurami, oczywiście, a nie jakością!). Opis wszystkich naiwności, nieścisłości i nieprawd we Wszechświecie Stephena Hawkinga zająłby kilka ładnych kolumn. Ograniczę się więc do paru tylko przykładów, które, obawiam się, nie oddadzą towarzyszącego mi przyczytaniu nastroju grozy pomieszanej z rozbawieniem.

Na s. 50 znajdziemy jedną z najciekawszych definicji masy, jakie zdarzyło mi się spotkać: masę ciała można zdefiniować jako siłę potrzebną do tego, aby je wprawić w ruch. W mojej prywatnej klasyfikacji Filkina bije tylko uczennica szkoły podstawowej w jednej z suwalskich wiosek, która trzydzieścilat temu na sprawdzianie z fizyki dostała polecenie: Scharakteryzuj pojęcie masy. Napisała: Czym ciało ma większą masę, tym jest go trudniej (koniec cytatu). Na
s. 80 czytamy: szczególna teoria względności dotyczy sytuacji, kiedy zdarzenie i obserwator poruszają się względem siebie ze stałą prędkością, a ogólna - kiedy ich prędkość względem siebie rośnie lub maleje. Zdanie, które sugeruje, że szczególna teoria względności nie nadaje się do opisu ruchu niejednostajnego, jest po prostu niebezpieczne!

Bardzo chciałbym też zrozumieć, dlaczego tytuł rozdziału dziesiątego łączy cywilizacje pozaziemskie i kwazary. Radioastronomia naprawdę nie zaczęła się od nasłuchu "zielonych ludzików" i nie zajęła się obiektami kosmicznymi dopiero wtedy, kiedy rząd amerykański stracił wiarę w sukces (a właśnie taką kolej rzeczy sugeruje początek rozdziału dziesiątego). I tak dalej, i tak dalej.

Jak wspomniałem, przy czytaniu oscylowałem między grozą i rozbawieniem. W niektórych przypadkach było mi jednak zupełnie nie do śmiechu. Wróćmy do s. 168: z teorii wynika, że każda reakcja jądrowa powinna produkować ogromną liczbę neutrin. Może przesadzam, ale wydaje mi się, że w tym miejscu tekst Filkina przekracza granice, których przekraczać nie wolno, jeśli ma się choćby odrobinę szacunku dla odbiorcy. Posłużę się skalą ocen z dodatku Co jest grane do "Gazety Wyborczej" i przyznam Wszechświatowi Stephena Hawkinga jedną gwiazdkę. Czytajcie na własne ryzyko!