Twoja wyszukiwarka

X.RUT
NIE MA BEZPŁATNYCH OBIADÓW
Wiedza i Życie nr 4/1999
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 4/1999

Wśród wielu pomników braku rozsądku poczesne miejsce zajmuje artykuł Konstytucji głoszący bezpłatność kształcenia w publicznych szkołach wyższych z wyjątkiem niektórych usług edukacyjnych, które mogą być odpłatne. Będąc wynikiem kompromisu, świadczy o wielkim uporze żarliwie wierzących w fikcje i o rozpaczliwej obronie realistów; odwołując się do źle określonych pojęć, otwiera nieograniczone pole do sporów interpretacyjnych. Co gorsza, jest trwałym zagrożeniem dla każdego przyjętego rozwiązania, gdyż przyszła zmiana nastrojów politycznych, zbyt drobna, by zmienić zapis konstytucyjny, czegow obawie przed efektem domina boją się i długo jeszcze bać się będą wszystkie znaczniejsze ugrupowania polityczne, otóż każde zachwianie kompozycji politycznego establishmentu może zmienić interpretację, a z nią - istniejącą strukturę finansowania publicznych szkół wyższych. A to sprawa poważna, nawet groźna, bo proces kształcenia z natury rzeczy wymaga stabilności: nie można przecieżw toku studiów radykalnie zmieniać warunków studiowania, studia zaś trwająco najmniej trzy lata, a trzeba jeszcze uwzględnić okres podejmowania decyzji o nich, dla wielu rodzin trudny i dość długi.

Niezależnie od tego, jak wyróżnimy te usługi edukacyjne, za które publicznym szkołom wyższym wolno pobierać opłaty, wpływy z tego tytułu nie będą dominowaływ ich budżetach, chyba że przystaniemy na całkowitą kpinę z konstytucyjnego zapisu. Przyjmijmy więc dla uproszczenia, że takich wpływów nie ma wcale. Szkoły wyższe utrzymuje budżet, a one świadczą swe usługi edukacyjne nieodpłatnie. Komu świadczą? Wszystkim, kto tego zapragnie? A czy budżet państwa będzie uwzględniać lawinowo rosnącą liczbę studentów? Czy będzie ją antycypować w stopniu pozwalającym uczelniom przygotować się do tego? W końcu, żeby uczyć dwa razy więcej studentów, trzeba mieć dwa razy więcej sal wykładowych, laboratoriów, nauczycieli akademickich itd. albo pogodzić się z myślą, że będzie dwa razy ciaśniej na zajęciach, dwa razy mniej ćwiczeń laboratoryjnych, a profesorowie poświęcą studentowi dwa razy mniej czasu. Ani sal wykładowych, ani nauczycieli akademickich nie da się w dowolnej chwili dokupić, ile trzeba. Proces budowlany, ile trwa, każdy wie. Nauczyciela akademickie gotrzeba kształcić wiele lat. Tymczasem realne nakłady budżetu na publiczne szkolnictwo wyższe od kilkunastu lat systematycznie maleją.

Z punktu widzenia polskich perspektyw gospodarczych nawet najwięksi optymiści nie mogą przypuszczać, że - w konkurencji z kolosalnymi wydatkami potrzebnymi na w miarę humanitarne przystosowanie polskiej wsi i przemysłu do europejskich warunków -publiczne szkolnictwo wyższe uzyska takie preferencje budżetowe, które pozwolą mu zwiększyć "masę" świadczonych usług edukacyjnych w stopniu zbliżonym do publicznego apetytu na bezpłatne studia wyższe. Chyba że drastycznie pogorszy się jakość tych usług. Co, niestety, daje się już zauważyć. Nie tylko w słabszych szkołach, ale i w gronie najlepszych uniwersytetów można zaobserwować, jak na najbardziej szturmowanych kierunkach studiów wzrasta liczba studentów przypadających na jednego profesora, maleje zaś przypadająca na jednego studenta powierzchnia sal wykładowych i liczba podręczników dostępnych w bibliotekach. Bronią się jeszcze kierunki ścisłe, bo i napór na nie mniejszy, i liczba stanowisk laboratoryjnych stanowi namacalną barierę; w rezultacie na tym samym uniwersytecie na jednym wydziale jeden profesor przypada na kilkunastu studentów, a na innym - na setkę, co musi prowadzić do różnych tarć w gronie akademickim. Maluczko, a publiczne szkoły wyższe staną się synonimem kiepskiej jakości kształcenia, a rosnące zapotrzebowanie na studia i tak w coraz większym stopniu będą zaspokajać szkoły niepubliczne, którym Konstytucja nie nakłada żadnych ograniczeń na pobieranie opłat.

Ciekawe, czy żarliwym obrońcom hasła bezpłatnego dostępu do publicznego szkolnictwa wyższego naprawdę o to chodzi: o zapchane poza granice cywilizacji i pozbawione lepszej kadry dydaktycznej państwowe uniwersytety i o coraz lepiej prosperujące szkoły prywatne, dywersyfikujące swoje usługi: od naukil ekkiej, łatwej i przyjemnej po solidne studia, wszystko wszelako po kosztach własnych, zwiększonych o godziwy zysk właściciela, egzekwowanych w postaci czesnego wnoszonego pod rygorem relegowania z uczelni.

A może właśnie tak? Przecież wszystko, co prywatne, funkcjonuje lepiej niż publiczne, prawda? Niestety, nie całkiem. Poza jedynym szlachetnym wyjątkiem (a i on mocno opiera się na majątku publicznym, bo PAN-owskim) nie ma w Rzeczypospolitej ani jednej prywatnej szkoły, która kształciłaby biologów molekularnych, fizyków ciała stałego, matematyków czy choćby informatyków z prawdziwego zdarzenia (w odróżnieniu od rzemieślników do obsługi komputerów w kraju i na dumpingowy eksport). O lekarzach nie ma co mówić, przecież nawet felczerów nie kształci żadna prywatna szkoła. Ani inżynierów o nowoczesnych, trudnych i poszukiwanych specjalnościach.

A jednak za granicą... No pewno, że tak, ale za granicą są prywatne uniwersytety istniejące od setek lat, zamożne nie roztrwonionymi nadaniami królów i biskupów, albo młodsze - jak w USA - zapisami baronów węgla, stali, kolei żelaznych i szybów naftowych. I - co dla niektórych jest wciąż rewelacją- stale suto wspomagane dotacjami z budżetu państwa. One już mają laboratoria, czasem najlepsze na świecie, i biblioteki, czasem najzasobniejsze w swej dziedzinie. I najzdolniejsza młodzież studiuje na nich za darmo, bo te głośne, wspaniałe szkoły stać na fundowanie stypendiów, dzięki którym ściągają najlepszych, co pozwala im utrzymywać poziom i markę. Tyle że takich szkół nie ma i nie będzie między Bugiem i Odrą. Choćby dlatego, że brak tu fundatorów na miarę średniowiecznych królów czy dziewiętnastowiecznych Carnegiechi Mellonów. A większość rodzimych właścicieli prywatnych szkół wyższych chce na tym interesie zarobić, jak na każdym innym biznesie.

W Polsce, we wszystkich dziedzinach, w których kształcenie wymaga dobrych laboratoriów, solidnych bibliotek czy innych kosztownych inwestycji infrastrukturalnych, tylko istniejące już uczelnie państwowe mają jaką-taką szansę utrzymania poziomu pozwalającego absolwentom nawiązywać kontakt intelektualny ze światem. Naturalnie, nie wszystkie istniejące obecnie szkoły publiczne mają odpowiedni potencjał kadrowy i wyposażenie. Ale czy się to komu podoba, czy nie -żadna prywatna uczelnia nie ma tych szans, nawet jeśliby miała takie ambicje. Za wszelką więc cenę trzeba ten potencjał chronić przed rozproszeniem i przed zadławieniem przez obowiązek nieodpłatnego świadczenia usług edukacyjnych lawinowo rosnącym rzeszom studentów, co się w niejednym kraju już zdarzyło.

Więc jak to, wprowadzić odpłatność studiowania na najkosztowniejszych studiach? Ano właśnie tak! Im studia kosztowniejsze (bo wymagające drogich laboratoriów i światowej klasy profesorów), tym opłaty powinny być wyższe, żeby pokrywały koszty z nadwyżką, pozwalającą na stałe ulepszanie uczelnianej infrastruktury. A co z powszechną dostępnością takich studiów?

Tu trzeba się zastanowić, czy chodzi o powszechną dostępność dla każdego, kto chce, czy dla tych, którzy najlepiej wykorzystają szansę, jaką daje studiowanie w takich szkołach? Jeśli wszyscy podatnicy mają partycypować w utrzymaniu kuźnic intelektualnych elit kraju, to najskuteczniejsze będzie przeznaczyć środki budżetowe na stypendia, w pierwszym rzędzie służące do opłaty czesnego, przyznawane młodym ludziom rokującym najlepsze wykorzystanie szansy. Niech każdy z najzdolniejszej części każdego rocznika młodzieży ma zagwarantowane opłacenie studiów w dowolnie wybranej spośród uczelni uznanych za najlepsze w kraju, ale niech ta opłata wpływa do kasy uczelni, obojętne: publicznej czy prywatnej.

Liczba stanowisk pracy wymagających doskonale przygotowanych osób niezależy od współczynnika skolaryzacji i zawsze obejmą je najlepsi, nie gorsi jednak niż wymagane, często wyśrubowane minimum. Nawet jeśli wszyscy obywatele będą się legitymowali dyplomami, nie przybędzie najbardziej pożądanych stanowisk pracy. Natomiast jeśli na rynku pracy nie będzie odpowiedniej liczby świetnie przygotowanych lokalnych fachowców, najlepsze miejsca pracy obejmą przybysze z zewnątrz. W publicznym interesie leży przeto przede wszystkim jakość kształcenia. Ilość zaś jest pochodną prywatnych interesów i osobistych ambicji. I takie właśnie powinny być priorytety wydatkowania skromnych środków, które budżet przeznacza na szkolnictwo wyższe.