Twoja wyszukiwarka

JERZY KOWALSKI-GLIKMAN KRZYSZTOF CIESIELSKI JERZY KOWALSKI-GLIKMAN
MOJE BIEGUNY. DZIENNIK Z WYPRAW 1990-1998 MOJE NAJLEPSZE ZAGADKI MATEMATYCZNE I LOGICZNE NIESPOKOJNA PLANETA. NAJWIĘKSZE KATAKLIZMY W HISTORII LUDZKOŚCI PO BOGU. O PRZYSZŁOŚCI RELIGII
Wiedza i Życie nr 4/1999
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 4/1999

PO BOGU.O PRZYSZŁOŚCI RELIGII.
Don Cupitt. Przełożył Piotr Sitarski.
Wydawnictwa CiS i WAB, Warszawa 1998.

Don Cupitt to anglikański pastor, a jednocześnie profesor filozofii i teologii na Uniwersytecie Oksfordzkim. Jest więc niewątpliwie autorem kompetentnym, co więcej - umiejącym mówić o problemach trudnych, a jednocześnie dość drażliwych w sposób jasny i pozbawiony zacietrzewienia czy zbędnego moralizatorstwa.

Po Bogu to szkic o historii, współczesności i przyszłości religii pojmowanej z jednej strony jako zjawisko społeczne, a z drugiej jako jednej z najbardziej intymnych i głębokich potrzeb ludzkich. Autor, rysując obraz źródeł i dziejów religii, stara się uzasadnić tezę, że cywilizacja współczesna jest okresem wyczerpywania się potencjału zorganizowanych wspólnot religijnych i zanikania ich znaczenia społecznego, politycznego i kulturotwórczego.

Stawiając diagnozę kresu religii instytucjonalnej, Cupitt nie neguje znaczenia wiary w życiu duchowym człowieka. Wręcz przeciwnie, twierdzi, że wyzwolenie się z ram Kościołów, będących w dużym stopniu skostniałymi organizmami, otwiera drogę do nowej jakości indywidualnej realizacji wiary, będącej sposobem pozwalającym na samorealizację jednostki. Autor nie popada jednak w drugą skrajność: bezkrytyczną apoteozę przeżyć mistycznych. Podaje po prostu kilka recept: jak odnieść się do całości, której jest się częścią, jak spojrzeć na siebie z perspektywy uniwersalnej, jak przeżyć nihilizm jako lekkość i pozbyć się strachu przed cierpieniem i śmiercią, jak kochać życie i żyć dobrze - w przekonaniu Cupitta w tym właśnie tkwi jądro współczesnej religii.

Po Bogu nie jest dziełem penetrującym głębokie zagadnienia filozoficzne czy teologiczne. Jest to praca popularnonaukowa, ale w najlepszym znaczeniu tego słowa: prezentuje stan wiedzy w sposób dostępny dla przeciętnego czytelnika. Wielkim walorem książki jest przewijająca się przez jej karty optymistyczna wizja człowieka i jego wiary. Można się z nią nie zgadzać, polemizować lub wręcz wykpiwać jako zbyt naiwną, ale w moim przekonaniu nie da się przejść nad nią obojętnie.

NIESPOKOJNA PLANETA. NAJWIĘKSZE KATAKLIZMY W HISTORII LUDZKOŚCI.
Ernest Zebrowski. Przełożył Janusz Błaszczyk.
Wydawnictwo Amber, Warszawa 1998.

Wiadomości o klęskach żywiołowych, docierające za pośrednictwem mediów i czyniące miliardy ludzi na całym świecie świadkami kataklizmów, zmuszają do refleksji nad bezbronnością człowieka wobec żywiołów natury, a jednocześnie każą zastanowić się, czy ludzkość będzie kiedyś w stanie przewidywać katastrofy naturalne i zapobiegać im. Stanowią one bowiem ciągle jedno z najważniejszych wyzwań, przed którymi stoi współczesna nauka i technika.

Niespokojna planeta to książka o próbie zrozumienia mechanizmów erupcji sił przyrody: wielkich epidemii, wybuchów wulkanów, trzęsień ziemi i huraganów oraz sposobie zapobiegania ich skutkom. Autor nie poprzestaje jednak na prezentacji historycznego przeglądu największych klęsk żywiołowych. Ta warstwa opisowa jest jedynie punktem wyjścia żarliwego manifestu w obronie potrzeby coraz dogłębniejszych badań naukowych, konieczności stworzenia całościowej wizji świata przyrody koniecznej w celu rozumnego przeciwstawienia się jej kapryśnym siłom.

Zdaniem Zebrowskiego, nauka przełomu XX i XXI wieku musi w tym celu zdobyć się na syntezę, wydobyć z kryzysu spowodowanego nadmierną specjalizacją. Innymi słowy, musi być w stanie zaprezentować syntetyczne ekspertyzy łączące w sobie tak odległe dziedziny, jak matematyka i fizyka z jednej strony oraz medycyna i ekologia z drugiej. Taka rewolucja nie może dokonać się bez wsparcia społecznego, polegającego na szczodrym finansowaniu badań naukowych, nawet takich, które pozornie wydają się odległe od codziennej rzeczywistości. Jak mówi autor na zakończenie książki: jesteśmy winni naszym dzieciom starania, by wynegocjować pełne wzajemnego poszanowania stosunki z Matką Naturą, a jedynym sposobem, by to uczynić, jest wsłuchanie się w jej słowa.

MOJE NAJLEPSZE ZAGADKI MATEMATYCZNE I LOGICZNE.
Martin Gardner. Przełożył Tomasz Żak.
Quadrivium, Wrocław 1998.

Społeczeństwo nie darzy matematyki zbytnią sympatią. Zazwyczaj jednak niechęć ta nie przenosi się na zagadki logiczne; mają one ogromną rzeszę entuzjastów, kąciki przedstawiające logiczne łamigłówki znajdują się w rozmaitych czasopismach, a czytelnicy gromkim chórem wołają o więcej.

Martin Gardner jest polskiemu czytelnikowi - teoretycznie - prawie nieznany. Teoretycznie, gdyż okazuje się, że liczni miłośnicy zagadek logicznych znają go doskonale. Jest to o tyle ciekawe, że jeszcze niedawno żadna chyba z kilkudziesięciu(!) książek Gardnera nie ukazała się w języku polskim, zaś polska edycja "Scientific American" zaczęła się ukazywać dopiero wtedy, gdy Gardner przestał (po ponad ćwierci wieku) redagować w tym miesięczniku dział Gry matematyczne.

Urodzony w 1914 roku Martin Gardner nie jest zawodowym matematykiem, nie ma tytułów naukowych, ale przez bardzo wielu fachowców uważany jest (prawdopodobnie słusznie) za jednego z najwybitniejszych krzewicieli matematyki. Pisuje o rozmaitych ciekawostkach matematycznych, grach i zabawach logicznych; nieraz od problemów pozornie dziecinnych czytelnik niepostrzeżenie przechodzi w świat matematyki wyższej, współczesnej.

Alexander Shen, redaktor kolumny Mathematical Entertainments w piśmie "The Mathematical Intelligencer", napisał niedawno: Spróbowałem przypomnieć sobie, kiedy usłyszałem po raz pierwszy o Gardnerze. Nie udało mi się; wydaje się, że książki Gardnera były zawsze. Z kolei Isaac Asimov, jeden z najsłynniejszych pisarzy science fiction, nazywał twórczość Gardnera magią, z pomocą której Gardner pisze na dowolny matematyczny temat, a ja nie potrafię przestać czytać, dopóki on nie skończy pisać - niezależnie od tego, czy wcześniej wiem coś na ten temat, czy nie. A gdy skończy, mam pretensje o to, że skończył.

W końcu, powoli, wchodzi Gardner i na polski rynek. Wrocławska Oficyna "Quadrivium" wydała niewielką książeczkę Moje najlepsze zagadki matematyczne i logiczne, którą każdy miłośnik zadań logicznych będzie chciał mieć w swojej kolekcji. W zasadzie nazwisko autora i tytuł mówią więcej niż jakikolwiek komentarz...

A więc kilka słów o tym, co jest w środku. W swojej kolumnie w "Scientific American" Gardner umieszczał także i zagadki. Spośród nich wybrał kilkadziesiąt, dołączając kilkanaście wcześnie nie publikowanych - razem 65.

Zagadki są różne. Są wśród nich dość łatwe, jak również bardzo trudne o różnorodnej tematyce: zadania "beletrystyczne" (pojedynek na pistolety, lot dookoła świata, zakochane żuczki), zabawy z zapałkami, łamigłówki liczbowe i geometryczne. Oczywiście, są też zagadki związane z grami wymyślonymi przez Gardnera. Znajdą też coś dla siebie miłośnicy szachów (w szczególności, jest tu rewelacyjny problem szachowy, którego pytaniem jest: jak w jednym ruchu NIE DAĆ mata? Bliższych szczegółów nie zdradzę, to trzeba zobaczyć).

Część zagadek w zbiorze znałem od dawna; o niejednej z nich można powiedzieć, że jest czymś w rodzaju klasyki. W książeczce znaleźć można wiele nowych zadań. Gardner nie ogranicza się do podawania rozwiązań, często pisze o problemie więcej: gdzie go po raz pierwszy opublikowano, kto jest autorem, informuje o pewnych uogólnieniach i podaje literaturę uzupełniającą. Czasem czytelnik może nawet przeczytać o wcale zaawansowanych rezultatach matematycznych (w tym z ostatnich lat) związanych tematyczne z zadaniem. Różnorodność zagadek daje pewność, że każdy, niezależnie od stopnia zaawansowania w rozwiązywaniu łamigłówek, niezależnie od tego, jakie zagadki lubi najbardziej, znajdzie coś dla siebie.

Uważam wybór za znakomity. I w zasadzie pretensję do autora można mieć tylko jedną: wzorem Isaaca Asimova można mieć żal, że skończył na 65 zagadkach.

MOJE BIEGUNY. DZIENNIK Z WYPRAW 1990--1998.
Marek Kamiński. IDEAMEDIA, 1998.

Marek Kamiński jest człowiekiem jakby z innej epoki. W dobie satelitów, samolotów przenoszących podróżnych w komfortowych fotelach z jednego zakątku Ziemi w drugi, śladami wiel- kich podróżników, Kamiński samotnie przemierza pieszo pokryte lodem i śniegiem pustkowia - co więcej, wyprawy wydają się stanowić sens jego życia.

Moje bieguny nie są zwykłą książką podróżniczą. Co prawda, zebrane zostały w niej zapiski z kilku wypraw autora, ale i w treści, i w formie bardzo odbiegają od potocznych wyobrażeń. Na kartach książki trudno doszukać się opisu brawurowych wyczynów, wręcz przeciwnie. To bardzo osobisty, przepojony refleksyjną zadumą dziennik człowieka zmagającego się samotnie z przyrodą i, przede wszystkim, z własną słabością. To opis wysiłku i zmęczenia aż do granic ludzkiej wytrzymałości, tak wielkiego, że nie pozostawiającego nawet miejsca na przeżywanie wielkiej radości z odniesionego sukcesu.

Nie jestem entuzjastą literatury podróżniczej. I właśnie dlatego mogę z pełnym przekonaniem polecić dzienniki Marka Kamińskiego.