Twoja wyszukiwarka

AGNIESZKA KAROLCZUK
CO TO JEST, CZYLI KŁOPOTY Z NAZYWANIEM
Wiedza i Życie nr 5/1999
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 5/1999

W miarę rozwoju cywilizacji musimy nazywać coraz więcej nowych rzeczy. Języki wytworzyły swoiste mechanizmy regulujące procesy nazywania - zarówno wynalazków czy idei, jak i różnych firm czy instytucji.

Przechadzając się ulicami miast i miasteczek Polski, widzimy mnóstwo najrozmaitszych szyldów, reklam, ogłoszeń, na których widnieją nazwy firm lub instytucji. Powstało ich w ostatnich latach wiele; zmienił się przecież sposób gospodarowania.

W czasach PRL-u dominował inny niż dziś sposób nazywania. Wśród konsumpcyjnej szarzyzny i przeciętności firma nie była firmą, ale zakładem pracy. Ów zakład zaś powinien był mieć nazwę politycznie słuszną, ewentualnie - zupełnie obojętną, dlatego częste były: Spółdzielnia Pracy "Pokój", Zakłady Mechaniczne "Jedność" czy Fabryka Wyrobów Skórzanych im. Feliksa Dzierżyńskiego. Dopuszczalne mogły być też - znane ze szkolnych podręczników wiedzy o języku - "obojętne" skrótowce typu Pafawag czy Cepelia. Innym sposobem tworzenia nazw firm, stosowanym i dzisiaj, było zestawienie pierwszych sylab czy zespołów liter z określeniem rodzaju działalności firmy - i nazwa gotowa. I tak, mamy Chemifarb, Matbud, Kompap. Ta metoda nazywania trochę się jednak rozszerzyła i teraz dotyczy także sylab czy liter z imion i nazwisk właścicieli, co z pewnością nosi już znamię kapitalistycznego indywidualizmu. I tak, skoro firmę prowadzą Elżbieta i Marek, to nazwą ją Elmar, jeśli Dorota i Anna, to Doran, a jeśli Maciej Korczak, to będzie Makor.

Uważny czytelnik szyldów wystawowych, billboardów i słupów ogłoszeniowych powie jednak od razu, że takie literowo-sylabowo-imienne nazwy wcale nie stanowią większości. W oczy rzucają się bowiem różne "egzotyzmy". Mam tu na myśli zawrotną karierę litery x w cząstkach ex, ix, wszechobecne v w miejscu spodziewanego w albo też c zamiast k. Poza tym widać wielką popularność cząstek auto, land, pol, trans, euro, car, info, comp i wielu jeszcze innych. I dlatego mamy na przykład nazwy: Lampex, Gamix, Serviscomp, Pacific, Carimpex, Spedpol, Eurotrans, Autoland, Infotar. Swoistym fenomenem nazewniczym jest kariera wspomnianej już cząstki auto. Do niedawna, jako składnik wyrazów złożonych, w języku polskim niosła łacińskie znaczenie sam, własny, jak na przykład w słowach autobiografia, autograf, automatyka. Dziś mamy natomiast jeszcze Autolak, Autogaz, Autokomis, Autosystem, Autozłom. Powstał już nawet dowcip na kanwie tej "automanii". Co to jest autoironia? To fiat 126 p!

Skąd się bierze produktywność takich typów nazw? Przede wszystkim z ducha cudzoziemszczyzny postrzeganej powszechnie jako coś lepszego niż to, co rodzime i dobrze znane. To jakby swoista realizacja stereotypowych haseł zakompleksionego społeczeństwa o "doganianiu Zachodu" i "wchodzeniu do Europy". To także rekompensata za długi czas mizerii, bylejakości i obowiązkowej sztampy o charakterze ideologicznym.

Ryc. Krysp

Nie znaczy to jednak, że naszą współczesność rzeczywiście cechuje indywidualizm i oryginalność w nazewnictwie. Teraz też mamy sztampy, tyle że trochę inne, właśnie - pseudocudzoziemskie. Owo pseudo zostało tu użyte nie bez kozery. Jakie bowiem aluzje językowe zawarte są w popularnych nazwach? Najczęstsze są oczywiście odniesienia do angielskiego. Smutne jest jednak, że bywa to angielski dla profanów, jakiś niby-angielski, z licznymi błędami. Przykłady pominę, by nie propagować złych form. I wcale nie na marginesie trzeba by dodać, że dziwna jest ta obecność angielskiego nazywania w kraju, gdzie językiem ojczystym i urzędowym prawie 40 mln obywateli jest polski. Owszem, ekspansja angielszczyzny obserwowana jest chyba na całym świecie, ale to przecież niczego nie usprawiedliwia. Przy okazji warto by też przypomnieć, że właściwie dzisiejsze szablony nazewnicze mają w polszczyźnie pewną tradycję, nota bene mało chwalebną. Już w 1937 roku językoznawca Zenon Klemensiewicz pisał w jednym ze swoich artykułów o modzie na obce słownictwo w nazwach: Zapewne działa tu chęć użycia wyrazu, który ma charakter nazwy choćby niezrozumiałej, ale niewątpliwie własnej [...]. Ale najważniejszym chyba powodem skłonnościd o nazw tego typu jest zapewne to, że wyrazom rodzimym brak tego zabarwienia uczuciowego, tego charakteru czegoś niezwykłego i dostojnego, jaki by chciał swemu przedsiębiorstwu nadać właściciel.

Przyglądając się sztampie nazewniczej, dobrze by się było zastanowić, czemu właściwie nazwy firm służą. Przychodzi na myśl wyróżnienie danej spółki spośród innych, informacja o charakterze i przedmiocie działalności, szybka i trafna identyfikacja przez potencjalnych klientów, rynkowa wartość towaru czy usługi. Niejeden biznesmen dałby z pewnością wiele, aby nazwa jego firmy zrobiła tak oszałamiającą karierę jak Adidas. W potocznej polszczyźnie wyrazem tym określa się dziś przecież ogólnie każde obuwie sportowe. Ale oprócz wymienionych tu cech, nazwa własna firmy powinna też mieścić się w schematach słowotwórczych polszczyzny.

Można przypuszczać, że nazwy firm, złożone z dwóch elementów będących rdzeniami wyrazów, spełniają przynajmniej niektóre z podanych celów. Tak chyba było i jest ze znanymi nazwami Herbapol czy Animex. Wspomniany Zenon Klemensiewicz przed ponad 60 laty potępił jednak Pierzeksport i Skóryhurt jako wyrazy łączące w sobie dwie cząstki o różnym pochodzeniu. Właśnie owo różne - polskie i obce - pochodzenie elementów składowych wyrazu złożonego trzeba uznać za jego dziwność i niepoprawność. Owszem, nazwy typu Herbapol można by też tu próbować zaliczać, gdyby nie to, że "pol" da się zinterpretować co najmniej dwojako: jako część wyrazu "polski" i jako skrócenie łacińskiego Polonica. Poza tym zadziała tu także długa już historia użycia tej cząsteczki w tworzeniu nazw. Dziś dzieje się podobnie jak przed wojną i działające w Polsce zakłady mięsne mogą się nazywać Lub-Meat, Ł-Meat czy Beef-San.Trudno domniemywać, że szynka z tych zakładów ma w sobie coś angielskiego...

Wszystkie te przykłady i zjawiska pokazują modę na obcość (czytaj: angielskość) i pewien snobizm czy raczej szpan. Niektórzy widzą w tym coś niepokojącego, zagrożenie dla polszczyzny w ogóle. Są to pewnie obawy na wyrost, bo moda- jak to moda - lubi przemijać. Obce wpływy widać w polszczyźnie właściwie od zarania jej dziejów i nie ma w tym nic zgoła strasznego; język, który byłby w całości "rodzimy", prawdopodobnie nie istnieje. Narzekania na bezkrytyczne przyjmowanie obcego słownictwa do języka polskiego słychać mniej więcej od dwustu lat. Przedtem język polski zapożyczał słowa z czeskiego, później z niemieckiego, w dobie oświecenia obawialiśmy się francuskiego, a jednak język polski przetrwał owe zagrożenia i nadal się rozwijał.

Stwierdzenie, że polszczyzna nie zdaje egzaminu jako materia do tworzenia nazw, jest na szczęście nieprawdą. Nazwy absolutnie różne od dotychczas omówionych nie są może tak liczne, ale zwykle ciekawe, świeże i chyba bardziej zwracają uwagę. Miewają one także tradycyjną, przedwojenną proweniencję. W latach dwudziestych i trzydziestych bowiem szczególnym powodzeniem cieszyły się nazwy firm zawierające nazwisko właściciela. I mieliśmy: F. Kizyk. Futra, Pracownia bielizny H. Zbraniecka, Składy mebli A. Wróblewski i s-ka,G.G. Lardelli. Cukiernie i fabryka czekolady. Dzisiaj ten typ nazywania przeżywa swój renesans: Akcesoria komputerowe A. Niewiński, Cukiernia Marcin Kulczewski, Szkoła Języków E. Zwolak, Prószyński i S-ka. Kolejny, trochę podobny mechanizm tworzenia nazwy reprezentują przykłady: U Lecha, U Wandy, U Zdzicha, U Hanki. Tak mogą się nazywać sklepy spożywcze, bary, kwiaciarnie, pensjonaty. Ale - co ciekawe - już nie gabinet dentystyczny albo kancelaria adwokacka. Z prostego powodu: struktura U 1 imię (szczególnie imię w formie zdrobniałej lub pieszczotliwej) niesie ze sobą dużą dawkę familiarności, na co nie ma tam miejsca.

Współcześnie działające firmy, sklepy, biura miewają też nazwy zwyczajnie albo zabawnie skojarzone z tym, czym się zajmują. To na przykład sklepwarzywno-owocowy Ogórek, herbaciarnia Zielony Imbryk, przychodnia stomatologiczna Zdrowy Ząbek, kaloryfery i akcesoria grzewcze Tanie grzanie, sklep obuwniczy Żółta ciżemka. Taki typ nazw z pewnością zasługuje na pochwałę i upowszechnienie. Przede wszystkim dlatego, że nie sili się na cuziemskość, dziwność, pseudooryginalność- prostota od dawna jest przecież oznaką elegancji. Przypomnijmy w tym miejscu - za Andrzejem Osęką (felieton w "Gazecie Wyborczej" w maju 1992 roku) - fragment opowiadania Ulica krokodyli Brunona Schulza: Na tej ulicy wielkie szyby wystawowe nosiły ukośnie lub w półkolu biegnące napisy ze złoconych plastycznych liter: CONFISERIE, MANICURE, KING OF ENGLAND. Rdzenni mieszkańcy miasta trzymali się z dala od tej okolicy, zamieszkiwanej przez szumowiny, przez gmin, przez kreatury bez charakteru, bez gęstości...

Kiedy mówimy o współczesnych tendencjach w polskim nazewnictwie, nie musimy się ograniczać do nazw spółek i instytucji. Będą się tu mieściły mody na nadawane dzieciom imiona, nazywanie zwierząt, a także poszukiwania polskich odpowiedników nowych nazw zapożyczonych z angielskiego. Ta ostatnia kwestia stała się przedmiotem konkursu Język do prania, zorganizowanego parę lat temu przez redakcje "Gazety Wyborczej" i radiowej Trójki. Obróbce poddano m.in. sex-shop i notebook. Plon poszukiwań był bogaty, różnorodny i interesujący. Co do pierwszego wyrazu, pojawiły się takie oto propozycje: miłośniak, chucik, duperele, intymniak, zachcianka, płcioskład, Amoralia, U Maryny. Notebook proponowano natomiast zastąpić tak: informatka, kompudełko, nosimózg, sekretarzyk, torbacz, wiedzownik, kompunoś.

Podobny pomysł na szukanie polskiego odpowiednika wyrazu uważanego za obcy i brzydki legł u źródeł ogłoszonego w latach sześćdziesiątych konkursu na zastąpienie czymś szlafroka. Wygrała podomka, ale - paradoksalnie -wcale szlafroka nie zastąpiła. Po prostu zaczęła nazywać trochę inną część garderoby. Wysiłki mające na celu wynalezienie "lepszych", bo polskich, wyrazów w miejsce funkcjonujących zapożyczeń znane są purystom od dwóch stuleci. W XIX wieku pojawiły się takie oto propozycje: pismownia (ortografia), wszechnica (uniwersytet), chowanna (pedagogika), odwrotnia (antyteza), ciepłostka (kaloria), pędnia (motor), rękoczyn (operacja lekarska), przedpłaciciel (abonent), usprzęcić (umeblować). Bardzo niewiele z nich zostało. Język rozwija się według swojego własnego rytmu. Ingerencje "zewnętrzne" zwykle nie odnoszą skutku, o jaki chodzi ich pomysłodawcom.

Jeszcze jeden przyczynek do rozmyślań nad drogami skojarzeń związanych z nazywaniem stanowi "radosna twórczość" tych, którzy ustalają handlowe nazwy towarów. Ze zdziwieniem bowiem można przeczytać na metce mydelniczki, iż jest to etui na mydło. Szlafrok w handlu nazywa się dziś obowiązkowo płaszczem kąpielowym. Dzbanuszek na mleko do kawy okazuje się mlecznikiem. Dla przyzwoitości przypomnijmy też inne sztandarowe przykłady: zwis męski (krawat), podgardle dziecięce (śliniak), skurzawka (ściereczka do kurzu), lampostój (lampa stojąca). Trudno doprawdy dociec, czym się kierują wymyślający te nazwy. Klient przecież wie, co chce kupić, i jak się ów towar nazywa. Po co mu w tym przeszkadzać?

To, co się dzieje w języku i z językiem, odzwierciedla w pewnym sensie stan społeczeństwa. Pokazuje rzeczy modne i stereotypowe, powszechne i powtarzalne. Procesy językowe i ich efekty oddają banał skojarzeń i wyobraźnię pełną szablonów rodem z globalnej wioski. Równocześnie jednak nasza mowa ujawnia pomysłowość, inwencję twórczą i... geniusz swoich użytkowników. Najważniejsze, by czasem się nad językiem zastanowić, a nie bezmyślnie ulegać temu, co w nim ekspansywne.

Mgr AGNIESZKA KAROLCZUK jest asystentką w Katedrze Języka Polskiego w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.