Twoja wyszukiwarka

STANISŁAW DUBISKI
ILE PRAWDY W TEJ LEGENDZIE?
Wiedza i Życie nr 6/1999
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 6/1999

W MIEŚCIE HAMELN NAD WEZERĄ ZGINĘŁO STO TRZYDZIEŚCIORO DZIECI. CZY POWODEM ICH ŚMIERCI BYŁA ZEMSTA OSZUKANEGO PRZEZ MIESZKAŃCÓW DERATYZATORA, CZY PADŁY ONE OFIARĄ "CZARNEJ ŚMIERCI" - DŻUMY SZALEJĄCEJ W XIV WIEKU W EUROPIE?

W roku 1284 w miasteczku Hameln zjawił się cudaczny człowiek. Miał kurtkę uszytą z wielu kawałków kolorowych materiałów; dlatego nazwano go "kolorowym". Podawał się za szczurołapa i obiecał, że za pewną sumę pieniędzy uwolni miasto od plagi myszy i szczurów. Mieszczanie ugodzili się z nim i obiecali żądaną sumę pieniędzy. Wtedy szczurołap wyciągnął piszczałkę, zagrał na niej, a wtedy szczury i myszy powychodziły ze wszystkich domów i ustawiły się za nim. Szczurołap skierował się ku bramie miasta, a cała gromada zwierząt podążała jego śladem. Gdy doszedł do Wezery, zdjął ubranie i wszedł do rzeki, a za nim ruszyły wszystkie zwierzęta, które się potopiły.

Gdy mieszczanie zorientowali się, że zostali uwolnieni od plagi, zaczęli pod różnymi pozorami wymawiać się od zapłacenia obiecanego honorarium, aż szczurołap odszedł zgorzkniały i gniewny. W dniu Jana i Pawła, 26 czerwca, wcześnie rano o siódmej godzinie (inni podają, że koło południa) pojawił się znowu. Tym razem w przebraniu myśliwego ze strasznym wyrazem twarzy i w czerwonym, dziwacznym kapeluszu. Zabrzmiała piszczałka na ulicach miasta. Natychmiast wyszły z domów nie myszy i szczury, ale dzieci, chłopcy i dziewczynki, od czwartego roku życia, a wśród nich była także już prawie dorosła córka burmistrza. Cała czereda podążała za nim, a on wywiódł ją za miasto na wzgórze, gdzie wraz z nimi przepadł. Widziała to dziewczynka, która z dzieckiem na ręku nadeszła z daleka, a potem wróciła do miasta, przynosząc tę wiadomość. Rodzice całą gromadą wyszli wszystkimi bramami i zatroskani szukali swoich dzieci; kobiety krzyczały i płakały. Wodą i lądem wysłano posłańców do wszystkich miejscowości, aby dowiadywali się, czy ktoś nie widział dzieci, choćby tylko niektórych. Ale wszystko na próżno. W sumie zginęło sto trzydzieścioro dzieci. Dwoje - jak mówią - spóźniło się i wróciło: z tego jedno oślepło, a drugie oniemiało; niewidome nie potrafiło pokazać miejsca, ale mogło powiedzieć, gdzie grajek ich zaprowadził, a drugie znało miejsce, ale nic nie słyszało. Jeden chłopczyk wyszedł w koszuli i wrócił do domu po kurtkę, dzięki czemu uniknął zagłady. Wszystkie inne zginęły w jamie na wzgórzu, które to miejsce do dziś dnia jeszcze pokazują.

Ulica, którą dzieci szły do bramy miejskiej, nazywała się jeszcze do połowy XVIII wieku Bungelose (Ulica Ciszy). Nie wolno było na niej grać na instrumentach ani tańczyć. Gdy prowadzono tamtędy narzeczoną do kościoła, muzyka musiała ucichnąć. Na wzgórzu, na którym przepadły dzieci, a które nazywa się "Kalwarią", leżą dwa głazy w kształcie krzyża. Niektórzy mówią, że dzieci weszły do jaskini i wyszły spod ziemi w Siedmiogrodzie. Mieszkańcy Hameln opisali to wydarzenie w miejskich księgach i rozpoczęli liczenie czasu od dnia i roku utraty dzieci...

Tak opisują dziwne zdarzenie w Hameln bracia Jacob i Wilhelm Grimm, słynni autorzy bajek i podań niemieckich. Pierwsza część dzieła Grimmów to bajki (Märchen, 1812-1815), a druga to legendy (Deutsche Sagen, 1816-1818). Historia o szczurołapie z Hameln zawarta jest w drugiej części (Deutsche Sagen, Legendy Hesji i Westfalii, legenda nr 244), co może wskazywać, że bracia uważali, iż nie jest to zwyczajna bajka i za opowiadaniem kryje się źdźbło prawdy.

Na temat tragedii w Hameln nazbierało się sporo literatury. Historycy i pseudohistorycy wertowali księgi miejskie, szukając zapisów wydarzenia. Powstały różne hipotezy uprowadzenia dzieci do Siedmiogrodu, na Pomorze, na Morawy, włączenia ich do krucjaty dziecięcej itd., żadna nie poparta dowodami naukowymi. W 1984 roku zorganizowano w Hameln sesję naukową, wygłoszono szereg referatów i wydano całą książkę poświęconą legendzie. Przedmiot potraktowano, jak przystoi na uczonych niemieckich, z wielką dokładnością. Nie zagłębiając się w naukowe wywody, spróbujmy się zastanowić, czy rzeczywiście coś mogło się w Hameln wydarzyć, a jeżeli tak, to co i kiedy.

Hameln to miasto portowe nad Wezerą, które w XIII wieku mogło liczyć najwyżej kilka tysięcy mieszkańców. Miało trzy młyny i nazywano je "Quernhameln", co można przetłumaczyć jako "Hameln od żarn", ale nie jest pewne, czy nazwa wskazuje na obecność przemysłu młynarskiego, czy raczej na fakt, że w Hameln wyrabiano kamienie młyńskie.

Strój przeciwdżumowy lekarza; miedzioryt z XVII wieku. Historia medycyny. Pod red. T. Brzezińskiego. Wydawnictwo Lekarskie PZWL, 1995

Najwcześniejsze źródła historyczne bardzo lakonicznie wspominają o tragedii. Najstarszym dokumentem pośrednio nawiązującym do wydarzenia jest dokument kupna-sprzedaży domu przy Nowym Rynku w Hameln. Na końcu dokumentu widnieje adnotacja po łacinie: Datum per manus Johannis Tulemani nostri notarii et actum anno domini MCCCLI ipso die Ambrosii post exitum puerorum CCLXXXIII (Dan ręką Jana Tulemana naszego notariusza i zdarzyło się Roku Pańskiego 1351 tego dnia św. Ambrożego od odejścia dzieci 283). Inne, późniejsze źródła mówią: Mario, wysłuchaj nas, gdyż Syn Twój nie odmawia Ci. Rok tysiąc dwieście osiemdziesiąty czwarty jest tym rokiem, w którym w dniu Jana i Pawła zginęło sto trzydzieścioro dzieci z Hameln obojga płci zrządzeniem losu zostało zabranych. Powiadają, że góra Kalwaria połknęła je żywcem. Chryste, ochraniaj winnych, aby nie powtórzyło się nieszczęście. Dopiero w wieku XV pojawiają się wzmianki o młodym trzydziestoletnim człowieku i jego piszczałce, a jeszcze później dowiadujemy się o historii z wyprowadzeniem szczurów i motywie zemsty szczurołapa.

Jak odczytać datę od odejścia dzieci 283 i czy zgadza się z datą podaną przez drugie, późniejsze źródło, a więc rokiem 1284? Gdy liczbę 283 odjąć od 1351, otrzymuje się 1068, a więc datę niewątpliwie błędną. Próbowano więc do liczby CCLXXXIII dodać M, otrzymując 1283, a więc datę różniącą się od 1284 tylko o rok. Werner Ueffing, jeden z prelegentów sesji naukowej z 1984 roku, wpadł na pomysł, aby uznać, że 283 to liczba dni od odejścia dzieci. Odjął więc tę liczbę od 4 kwietnia 1351 roku (dnia św. Ambrożego), daty zawarcia umowy, i otrzymał... 26 czerwca 1350 roku, a więc dzień św. Jana i Pawła - o którym to dniu czytamy w legendzie.

Tak więc najstarszy przekaz ustala datę wydarzenia, mówi nam o odejściu dzieci, nie wspomina jednak ani o przyczynie tego odejścia, ani o liczbie dzieci, nie mówiąc już o historii o szczurołapie i jego piszczałce. Są to niewątpliwie dodatki późniejsze. Jednakże w tak nieoczekiwanie ustalonej dacie wydarzenia tkwi całe rozwiązanie zagadki: rok 1350 był rokiem "czarnej śmierci", która wyludniła miasta i wioski Europy i uśmierciła - według różnych ustaleń - od 20 do 50% ludności naszego kontynentu.

Hameln i okolice w późnym średniowieczu; zaznaczona Kalwaria - miejsce, w którym według legendy zaginęło sto trzydzieścioro dzieci. Wg: H. Dobbertin, Quellenaussagen zur Rattenfängersage. Hameln 1996

Aby odpowiedzieć na pytanie, czy powodem odejścia dzieci z Hameln mogła być "czarna śmierć", musimy cofnąć się do 1347 roku, kiedy to Tatarzy kipczaccy oblegali kolonię genueńską, miasto portowe Kaffa na Krymie (dziś Teodozja). Gdy wśród oblegających wybuchła zaraza, odstąpili od oblężenia, katapultując uprzednio zwłoki zmarłych do miasta. Rzekomo na skutek tego zaraza wybuchła również i w mieście, a genueńczycy, uciekając przed nią na galerach, zawlekli ją na Półwysep Apeniński. Stamtąd zaraza rozprzestrzeniła się na północ i wschód i w 1349 roku dotarła do Niemiec, a w 1350 - do Skandynawii. Giovanni Boccaccio tak opisuje zarazę we wstępie do swojego Dekamerona: Powiem więc, że w roku od narodzenia Pana naszego, Jezusa Chrystusa, tysiąc trzysta czterdziestym ósmym, w sławnym mieście Florencji, klejnot miast włoskich stanowiącym, wybuchła zaraza morowa, sprowadzona wpływem ciał niebieskich albo też słusznie przez Boga zesłana dla ukarania grzechów naszych. Mór zaczął się na kilka lat przedtem na Wschodzie i spowodował tam wielkie spustoszenia. Powoli, z miejsca na miejsce się przenosząc, zaraza do krajów zachodnich dotarła (przełożył Edward Boyé. PIW, Warszawa 1974).

W archiwach miasta Brema czytamy: W Roku Pańskim 1350 zaraza obeszła cały świat i dotarła do Bremy; rada miejska postanowiła ustalić liczbę zmarłych [dokument podaje liczbę zmarłych w poszczególnych parafiach]. Ponadto niezliczone osoby zmarły na polach, poza murami miasta i na cmentarzach, liczba zmarłych [...] dosięgła prawie 7000. Brema oddalona jest od Hameln o około 140 km. Posługując się ówczesnymi zapiskami, można obliczyć, że zaraza posuwała się z prędkością od 1.5 do 8 km dziennie.

Powszechnie przypuszcza się, że zarazą tą była dżuma. Choroba powodowana jest przez bakterie Yersinia pestis, których nosicielem jest szczur wędrowny Rattus rattus, a zarazki przenoszone są przez pchłę szczurzą Xenopsylla cheopis. W Chinach i Mandżurii nosicielami zarazków dżumy mogły być również drobne gryzonie. Pchła żywi się krwią szczurów, na których żyje. Jeżeli we krwi zwierzęcia znajdują się pałeczki dżumy, mogą przedostać się wraz z krwią do żołądka pchły, gdzie mnożą się szybko, wypełniając żołądek i przełyk. Taki "zablokowany" pasożyt nie odżywia się normalnie i usiłując ssać krew, zwraca część zawartości przełyku wraz z bakteriami do rany. Ssąc krew, jednocześnie wydala kał, który również jest pełen bakterii i może dostać się do rany. Zarażony szczur często choruje i ginie, a wygłodzone pchły opuszczają stygnące zwłoki, szukając nowego żywiciela. W tej fazie są zdolne do zaatakowania i zarażenia człowieka. Zakażone pchły mogą przeżyć kilka tygodni, zwłaszcza w niskiej temperaturze, na przykład w bagażu podróżujących kupców i przenieść się na osoby rozpakowujące towary. Z dużym prawdopodobieństwem można przypuścić, że powodem tragedii w Hameln była "czarna śmierć", czyli dżuma.

Być może nawet i późniejsze dodatki zawarte w legendzie nie są całkowicie wyssane z palca. Przypadki dżumy wśród ludzi zdarzają się zwykle w kilka dni po znalezieniu trupów szczurów: zainfekowane pchły opuszczają martwych żywicieli i poszukując nowych, atakują ludzi. Dzieci są zwykle bardziej podatne na zachorowanie na dżumę niż dorośli, a w Hameln mogły być narażone na atak zakażonych pcheł, gdy wrzucały do rzeki znalezione na ulicach zdechłe szczury.

Tajemniczy grajek z legendy mógł być grabarzem. W średniowieczu bardzo często bowiem usuwanie i grzebanie zwłok - ofiar epidemii - zlecano komuś, kto musiał wyróżniać się ubiorem i ostrzegać o swoim zbliżaniu graniem na jakimś instrumencie. Wolno mu było chodzić tylko środkiem ulicy.

Współcześni sądzili, że epidemie powodowane są przez wpływy kosmiczne, a święci Jan i Paweł byli uważani za patronów pogody. Być może z tego powodu władze miasta nakazały zebranie zwłok i pochowanie ich poza miastem właśnie w dniu tych świętych. Niewykluczone, że nakazano również wyprowadzić z miasta chore, żywe jeszcze dzieci. Sugeruje to suplikacja Chryste, ochraniaj winnych i wzmianka, że Kalwaria połknęła dzieci żywcem. Niewątpliwie ci, co wydali takie zarządzenie, mieli z tego powodu głębokie i długotrwałe poczucie winy, a być może i cała ludność miasta czuła się winna. Wiadomo, że ofiary epidemii zwykle grzebano za miastem. Po pierwsze dlatego, że cmentarze w murach miasta nie mogły pomieścić wszystkich ofiar, a po drugie - zwłoki uważano za niebezpieczne źródło zakażenia. Poza murami Hameln, jak zresztą i wielu innych miasteczek niemieckich, było wzgórze zwane Koppeln (Kalwaria), na którym tracono przestępców i grzebano ofiary epidemii. Najstarsze źródła nawiązujące do wydarzenia tylko pośrednio i eufemistycznie nazywają tragedię "wyjściem" (exodus) dzieci. Również i to staje się zrozumiałe w świetle hipotezy "czarnej śmierci", która w tamtych czasach była tematem tabu - z obawy sprowadzenia jej z powrotem nie wolno było nazywać jej bezpośrednio, wyrażano się o niej jedynie aluzyjnie.

W 1384 roku Johann von Pohle, kanonik z Hameln, pisał w Chronica ecclesiae Hamelensis: post epidemiam quintam, a więc między rokiem 1350 a 1384 zaraza musiała nawiedzić Hameln jeszcze co najmniej cztery razy. Jednak pierwsze jej uderzenie w 1350 roku niewątpliwie zostało najlepiej zapamiętane przez mieszkańców miasta.

Dopiero w XVI wieku do historii zagłady dzieci dorobiono legendę o szczurołapie, tłumacząc w ten sposób poczucie winy mieszkańców, którzy przez chciwość utracili własne dzieci. Znane fakty o epidemii dżumy w latach 1347-1350 wystarczająco tłumaczą incydent odejścia dzieci, ale w samej bajce o szczurołapie może również tkwić jakieś źdźbło prawdy, choć najprawdopodobniej nie mające nic wspólnego z wydarzeniami 1350 roku. Bajki czy legendy o szczurołapie, który wywabiał gryzonie z domów czy wypędzał je z miasta, posługując się piszczałką (czasem zrobioną z kości szczura), możemy znaleźć w folklorze wielu narodów Europy. Być może, w Europie w XV czy XVI wieku istniał rzeczywiście taki "zawód".

Wg William H. Mc Neill, Plagues and Peoples. Anchor Press/Doubleday. Garden City, New York 1976

Stan sanitarny miast, stłoczonych obok siebie jedna przy drugiej kamienic w obrębie murów, był wprost niewyobrażalny. Nie troszczono się o usuwanie śmieci i nieczystości, a więc szczury i myszy pleniły się bez ograniczeń. Być może, istnieli wędrowni spryciarze, którzy wchodzili w układ z władzami miejskimi i za opłatą podejmowali się wypłoszyć gryzonie z miasta. Robili to za pomocą piszczałek, wydających niesłyszalne dla ludzkiego ucha dźwięki o wysokiej częstotliwości. Szczury takie dźwięki słyszą i nawet posługują się nimi jako echosondą (oczywiście nie tak doskonałą, jak echosonda nietoperzy). Być może, dźwięki o pewnej częstotliwości i natężeniu mogą wprowadzić szczury w panikę i zmusić do ucieczki. Oczywiście, trudno sobie wyobrazić ucieczkę czy wyprowadzenie z miasta wszystkich szczurów, ale nawet niezbyt skuteczna akcja mogła zapewnić grajkowi talerz zupy i kilka groszy, tym bardziej że zaczajeni na ulicy mieszkańcy mogli zabijać uciekające szczury kijami. Temat szczurołapa wydaje się również pewnego rodzaju tematem tabu, istnieje bowiem tylko w tradycji ustnej.

Można to łatwo wytłumaczyć: z jednej strony, akcję deratyzacyjną przeprowadzano dyskretnie, bowiem zawsze mógł znaleźć się ktoś, kto oskarżyłby szczurołapa o czary, a ojców miasta o konszachty z czarownikiem. Z drugiej strony, zawód szczurołapa mógł być intratny i sposób wyrobu piszczałek musiał być w ścisłej tajemnicy przekazywany z ojca na syna.

Szczegółów tragedii w Hameln nie dowiemy się nigdy, chyba że odnajdzie się jakieś bardzo wczesne zapiski lub dokumenty archiwalne. Możemy przypuszczać, że wydarzenia w Hameln nie odbiegały specjalnie od tego, co działo się w innych miastach i miasteczkach, przez które przeszła "czarna śmierć". Z niezupełnie zrozumiałych powodów XIV-wieczna dżuma nie dotarła do Polski, być może ze względu na stosunkowo rzadkie zaludnienie. Dzięki temu w czasie, gdy Europa Zachodnia zamieniała się w pustynię, kraj nasz mógł bez większych przeszkód przekształcać się z drewnianego w murowany.

Prof. STANISŁAW DUBISKI jest emerytowanym profesorem immunologii Uniwersytetu Torontońskiego w Kanadzie.