Twoja wyszukiwarka

X.RUT
ETYKA, HIPOKRYZJA I MY
Wiedza i Życie nr 6/1999
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 6/1999

Pan A. przepisał do swojej pracy magisterskiej obszerne fragmenty cudzego tekstu, nie podając źródła. Niezależnie od ewentualnych szkód, jakie tym postępkiem przyczynił autorowi przepisanego tekstu, popełnił czyn zabroniony ustawą, potocznie zwaną prawem autorskim. Przed odpowiedzialnością karną za naruszenie prawa autorskiego chroni pana A. immunitet poselski. Z tej ochrony może korzystać dowolnie długo, ściśle powiedziawszy tak długo, jak partia, do której należy, będzie wprowadzać go do parlamentu; dzięki wynalazkowi "list krajowych" popularne partie mogą bowiem kierować na Wiejską, kogo zechcą, nawet osoby, na które nie głosuje żaden wyborca. Pan A. wytoczył sprawę cywilną autorowi przepisanego tekstu o to, że nazwał on pana A. plagiatorem; pan A. sprawę przegrał.

Dalszy ciąg wydarzeń jest dobrze znany z prasy codziennej. Rektor uczelni, która nadała panu A. tytuł magistra, wydał zarządzenie o trybie odbierania tytułu magistra, jeśli nadano go na podstawie fałszywych przesłanek. Zaniepokojeni towarzysze partyjni pana A. napisali do ministra sprawującego nadzór nad uczelnią. Minister, należący do tejże partii, unieważnił rektorskie zarządzenie. Inni towarzysze partyjni pana A. napisali do ministra inny list, że nie powinien słuchać tamtych pierwszych itd. Przez wiele dni III Rzeczpospolita miała przednią rozrywkę z gatunku "partyjno-naukowe życie wyższych sfer".

A mnie było bardzo smutno. Bo, po pierwsze, drobna w końcu sprawa pewnego oszustwa urosła do miary problemu na pierwszą stronę gazet, a rzeczywiste problemy polskiego szkolnictwa wyższego z trudem docierają do opinii publicznej.

Bo, po drugie, rozpoczął się proces relatywizacji tego i podobnych wykroczeń, różne dywagacje na temat, czy to taka wielka wina, czyjś tekst przepisać, bo przecież magisteria zwykle są kompilacyjne. W cieniu tych rozważań ukrywają się inne, nader smutne przypadki wielce swobodnego stosunku do własności intelektualnej, panującego przynajmniej w niektórych kręgach polskiej nauki i szkolnictwa wyższego.

Bo, po trzecie, jeśli wina plagiatora była niewątpliwa, a wtedy odebranie niezasłużonego tytułu było bez żadnej dyskusji konieczne, to trudno pojąć milczenie okrywające winę opiekuna owego magistranta-oszusta. Tak się bowiem składa, że prima facie dowody oszustwa (np. przepisane fragmenty z odwołaniami do źródeł cytowanych w pracy pierwotnej, lecz nie figurujących w spisie literatury cytowanej w pracy "pochodnej") są jednocześnie poważnymi błędami warsztatowymi każdej pracy. Opiekun mógł ostatecznie nie wiedzieć, że magistrant kopiuje cudzą pracę, ale na błędy warsztatowe powinien był zwrócić uwagę (nb. gdyby je spostrzegł, nie mógłby uniknąć powzięcia podejrzenia, że przedstawiana mu praca była plagiatem).

Jak to się dzieje, że profesor poważnej uczelni przepuszcza prace magisterskie z poważnymi błędami warsztatowymi? Jak to się dzieje, że władze tej uczelni, które (powtarzam raz jeszcze: słusznie) chcą odebrać wyłudzony tytuł, nie podejmują żadnych kroków wobec nierzetelnego opiekuna? Ano dlatego, że toleruje się, żeby kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu kandydatów naraz przygotowywało prace magisterskie pod opieką jednego profesora. Taki stachanowiec-opiekun po prostu nie ma czasu dokładnie czytać, co jego podopieczni piszą. Musi przecież oprócz sprawowania tej, pożal się Boże, opieki przygotowywać swoje wykłady, pisać rozprawy, recenzje, a często pracuje na dwu lub więcej etatach, dwu lub więcej szkołom daje swoje nazwisko na ich chwałę, a kiepską pracą szkodzi studentom.

Pana A. to mi nawet trochę żal. Straci (bo stracić musi) tytuł magistra, ale bez niego - jak wiadomo - można w Polsce zdobyć najwyższe szczeble kariery politycznej, być może zwichnie sobie życiorys, a na pewno naje się wstydu. A można było tego uniknąć, gdyby akademicki opiekun miał czas na rzetelną pracę i w zaciszu gabinetu, przez biurko, na którym leżał upstrzony uwagami brulion pracy magisterskiej, powiedział: Panie kolego, czy to aby nie przepisane? Nie godzi się takich długich cytatów verbatim przytaczać bez wskazania źródła, nie wolno - bez zgody posiadacza praw autorskich. I byłoby po kłopocie i po wstydzie.

Ale jeśli żyjemy w kraju, w którym rajcowie byle Pipidówki przyznają sami sobie i lokalnym burgrabiom gaże wielokroć wyższe od profesorskiej pensji (choć profesorów w Polsce jest mniej niż bezwstydnie zachłannych rajców, więc taniej by wyszło lepiej płacić profesorom niż rajcom), a rozproszenie pracy profesora uważane jest za dowód jego chwalebnej przedsiębiorczości, to coraz częściej będziemy się stykać z efektami kiepskiego wykonywania zawodu profesora.

W żenującej sprawie pana A. odbija się skundlenie polskiego szkolnictwa, postępująca - coraz szybciej, niestety - degrengolada stanu profesorskiego, a z nią - drastyczne obniżenie norm, etycznych i zawodowych, rządzących polskimi szkołami wyższymi. Dla nas wszystkich oznacza to obniżenie poziomu wykształcenia społeczeństwa, nawet jeśli zwiększa się ten ukochany przez polityków i żurnalistów stopień skolaryzacji.

Pan A. w pewnym sensie wpadł. Gdyby nie wpadł, nosiłby dyplom magistra, a w przyszłości może i doktora, do końca dni swoich. Gdyby nie wpadł, byłby kiepskim magistrem z dyplomem świetnej niegdyś, a ciągle jednej z najlepszych w Polsce uczelni. Czy o to chodzi, by mieć coraz więcej obywateli z coraz bardziej wątpliwej wartości dyplomami?

Profesor, pragnąc rzetelnie zadbać o przyzwoity poziom ich prac, nie może opiekować się więcej niż pięcioma-dziesięcioma magistrantami naraz; przekroczenie tej granicy musi prowadzić do bylejakości. Jeśli zaś do opieki nad magistrantami nagminnie wciąga się adiunktów, to i obniża się poziom magisteriów, i nadmiernie obciąża budżet czasowy samych adiunktów, którzy powinni maksymalnie poświęcić się swoim badaniom naukowym, aby w ustawowym czasie przygotować rozprawę habilitacyjną, bez której w zasadzie nie powinni na dłuższą metę pozostawać w szkolnictwie wyższym. (Stanowiska wykładowców, utworzone z myślą o doktorach bez habilitacji wyczekujących na emeryturę w murach szkół wyższych, są kolejnym symptomem obniżania poziomu szkolnictwa). Łatwo policzyć, ilu potrzeba profesorów, by spełnić apetyt na upowszechnienie wyższego wykształcenia. A kształcenie profesora z prawdziwego zdarzenia trwa kilkanaście lat i wymaga wytężonego wysiłku utalentowanego kandydata i naukowo mocnego środowiska.

Oczywiście, można stworzyć interwencyjny korpus profesorski: druk odpowiednich patentów nie jest kosztowny, a przydzielać je można w trybie przyspieszonym, np. osobom uznanym za godne profesorskiego tytułu na mocy głębokiego przeświadczenia o tym, że na to zasługują, albo w wyniku jakiegoś teleturnieju. Można też sprywatyzować produkcję profesorów, wystawiając odpowiednie licencje na licytację; każda odpowiednio bogata placówka, zowiąca się uniwersytetem albo akademią (nazwy te nie są prawnie zastrzeżone!), będzie mogła sobie taką licencję na kreowanie profesorów kupić i ku powszechnemu zadowoleniu - stosować. Wiele znaków na niebie i ziemi wskazuje na to, że taki właśnie jest natchniony plan pana ministra.

Pospieszył się pan A., oj pospieszył! Poczekałby maluczko i nie tylko magisterium, ale i profesurę mógłby zdobyć w drodze przetargu albo zgoła za zasługi dla partii i narodu. Otarliśmy się niedawno o taki koszmar, wtedy jednak opór profesury pamiętającej jeszcze kryteria jakości obowiązujące przed II wojną światową okazał się wystarczająco silny, by udaremnić upowszechnienie zwyczaju awansowania miernych, ale wiernych, choć zdarzały się wcale nie tak mało liczne przypadki naruszenia zasad. Obawiam się, że dzisiejsza profesura, w znacznym stopniu przeżarta rakiem "przedsiębiorczości", okaże się mniej odporna. Ba, w pogoni za kolejnymi chałturami (do czego zmusza ją mizeria profesorskich gaż) nie zauważy zagrożenia, jak nie dostrzegła, że plagiator miał opiekuna, a opiekun nie dopełnił swego obowiązku.