Twoja wyszukiwarka

WŁODZIMIERZ ZIELICZ
TESTY - ZA I PRZECIW
Wiedza i Życie nr 7/1999
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 7/1999

CORAZ CZĘŚCIEJ KANDYDACI NA STUDIA, ZAMIAST PRACOWICIE ZAPEŁNIAĆ KARTKI PAPIERU EFEKTAMI POSIADANEJ WIEDZY BĄDŹ POPISYWAĆ SIĘ NIMI PRZED KOMISJĄ, W SZALEŃCZYM TEMPIE ZAKREŚLAJĄ ODPOWIEDNIE "OKIENKA" NA SPECJALNIE PRZYGOTOWANYCH FORMULARZACH.

Testy wielokrotnego wyboru (ang. multiple choice), bo o nich mowa, stają się coraz powszechniejsze. W naszym kraju prekursorami wykorzystania tej metody egzaminacyjnej do selekcji kandydatów na studia były akademie medyczne, gdzie stosuje się ją już od wielu lat. Na Dolnym Śląsku, w ramach tzw. eksperymentu wałbrzyskiego, podobnym procedurom w ciągu ostatnich paru lat poddano ośmioklasistów, kończących szkołę podstawową, a w planach jest objęcie testowym sprawdzianem nawet absolwentów sześcioletniej szkoły podstawowej.

Sama metoda, w której zdający ma do wyboru parę przygotowanych przez autorów testu odpowiedzi na każde z kilkudziesięciu postawionych pytań, nie jest niczym nowym. Postęp techniki zwielokrotnił jednak jej zalety, a co za tym idzie - i użyteczność. Sprzężony z komputerem czytnik optyczny może w krótkim czasie sprawdzić tysiące, a nawet dziesiątki tysięcy kart odpowiedzi. Robi to przy tym znacznie taniej niż ogromna rzesza egzaminatorów, którą należałoby zatrudnić do oceny kandydatów. Otrzymane wyniki można od razu poddać analizie, określającej statystykę wybieranych odpowiedzi, korelacje pomiędzy dokonywanymi wyborami oraz wiele innych danych interesujących autorów testu.

Zaletą metody jest to, że procedura testowa ma charakter obiektywny - za identyczne rozwiązania wszyscy zdający otrzymują tyle samo punktów. Na dodatek, wiele osób sądzi, że komputer zapewnia bezwzględną uczciwość oceny. Niskie koszty, bezkonkurencyjna szybkość oraz łatwość analizy statystycznej wyników to niewątpliwie ogromne plusy. Trzeba zaznaczyć, że o uczciwości nadal decydują ludzie obsługujący komputer. Potencjalnych sposobów manipulacji zarówno na etapie dostarczania do czytnika kart odpowiedzi, jak i w samym systemie informatycznym można dostrzec całkiem sporo, nie mówiąc już o możliwości zapoznania się z pytaniami testowymi przed egzaminem lub po nim. Wystarczy wspomnieć o możliwości dokonania poprawek w wypełnionej ołówkiem karcie odpowiedzi, podmiany całej karty czy też zmiany uzyskanych wyników w pamięci komputera, dokonanej przez osoby mające do niego dostęp. Jednak krąg ludzi, którzy dysponują takimi możliwościami, jest bardzo ograniczony. Niewątpliwą zaletą jest również i to, że na wyniki w żaden sposób nie wpływają ani osoba egzaminatora, ani jego preferencje.

Wydawałoby się więc, że testy wyboru oparte na współczesnych możliwościach technicznych stanowią idealne i wszechstronne narzędzie sprawdzania wiedzy, w praktyce pozbawione wad. Tak jednak nie jest i może dlatego mają one zarówno gorących zwolenników, jak i zdecydowanych przeciwników.

Za istotną wadę można uznać, że konstrukcja takiego testu - kilkadziesiąt krótkich zadań wymagających wyboru właściwej odpowiedzi w ciągu kilku minut - powoduje, iż nie zawsze mierzymy nim to, co chcielibyśmy. Co tak naprawdę mierzy na przykład test z fizyki? Narzuca się odpowiedź, że znajomość tej dziedziny wiedzy. Cóż to jednak znaczy znajomość fizyki? Moim zdaniem, to pamiętanie jej kilkunastu podstawowych praw oraz źródeł ich pochodzenia, rozumienie i znajomość definicji podobnej liczby podstawowych wielkości fizycznych (bardziej rozumienie niż znajomość - definicje można zawsze odtworzyć, rozumiejąc pojęcia, których dotyczą) oraz umiejętność zastosowania tej wiedzy do analizy różnych zjawisk i procesów fizycznych. Im głębsza analiza, tym lepsza znajomość fizyki.

Jak wypadłaby w teście osoba o takiej wiedzy i umiejętnościach, nawet na bardzo wysokim poziomie? Sądzę, że bardzo słabo. W krótkim czasie pozostawionym do jej dyspozycji na wybór właściwej odpowiedzi nie byłaby w stanie dokonać odpowiedniej analizy na podstawie posiadanej, nawet doskonałej, znajomości podstaw fizyki ani otrzymać odpowiednich wzorów czy ich odtworzyć. Im głębsza analiza problemu, tym więcej czynników mających wpływ na wynik, tym więcej różnych możliwości kryjących się pod zwięzłym z konieczności tekstem zadania.

Podczas tradycyjnego rozwiązywania zadania można czynić różne założenia i zastrzeżenia - często są one znakomitą miarą głębi rozumienia i znajomości przedmiotu. W teście wyboru nie ma na nie miejsca, jak również na różne możliwe interpretacje treści zadania. Im głębiej wnikamy w problemy, tym wolniej na ogół "przestawiamy się" z jednego zagadnienia na inne. Tu również charakter egzaminu testowego zaszkodzi kandydatowi o głębokiej wiedzy.

Kto więc ma szansę doskonale zdać egzamin testowy z, powiedzmy, fizyki? Ktoś, kto zapamięta informacje z jakiegoś bryku dla kandydatów na studia, opanuje pamięciowo ponad sto wzorów pasujących do typowych zadań egzaminacyjnych oraz wyćwiczy na setkach przykładów ich stosowanie i wykonywanie obliczeń w szybkim tempie. Im mniej wykaże przy tym refleksji, tym lepiej spisze się na egzaminie. Taka osoba może nawet wypaść w teście lepiej niż niejeden uniwersytecki profesor fizyki!

Każdy jednak chyba przyzna, że lepszym studentem, czy to fizyki, czy medycyny, będzie osoba dobrze znająca i głęboko rozumiejąca fizykę - biologię czy chemię - niż ktoś wytrenowany do rozwiązywania testów wyboru. Zapewne będzie też lepszym lekarzem czy nauczycielem. Łatwiej poradzi sobie w nowych sytuacjach, szybciej zrozumie, jak zastosować w swoim zawodzie wiedzę akademicką. Jednak ktoś, kto wie, że studia medyczne polegają w dużej mierze na pamięciowym przyswajaniu wiedzy, mógłby argumentować, że przynajmniej do nich nasz rozwiązywacz testów ma doskonałe predyspozycje. Że tak nie jest, wykazały badania przeprowadzone na zlecenie Ministerstwa Edukacji Narodowej na dużej, bo liczącej 10 tys., próbie studentów medycyny - nie stwierdzono bowiem żadnej korelacji pomiędzy wynikiem egzaminu wstępnego a późniejszymi rezultatami studiów.

Nasze doskonałe - tanie i szybkie - narzędzie pomiaru ma więc istotną wadę: mierzy głównie, jeśli nie wyłącznie, posiadaną wiedzę faktograficzną, refleks oraz proste umiejętności w rodzaju znajomości wzorów i sprawności w korzystaniu z nich, łatwe do mechaniczne-go wyćwiczenia. Im umiejętność bardziej złożona, tym trudniej mierzyć jej jakość testem wyboru, bowiem zabiera to dużo więcej czasu i jest o wiele trudniejsze technicznie. Szczególnie dotyczy to zdolności myślenia syntetycznego, a więc całościowego widzenia problemów i ich tła.

Może jednak to, co dotyczy fizyki, a także matematyki czy innej nauki ścisłej lub przyrodniczej, nie dotyczy humanistyki? Wyobraźmy sobie, że szukamy doskonałego kandydata do studiowania dziennikarstwa czy polonistyki i interesuje nas opanowanie przezeń ojczystego języka oraz literatury. Co możemy zbadać testem wyboru? Wiedzę o literaturze i stopień zapamiętania różnych utworów literackich, znajomość ortografii, wybór poprawnych form gramatycznych i stylistycznych, bogactwo słownika. I to już chyba wszystko. Tymczasem przyszłość ma przed sobą raczej autor ciekawych spostrzeżeń o utworze literackim czy reportażu, niechby i napisanych z błędami ortograficznymi czy stylistycznymi albo nawet rzeczowymi. Takie spostrzeżenia są tym ciekawsze, im bardziej oryginalne, trudne do przewidzenia. Podstawowych zasad ortografii czy stylistyki można się stosunkowo szybko nauczyć dzięki odpowiednim ćwiczeniom. Tymczasem znacznie trudniej zostać autorem ciekawych tekstów bez odpowiednich predyspozycji, przy największej nawet dawce ćwiczeń.

Testy wyboru dostarczają niezłej diagnozy stopnia opanowania wspomnianej wiedzy i umiejętności. Gorzej, gdy przychodzi do wykorzystania testów wyboru na przykład podczas selekcji kandydatów na studia. Jak już wspomniałem, nie mierzą one umiejętności najbardziej złożonych, zwłaszcza myślenia syntetycznego, oraz utrudniają ich wykorzystanie. W związku z tym osoby, których podstawowym atutem są takie właśnie predyspozycje, są przez owo narzędzie eliminowane. Tymczasem właśnie te umiejętności są chyba w człowieku najcenniejsze i nie może ich zastąpić żadna maszyna.

Ponieważ zwykle tak się dzieje, że nauczyciele dostosowują sposób uczenia różnych umiejętności do sposobu egzaminowania, testy wyboru wywarły nieoczekiwanie duży negatywny wpływ na sposób uczenia się i nauczania wszędzie tam, gdzie zdominowały system edukacyjny. Szczególnie dotyczy to Stanów Zjednoczonych, prekursora w tej dziedzinie. Przede wszystkim więc spowodowały, że nauczyciele i uczniowie skoncentrowali uwagę na wyuczaniu prostych algorytmów przydatnych w rozwiązywaniu testu, często bez świadomości, skąd się wzięły, i zrozumienia miejsca w logicznej strukturze danej dyscypliny. Takie algorytmy i fakty łatwo ulegają zapomnieniu, toteż wiedza testowa pozostaje w umyśle ucznia tylko do chwili sprawdzianu, a następnie błyskawicznie zeń wyparowuje. Pożytek z niej nie jest więc zbyt wielki. Nasz mózg funkcjonuje w ten sposób, że nowe fakty i umiejętności "wpisuje" w już istniejącą strukturę wiedzy. Co jednak robi, gdy takiej struktury zwyczajnie nie ma? Po prostu jak najszybciej pozbywa się balastu...

Bywa jeszcze gorzej. Osoba rozwiązująca test sama nie musi dochodzić do żadnego wyniku, a jedynie wybrać jeden lub więcej spośród przedstawionych przez autorów testu, zamiast więc uczyć się stosownej porcji wiedzy faktograficznej i umiejętności, może zwiększyć szanse dokonania właściwego wyboru, trenując różne, często nie związane z meritum, sposoby eliminacji odpowiedzi złych bądź odgadywania dobrych. Cała ta procedura coraz bardziej zaczyna przypominać uczenie konia czy psa liczenia dla potrzeb występów cyrkowych. Jak wiadomo, te miłe zwierzęta nie są w stanie nauczyć się tak skomplikowanej czynności. Mogą jednak stukać kopytem czy szczekać aż do momentu wykonania przez tresera jakiegoś niedostrzegalnego dla widzów gestu, który kojarzy się im z ukontentowaniem pana i stosowną nagrodą. Taką metodę wybrało wiele szkół i wielu nauczycieli w Stanach Zjednoczonych, gdzie testy wyboru najwcześniej zdobyły sobie dużą popularność. Miałem okazję przekonać się o tym, wizytując amerykańskie szkoły średnie (high schools). Nauczyciele często uczą w nich, zamiast przedmiotu, sposobów radzenia sobie z pytaniami testowymi.

Podobne podejście znajduje swoje odzwierciedlenie również w oficjalnie wydawanych pomocach dla egzaminowanych - jak choćby pięciusetstronicowym poradniku opublikowanym w 1994 roku, poświęconym temu, jak - niewiele rozumiejąc - dobrze wypaść na popularnym w Stanach Zjednoczonych egzaminie SAT (Scholastic Assessment Test), sprawdzającym stopień przygotowania do studiów wyższych. Cały zawiera tego typu porady (ramka: Jak zdać test? na s. 36). Takie wydawnictwa sprawiają, że testy stają się sztuką dla sztuki i tracą wszelki sens. Tendencji tej sprzyjają tzw. społeczne naciski zmierzające ku temu, aby wymagania egzaminacyjne były dokładnie określone. Skutek jest taki, że zostaje stworzony wąski zestaw schematycznych zadań mogących występować w testach, a w ślad za nimi idą recepty radzenia sobie z takimi zadaniami.

Piszę o tym nie bez kozery - wizję bardzo dokładnego określenia wymagań egzaminacyjnych w tzw. syllabusach snują w tej chwili osoby pracujące nad programem Nowa Matura, który ma wejść u nas w życie w 2002 roku (ramki: Syllabusy na s. 37 i Nowa Matura obok).

Swoje minusy ma też stosowanie testów w szkole. Nauczyciel, który szybko za pomocą testu sprawdził opanowanie materiału przez uczniów, wie, jakich zadań nie potrafili rozwiązać. Nie wie jednak, jaki tok rozumowania czy błąd rachunkowy doprowadził któregoś z podopiecznych do wyboru błędnej odpowiedzi. Nie ma więc pojęcia, co powinien skorygować w głowach uczniów. A ów podopieczny, rozwiązując głównie testy zamiast sprawdzanych w sposób tradycyjny przez nauczyciela prac, nie nauczy się też niezwykle ważnej sztuki przekazywania własnych przemyśleń dotyczących danego zagadnienia.

Czyżby należało zrezygnować z tak wygodnego narzędzia? Nic bardziej błędnego! Każde narzędzie ma jednak swój obszar zastosowań. Powinniśmy wiedzieć, co tak naprawdę mierzymy testem wyboru, a czego się nim zmierzyć nie da. Jeśli interesuje nas znajomość przepisów ruchu drogowego kandydatów na kierowców, taki test będzie wystarczający. Muszą oni bowiem zapoznać się z całym kodeksem drogowym i umieć zastosować jego przepisy w dosyć typowych sytuacjach, jakie występują na drogach. Podczas prowadzenia samochodu nie można zbyt długo się namyślać, toteż krótki czas na udzielenie odpowiedzi podczas sprawdzianu odpowiada warunkom, jakie napotka kierowca w czasie jazdy. Gdybyśmy jednak na przykład wyłącznie testem wyboru z teorii literatury próbowali wskazać osoby najbardziej predestynowane do roli krytyka literackiego, to zapewne nasze narzędzie wyeliminowałoby najlepszych kandydatów.

Na ogół do wykonywania zawodów wymagających wysokich kwalifikacji intelektualnych potrzebna jest mieszanka wiedzy i umiejętności o różnym stopniu złożoności. Przy czym rozmaite proporcje tych składników mogą dać doskonały efekt, gdyż niedostatek jednych może być zrekompensowany przez perfekcyjne opanowanie innych.

Na świecie w dbających o renomę i poziom systemach egzaminacyjnych próbuje się, mimo kosztów, połączyć zalety testów wyboru, dzięki którym można szybko i efektywnie sprawdzić wiedzę oraz proste umiejętności w całym zakresie materiału, z badaniem ważnych i bardziej złożonych umiejętności innymi technikami. Toteż test wyboru stanowi tam tylko część egzaminu. Tak jest w przypadku angielskich egzaminów dojrzałości A-level i szkockich matur, jak również amerykańskich egzaminów Advanced Placement, które pozwalają zdolniejszym uczniom szkół średnich zaliczyć niektóre przedmioty z pierwszych lat studiów. Podobnie jest w bardzo popularnych w Polsce, firmowanych przez brytyjski Uniwersytet w Cambridge, egzaminach z języka angielskiego (FCE, CAE, CPE). Testem wyboru sprawdza się tu umiejętność rozumienia ze słuchu, rozumienia tekstu pisanego oraz znajomość słownictwa. Zdający pisze również jedno lub kilka wypracowań oraz sprawdza swe umiejętności w zakresie języka mówionego podczas konwersacji z egzaminatorem.

Tak jest również w programie Międzynarodowej Matury (International Baccalaureate - IB), w którym już od pięciu lat uczę matematyki i fizyki. Test wyboru z fizyki, chemii i biologii pozwala uzyskać tylko 25% punktów decydujących o ostatecznej ocenie. W przypadku innych przedmiotów testów wyboru jako techniki egzaminacyjnej nie stosuje się.

Testy wyboru nie są, jak każde narzędzie, ani dobre, ani złe. To sposób ich wykorzystania decyduje, czy stają się przeszkodą, czy pomocą. W artykule pokazałem głównie niebezpieczeństwa ich stosowania, gdyż taniość i niewielki nakład pracy oraz czasu, potrzebny do otrzymania i oceny wyników tego testu, rodzą pokusę stosowania tego narzędzia w taki sposób i do takich celów, do jakich nie jest przeznaczone. Tak się dla nas jednak szczęśliwie składa, że inne kraje, szczególnie Stany Zjednoczone, wcześniej przeżyły szaleństwo stosowania testów wyboru i znają jego skutki. Uczenie się na cudzych błędach jest dużo tańsze niż na swoich.

Mgr WŁODZIMIERZ ZIELICZ jest nauczycielem matematyki i fizyki, od 1994 roku uczy tych przedmiotów w programie Międzynarodowej Matury (IB) w XXXIII Liceum Ogólnokształcącym im. Mikołaja Kopernika w Warszawie, a w latach 1995-1997 był jego koordynatorem. W 1997 roku dzięki stypendium Fundacji Fulbrighta zapoznawał się z systemem szkolnym USA.