Twoja wyszukiwarka

X.RUT
LISTEK FIGOWY
Wiedza i Życie nr 7/1999
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 7/1999

Rys. Grzegorz Szumowski

Na pewnej sylwestrowej prywatce w 1959 roku w Moskwie (wiem to z całkowicie wiarygodnego źródła) stanął zakład, czy przed upływem następnego dziesięciolecia człowiek postawi stopę na powierzchni Księżyca. Amerykański program załogowego lotu na Księżyc był wtedy jeszcze zupełnie poufny, a może nawet nie całkiem sformułowany. Prezydent J.F. Kennedy miał go ogłosić dopiero za kilka miesięcy. Zakładający się przyjmowali zapewne, że stopa, która ewentualnie dotknie księżycowego gruntu, będzie stopą kosmonauty raczej niż astronauty. Jak wiadomo, trochę mniej niż pół roku przed upływem dziesięcioletniego terminu zakład został rozstrzygnięty na oczach wielomilionowej telewidowni ze wszystkich kontynentów Ziemi: człowiek stanął na powierzchni Księżyca.

Jak widać, zakładający się nie mieli pełnych informacji, ba - najwidoczniej brakowało im najistotniejszych, które pozwoliłyby przewidzieć, że przed upływem dekady USA odniosą pierwsze zdecydowane zwycięstwo w kosmicznej konkurencji globalnego współzawodnictwa zwanego zimną wojną. Zapewne nie byli fachowcami w dziedzinie prognozowania, choć wielu zawodowców popełniało podobne (i jeszcze większe) pomyłki. Ale precyzja wyboru terminu zakładu świadczy o generalnej przewidywalności tendencji panujących w dziedzinie powszechnie wówczas określanej mianem podboju kosmosu. I ta terminologia, i światowy entuzjazm towarzyszący lądowaniu załogi Apollo na Księżycu i jej bezpiecznemu powrotowi na Ziemię świadczą o ogromnym emocjonalnym poparciu, o swego rodzaju współuczestnictwie znacznej części ludzkości w tej ekspedycji i - co wtedy nie budziło większych wątpliwości - w programie badawczym, którego częścią były loty Apollo. Chyba niewielu tylko żarliwych kibiców zdawało sobie sprawę z prawdziwego znaczenia tego zdarzenia. Wspaniałe odczucie towarzyszące zdobyciu Księżyca przez ludzi nie pozostawiało dużego marginesu na refleksje geopolityczne. A przecież fakt, że ten sukces pozostał bez porównywalnej riposty ze strony ZSRR, wykazał istnienie kresu mobilizacyjnych możliwości radzieckiej gospodarki.

Od lądowania na Księżycu do programu gwiezdnych wojen Stany Zjednoczone AP wytyczały coraz nowe cele, które niewydolna gospodarka ZSRR osiągała z coraz większym trudem, coraz bardziej ograniczając innowacyjność i inwestycje w niemilitarnych gałęziach. Amerykańskie nakłady budżetowe na program militarno-kosmiczny, kierowane do wielkich prywatnych korporacji, pozwalały im rozbudowywać placówki badawcze, stymulowały rozwój badań naukowych i elitarnego szkolnictwa wyższego, kształcącego potrzebne kadry. To bardzo ważne spostrzeżenie, z reguły pomijane przez autorów szukających przyczyn upadku ZSRR: wyścig kosmiczny osłabiał gospodarkę jednego konkurenta (gdyż wysysał środki z innych branż) i wzmacniał gospodarkę drugiego (gdyż pozwalał na rozprowadzanie środków budżetowych - przez prywatne korporacje - do szerokiego zaplecza badawczego). Sam program wojen gwiezdnych nie musiał już być dosłownie zrealizowany. Wielu znawców uważa nawet, że nie mógłby być zrealizowany ze względów technicznych. Ale przywódcy ZSRR znaleźli się w ślepym zaułku: imperium nie stać było na podjęcie wyzwania, a zignorować go nie mogli, nawet jeśli szanse USA na zrealizowanie tego programu nie były stuprocentowe. I Gorbaczow rzucił ręcznik na ring.

W świecie zachodziły jednak również inne zmiany. Żadna kolejna inicjatywa nie była i nie jest tak popularna, jak program umieszczenia człowieka na Księżycu, każda ma wielu oponentów i krytyków. Nie udaje się już bez ograniczeń i przy otwartej kurtynie pompować pieniędzy podatników do kasy przemysłowych korporacji. Ściśle naukowe programy kosmiczne (np. Kosmiczny Teleskop Hubble'a) przynoszą informacje bezcenne dla garstki specjalistów, dla szerokiej publiczności warte zaś są najwyżej małej wzmianki w gazetach i kilkunastosekundowego spotu w dziennikach TV. Ściśle wojskowe, wywiadowcze i telekomunikacyjne, podobnie jak ściśle komercyjne, właściwie są poza uwagą mas podatników, nawet jeśli z owoców tych programów masy czerpią liczne, choć niekiedy wątpliwe profity (globalna telewizja, tania i coraz bardziej wyrafinowana powszechna łączność telefoniczna). Zasilanie zaplecza badawczego z budżetu państwa staje się politycznie coraz trudniejsze, wzrasta więc zapotrzebowanie na nowe pomysły propagandowe, zdolne rozpalić taki entuzjazm publiczny, jaki w swoim czasie wzbudziło lądowanie człowieka na Księżycu.

Program ISS (międzynarodowej załogowej stacji kosmicznej), ogłoszony jako projekt Freedom w 1988 roku, w pięć lat później zmienił nazwę na Alfa. Pierwsze oszacowania nakładów wynosiły około 8 mld dolarów, w 1991 roku wzrosły one do 40 mld. Do 1993 roku wydatki poniesione na same prace projektowe sięgnęły 11.4 mld. Według planu z 1995 roku wydatki USA na ten cel mają wynieść 48 mld do roku 2002 (przewidywany rok uruchomienia stacji), a potem przez dziesięcioletni okres eksploatacji stacji - dalsze 46 mld. Raport J. Chabrowa z agencji NASA ogłoszony w 1998 roku przesuwa datę uruchomienia stacji na rok 2005 i zwiększa koszt o 7.3 mld. Do wydatków amerykańskich należy dodać około 12.5 mld dolarów kosztów Rosji, Wspólnoty Europejskiej, Brazylii, Kanady i Japonii - głównych partnerów tego przedsięwzięcia (swoistej pikanterii dodaje fakt, że poważna część wkładu Rosji ma być sfinansowana amerykańskimi pożyczkami).

Są to kwoty zaiste zawrotne, tak wielkie, że warto je porównać z nakładami na zrealizowane już przedsięwzięcia techniczne: projektowane wydatki ze strony USA równe są pięciokrotności kosztów zbudowania tunelu pod kanałem La Manche albo dwukrotności kosztów zbudowanej we Francji sieci superszybkich pociągów TGV). Co do spodziewanych pozapropagandowych korzyści ze stacji ISS, panuje przygnębiające milczenie. I rzeczywiście, ani wieloletnie eksperymenty na pokładzie Mira, ani wielomiesięczne eksperymenty na pokładzie Skylaba, ani żadne inne eksperymenty na pokładach innych załogowych stacji orbitalnych nie przyniosły żadnego większego odkrycia, żadnej rewelacyjnej technologii, nie spowodowały żadnego przełomu. Trudno zgadnąć, dlaczego tym razem miałoby być inaczej. Naukowy "uzysk" z wielokrotnie tańszych lotów bezzałogowych jest znacznie większy, choćby dlatego, że bezzałogowe pojazdy kosmiczne można narażać na znacznie większe niebezpieczeństwa niż stację załogową. Jedynym realnym celem realizacji projektu Alfa jest... jego realizowanie, dzięki czemu miliardy dolarów z kieszeni podatnika przepłyną do ośrodków badawczych prywatnych korporacji (takich jak Boeing) i do laboratoriów najlepszych uniwersytetów. Taka transfuzja jest dla nich konieczna, ale bez wielkich programów porywających serca milionów podatników - praktycznie nie do wykonania.

Jak to się ma do czystych reguł rynkowych i zasady nieinterwencjonizmu państwowego?

Koncern BMW, właściciel fabryki samochodów Rover, zagroził rządowi Jej Królewskiej Mości, że jeśli nie otrzyma pakietu ulg i dotacji, zamknie fabrykę w Longbridge, a produkcję przeniesie na Węgry; obiecany już pakiet wartości 180 mln dolarów uznał za zupełnie niewystarczający. Zgodnie z zasadami wolnego rynku i nieinterwencjonizmu państwowego, jeśli BMW może taniej produkować samochody na Węgrzech, to oczywiście powinien zamknąć fabrykę w Longbridge. Ale wtedy rząd JKM będzie musiał coś zrobić z bezrobotnymi. I rząd musi albo złamać zasady wolnego rynku i nieinterwencjonizmu państwowego, albo sprzeniewierzyć się swym zobowiązaniom społecznym. Którąkolwiek drogę wybierze, skutki finansowe poniosą podatnicy. Przy każdym wyborze jakaś część społeczeństwa będzie ideologicznie niezadowolona.

Jakże pysznie by było, gdyby rząd JKM zlecił koncernowi BMW zaprojektowanie, powiedzmy, odpowiednich sprzączek do pasków załogi ISS, za, powiedzmy, 300 mln dolarów (tak odpowiedzialny projekt musi drogo kosztować!). Podatnicy nie będą przecież narzekać, że rząd JKM bierze udział w finansowaniu kolejnego największego kroku podboju kosmosu, przecież zrobi to dla dobra ludzkości i premier będzie mógł z miedzianym czołem oświadczyć: nasze prawnuki będą dumne z tego, że współuczestniczyliśmy w tym wielkim wspólnym dziele!