Twoja wyszukiwarka

SZYMON GBUREK
TROPIKALNA GORĄCZKA
Wiedza i Życie nr 8/1999
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 8/1999

WYJAZD DO EGZOTYCZNYCH KRAJÓW TO NIE TYLKO PRZYJEMNOŚĆ, ALE I POTENCJALNE RYZYKO. GRZYBY, BAKTERIE I PIERWOTNIAKINAJLEPIEJ CZUJĄ SIĘ TAM, GDZIE CIEPŁO I WILGOTNO. NIC DZIWNEGO, ŻE CZASEM WRACAMYZ WAKACJI Z NIEPROSZONYM A UCIĄŻLIWYM GOŚCIEM.

Fot. Tony Stone/FLASH PRESS MEDIA

W krajach tropikalnych występuje o wiele więcej niebezpiecznych chorób zakaźnych, zwłaszcza pasożytniczych, niż w klimacie umiarkowanym. Tubylcy mogą być uodpornieni na niektóre z nich, innych się nie boją - bo już są ich nosicielami. Zdarza się, że niektórzy z nas lekceważą higienę i nie chorują dzięki szczęściu czy silniejszemu organizmowi, ale inni. Dla własnego dobra lepiej nie zakładać, że zagrożenie dotyczy wszystkich, tylko nie nas samych.

Bakterie, wirusy, pierwotniaki i różne pasożyty dostają się do organizmu na kilka sposobów. Podczas chodzenia boso czy pływania niektóre mogą wniknąć nawet pod zdrową skórę. Tym bardziej narażają na to wszelkie skaleczenia czy otarcia, na przykład od niewygodnych butów. Wiele chorób przenoszą owady, ssąc krew lub składając jaja. Innymi można się zarazić od ludzi przez kontakt seksualny lub krew - oprócz wirusowego zapalenia wątroby typu B oraz HIV tą drogą rozprzestrzenia się chociażby wrzód weneryczny miękki czy leiszmanioza, o której szerzej za chwilę. Skażona bywa także woda, więc nawet tak naturalne czynności, jak mycie zębów czy prysznic, mogą być czasem niebezpieczne. Skażona bywa również żywność, ale o tym na ogół turyści pamiętają.

Gdyby zebrać wszystkie choroby tropikalne, powstałby opasły tom. Opiszę więc tylko te, które najczęściej zdarza się przywlec z egzotycznej podróży Polakom. Statystyki nie są alarmujące, problem jednak w tym, że nie wszyscy są świadomi zagrożenia, a zlekceważenie pierwszych niepokojących objawów może w efekcie doprowadzić do tragicznego finału.

U osób przebywających przez dłuższy czas w krajach tropikalnych zdarzają się dość często. Spośród ponad 2 tys. pracowników kontraktowych, którzy powrócili do kraju w latach 1977-1993, około 10% było zakażonych chorobotwórczymi mikroorganizmami i pasożytami. Także spośród 1200 polskich żołnierzy przebywających w latach 1992-1993 w Kambodży co dziesiąty czymś się zaraził, najczęściej pasożytami jelitowymi. Ilu turystów przywozi nieproszonego gościa - trudno dokładnie ocenić. Nie wszyscy, nawet mając długotrwałe dolegliwości, zgłaszają się do lekarza. A bywa i tak, że choroba ujawnia się wiele miesięcy, a nawet lat po zakażeniu.

Egzotyczne choroby stwarzają zresztą wiele kłopotów krajowej służbie zdrowia właśnie dlatego, że zdarzają się rzadko. Do kliniki chorób pasożytniczych i tropikalnych w Poznaniu pewien pacjent trafił dopiero po konsultacjach u dziesięciu różnych specjalistów. I tu wreszcie rozpoznano leiszmaniozę, która zdążyła w tym czasie wyrządzić spore szkody. Nikt wcześniej nie wpadł na pomysł, że związek z chorobą może mieć zagraniczna wycieczka sprzed pięciu miesięcy. Inny chory cierpiał z powodu różnych zmian na skórze aż przez 15 lat, zanim ustalono, że przyczyną kłopotów jest także leiszmanioza.

Zarodźce (Plasmodium), czyli pasożyty wywołujące malarię, dostają się do organizmu człowieka w czasie ukłucia zarażonej samicy komara widliszka. Tak zwane sporozoity, czyli zarodniki, dostają się wtedy z jej ślinianek do krwi człowieka (1), a następnie wnikają do krwinek czerwonych (2). W ich wnętrzu dojrzewają, przekształcając się w tzw. schizonty, które rozpadają się na wiele drobnych merozoitów (3), które z kolei atakują nowe krwinki (4), w wyniku czego znów powstają nowe merozoity (5). Powstawanie kolejnych pokoleń pasożyta (czyli merozoitów) jest równoznaczne z rozpadem wielu krwinek, czemu towarzyszą zimne dreszcze oraz wysoka gorączka, a więc atak malarii. Po powstaniu pewnej liczby pokoleń merozoity - po wniknięciu do krwinki - zamiast przekształcić się w sporozoity, rozpoczynając tym samym kolejny cykl rozmnażania bezpłciowego, tworzą gamety (6). Żeby jednak mogło dojść do zapłodnienia, muszą się one znaleźć w jelicie komara. A to jest możliwe wtedy, gdy komar wyssie krew człowieka chorego na malarię. Innymi słowy - kiedy człowiek zarazi komara (7). Zygoty znajdują przytulne schronienie w przewodzie pokarmowym komara (8) i po wielu podziałach tworzą liczne nowe sporozoity, które wędrują do ślinianek, gdzie czekają na okazję do zarażenia kolejnej ofiary (9).

Cykl życiowy Plasmodium jest jednym z najbardziej skomplikowanych cykli znanych w przyrodzie. Łączy efektywność rozmnażania bezpłciowego z możliwością szybkich zmian, które zapewnia rozmnażanie płciowe. Nic dziwnego, że walka z malarią jest niezwykle trudna, bowiem szczepy oporne na coraz to nowe leki powstają bardzo szybko, a szczepionka wciąż pozostaje w sferze marzeń.

Czasem choroba jest tak podstępna, że nawet właściwa profilaktyka i doświadczony lekarz nie potrafią stawić jej czoła. Kilka lat temu zepsuła się klimatyzacja na polskim statku cumującym na redzie portu w Lagos, co zmusiło załogę do spania na pokładzie. Dwa tygodnie potem steward zachorował na coś, co w opinii lekarza było zatruciem pokarmowym. Później wystąpiły wysoka gorączka i objawy uszkodzenia narządów wewnętrznych. Przywieziony do kraju, zmarł wskutek niewydolności nerek. Okazało się, że przyczyną była malaria. Steward brał wprawdzie leki przeciwmalaryczne, ale najwyraźniej nie chroniące przed tym konkretnym szczepem. Inni marynarze, tak samo narażeni, nie zachorowali.

Malaria jest chorobą o tyle podstępną, że "udaje" inne schorzenia - na przykład zapalenie gardła, zapalenie płuc czy zatrucie pokarmowe - co określa się jako "maski zimnicze". Powoduje to czasem nie tylko niewłaściwe leczenie malarii, ale także innych groźnych chorób. Kiedyś u dwóch pilotów pracujących w krajach afrykańskich stwierdzono malarię, tymczasem badania w specjalistycznym ośrodku wykazały, że była to żółtaczka typu A.

Na właściwą diagnozę naprowadzają nie tylko objawy, ale i informacje o chorym, w tym o jego podróżach. Aby ustalić, z jaką chorobą mamy do czynienia, trzeba wykonać badania dodatkowe. Badania mikroskopowe oraz immunologiczne krwi, moczu i kału to podstawa diagnostyki chorób tropikalnych. Jeśli występują tu jakieś problemy, to raczej z właściwym zabezpieczeniem próbek, zwłaszcza gdy badanie trzeba wykonać w innym ośrodku, niż z postawieniem diagnozy.

Współczesne możliwości diagnostyczne to ważny or&żęż; w walce z chorobami tropikalnymi, pod warunkiem, że... zostanie użyty. Pewien turysta przez 18 miesięcy cierpiał z powodu krwawej biegunki i wcale nie szukał pomocy. Zajął się sobą dopiero wtedy, gdy wystąpiły zmiany na skórze. Dociekliwy dermatolog wysłał go na badanie w kierunku pasożytów, które wykazało obecność ameby (zmiany skórne są nie-typowym objawem). Co ciekawe, najprawdopodobniej do zakażenia doszło 15 lat wcześniej podczas wycieczki do Turcji i Grecji, i tak długo przebiegało ono bezobjawowo. O pechu może mówić wybitny himalaista, który po każdej wyprawie zgłaszał się na badania kontrolne. Ponieważ zawsze wszystko było w porządku, uznał, że nie warto dłużej zawracać sobie tym głowy i... po pewnym czasie trafił do szpitala z amebowym ropniem wątroby. Na szczęście, udało się go wyleczyć, ale czasem ceną za zaniechanie może być nawet śmierć.

MIĘDZY PRZYGODĄ A ROZWAGĄ

Reportaże z różnych stron świata pełne są obrazków dzieci chlapiących się w mętnej wodzie rzeki, podróżników biorących prysznic pod wodospadem, nocujących w szałasach z liści palmowych czy biesiadujących razem z tubylcami. Współczesny turysta często ma dość hotelowego luksusu i marzy o kontakcie z naturą. Tymczasem wiele gatunków drobnoustrojów wręcz czyha na taką okazję. Jak więc wyznaczyć granicę kompromisu między szaleńczą przygodą a zdrowym rozsądkiem?

Jest kilka dróg, które wykorzystują zarazki czy pasożyty, by dostać się do organizmu człowieka. Wystarczy je odciąć, żeby spędzić wakacje bezpiecznie. Niestety, łatwiej to powiedzieć, niż zrobić. Wszyscy wiedzą, że groźne mikroorganizmy mogą czaić się w wodzie. Rozsądek podpowiada, żeby nie wchodzić do stawów czy wolno płynących rzek, nie brodzić po polach ryżowych, ale czasem, gdy temperatura jest wyjątkowo wysoka, zapominamy o rozsądku.

Przecinkowce cholery są wrogiem naprawdę podstępnym. Najczęściej choroba objawia się biegunką o wyjątkowym nasileniu, ale czasem zdarza się tzw. postać sucha. Wskutek porażenia czynności jelit przez toksynę wytwarzaną przez bakterię nie dochodzi do biegunki. Płyny zbierają się w obrębie jelit i chory bardzo szybko umiera

Równie trudno walczyć z nawykami. Wiadomo, że w egzotycznych krajach zęby należy myć wyłącznie w przegotowanej wodzie lub mineralnej z butelki, ale czasem odruch jest szybszy niż myślenie. Zamiast kąpieli w wannie lepiej wziąć prysznic, nawet kilka razy dziennie, nie nadużywając oczywiście mydła, bowiem wysuszona skóra gorzej chroni przed infekcją. A po dokładnym wytarciu warto użyć pudru antyseptycznego na fałdy skóry, by zapobiec odparzeniu lub grzybicy.

Równie często jak w wodzie, zarazki kryją się w jedzeniu. Każdy o tym wie, ale bardzo trudno oprzeć się pokusie spróbowania miejscowych specjałów. W Wietnamie kuszą turystę piwem nalewanym wprost z wiadra i krwią węża zmieszaną z alkoholem, na Filipinach przysmakiem jest balut - jajko z niewylężonym pisklęciem, a w wielu krajach Azji świeży małpi móżdżek. Kto chce, niech spróbuje, mając jednak świadomość, że sam prosi się o kłopoty.

Żywieniowe dylematy turysty w tropiku polegają na tym, że powinien zapomnieć o zasadach racjonalnej diety. Dietetycy pouczają, żeby jeść jak najmniej tłuszczu, unikać smażonych potraw, za to nie żałować sobie surowych jarzyn i owoców oraz przetworów z mleka. W tropiku najłatwiej uniknąć zakażenia, wybierając właśnie potrawy smażone w dużej ilości tłuszczu, rezygnując z surowych jarzyn i owoców cienkiej skórce, której nie da się obrać, a także z mleka i napojów mlecznych, chyba że pochodzą od renomowanego producenta i nie ma wątpliwości, że są fabrycznie zamknięte. Dobrze zabezpieczone przed zarazkami są cytrusy i orzechy.

Najwięcej kłopotów sprawia-ją napoje. Kiedy upał naprawdę zmęczy, człowiek skłonny jest wypić wszystko. Natura uczyniła ludzki organizm bardzo wrażliwym na brak płynów. Kiedy następuje intensywne pocenie, równie intensywnie, choć niewielkimi porcjami, trzeba uzupełniać ubytki wody, w przeciwnym razie szybko może dojść do wypłukania niezbędnych elektrolitów, a w ślad za tym do sensacji ze strony układu krążenia. Dlatego najlepiej stale mieć ze sobą coś do picia. Napoje chłodzące, sprzedawane na ulicy w szklankach lub nieszczelnie zamkniętych butelkach, są potencjalnym źródłem zakażenia. Ale niebezpiecznie może być również w restauracji. Nie wiadomo przecież, z jakiej wody przygotowano lód podany do napojów (nawet jeśli pływa w alkoholu, nie znaczy to, że jest odkażony), a woda mineralna, podana w otwartej butelce, może okazać się wodą z kranu. Jeśli już koniecznie trzeba się napić na ulicy, warto wybrać orzech kokosowy. Jest nie tylko zdrowy i tani, ale jego zawartość - pita przez słomkę - również bezpieczna.

Sok z kokosa pity przez słomkę to tani, zdrowy i higieniczny sposób zaspokojenia pragnienia w tropikach

Fot. Natalia Szczucka-Kubisz

Wizyta w przychodni chorób tropikalnych na kilka tygodni przez planowanym wyjazdem nie tylko pozwoli zebrać wiarygodne informacje o zalecanych środkach ostrożności, w tym szczepieniach ochronnych, ale również upewni, czy nie ma przeszkód zdrowotnych, by planować egzotyczny urlop. Osoby chore na przykład na niestabilną cukrzycę czy niektóre choroby serca nie powinny wyjeżdżać w dalekie i męczące podróże. Warto też pamiętać o wyleczeniu zębów - właściwa pomoc dentystyczna nie zawsze jest dostępna, a niewłaściwa grozi zakażeniem.

Szczepienia, przestrzeganie elementarnych zasad higieny i zdrowy rozsądek pozwalają sprowadzić ryzyko do bezpiecznego minimum. Prawie nikt, kto przed wyjazdem zasięgnął informacji w poradni chorób tropikalnych, nie wraca tam jako pacjent. Chorują głównie osoby, które sądziły, że jakoś to będzie. Jeśli jednak po powrocie pojawią się niepokojące objawy, trzeba koniecznie zgłosić się do lekarza i powiedzieć mu o egzotycznych wakacjach. Z przestrzeganiem higieny w tropiku jest jak z przechodzeniem przy czerwonym świetle - prawie każdy kiedyś bezkarnie zlekceważył przepisy, ale jeśli wejdzie to w nawyk, może źle się skończyć.