Twoja wyszukiwarka

ANNA HEJMAN
LOKALNE ZWIERCIADŁO
Wiedza i Życie nr 8/1999
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 8/1999

NIEMAL OD 10 LAT MAMY W POLSCE NIEZALEŻNĄ PRASĘ LOKALNĄ. W ŻADNYM Z KRAJÓW POSTKOMUNISTYCZNYCH NIE ROZWINĘŁA SIĘ ONA TAK BUJNIE JAK U NAS. CO CZEKA JĄ W PRZYSZŁOŚCI?

W roku 1989, a następnie w 1990, pojawiły się w Polsce tysiące biuletynów, gazetek, ulotek, wydawanych najczęściej przez zawiązywane wówczas Komitety Obywatelskie. Ich zadaniem było doprowadzenie do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych, a później samorządowych, ludzi spoza partyjnej nomenklatury, cieszących się społecznym zaufaniem. Wydawało się, że po zwycięskich wyborach biuletyny i gazetki znikną, a wydający je powrócą do poprzednich zajęć. W wielu przypadkach tak się stało, ale byli i tacy, którzy wydawanie lokalnego pisma uczynili przedmiotem swej zawodowej aktywności. To oni przekształcili prasę Komitetów Obywatelskich w tzw. prasę obywatelską, stanowiącą istotny element społeczeństwa obywatelskiego.

Od ulotki do wydawanej co tydzień prawdziwej gazety - tak jak "Pałuki" rozwija się wiele pism lokalnych

W naukach społecznych istnieją rozmaite jego koncepcje, ale wszystkie łączy idea podmiotowości społeczeństwa w stosunku do instytucji państwowych. Przejawia się ona głównie w społecznej aktywności obywateli, którzy za pośrednictwem instytucji demokratycznych sami decydują o swym losie. Na poziomie lokalnym ludzi reprezentują samorząd i organizacje społeczne, zwane też organizacjami pozarządowymi (ang. NGO - Non-Governmental Organizations) lub "trzecim sektorem" (pierwszy sektor to instytucje państwowe, a drugi - biznes). Wydaje się, iż w polskiej rzeczywistości po 1989 roku do niezwykle ważnych instytucji społeczeństwa obywatelskiego zaliczyć trzeba również prasę lokalną, zwłaszcza niezależną.

Od entuzjazmu do profesjonalizmu

Po wojnie istnienie prasy lokalnej było niemożliwe aż do 1989 roku: cenzura, reglamentacja papieru, państwowa własność mediów (właścicielem zdecydowanej większości tytułów prasowych był państwowy koncern RSW "Prasa", powołany uchwałą Sekretariatu KC PPR już w kwietniu 1947 roku) miały gwarantować rządzącej partii całkowitą kontrolę nad obiegiem informacji. Od połowy lat siedemdziesiątych, a zwłaszcza w latach osiemdziesiątych, monopol ten łamała wprawdzie prasa drugiego obiegu (podziemna), ale - choć nie sposób przecenić jej ogromnej roli - nie miała ona jednak charakteru masowego. Niemniej, pierwsze lokalne biuletyny i gazetki wydawali najczęściej ludzie, którzy na różne sposoby związani byli z działalnością podziemną w latach osiemdziesiątych, a następnie z ruchem Komitetów Obywatelskich. Byli to nauczyciele, bibliotekarze, urzędnicy, lekarze, świeżo upieczeni absolwenci wyższych uczelni, którzy właśnie powrócili do swych rodzinnych miasteczek z zamiarem spędzenia w nich reszty życia. Prawie nikt spośród nich nigdy nie miał przedtem do czynienia z zawodowym dziennikarstwem czy działalnością wydawniczą. Czasem pisywali do podziemnych gazetek, niekiedy uczestniczyli w ich drukowaniu czy rozprowadzaniu. Na ogół jednak ich wiedza na temat wydawania pisma była niewielka lub wręcz żadna. Mieli natomiast dużo entuzjazmu i wiary w to, że wreszcie nadszedł moment, w którym można coś naprawdę zmienić.

Pierwsze pisma lokalne przypominały raczej ulotki niż prawdziwe gazety. Papier, mimo oficjalnego zniesienia reglamentacji, nadal był towarem deficytowym, załatwianym "po znajomości", najczęściej stosowane techniki druku wyniesione były z podziemia ("posuwanie wałkiem po woskówce i szyfonie") lub polegały na wpisywaniu tekstu na maszynie, wklejaniu go w kolumny i powielaniu utworzonych w ten sposób jednej lub kilku stron na kserografie. Nakład wynosił od kilkuset do najwyżej tysiąca egzemplarzy, częstotliwość była nieregularna, a dystrybucja odbywała się we własnym zakresie. Wcale nie należał do rzadkości widok wydawcy, redaktora naczelnego i dziennikarza w jednej osobie, stojącego na skrzyżowaniu głównych ulic miasteczka i sprzedającego "z ręki" świeżo wydrukowaną własną gazetę. Takie były początki wielu dzisiejszych gazet lokalnych, które przez następne lata stały się w pełni profesjonalnymi pismami.

Pisma lokalne początkowo przypominały bardziej ulotki kopiowane na kserografie niż profesjonalne gazety. Przez ostatnią dekadę udało im się jednak znacznie podnieść swój poziom techniczny. Na zdjęciu - "Tygodnik Podhalański" zaczęto drukować na maszynach offsetowych już w 1993 roku

Fot. Archiwum "Tygodnika Podhalańskiego"

Teraz są to na ogół tygodniki (coraz rzadziej dwutygodniki czy miesięczniki), formatu A3 lub B3, wydawane na papierze gazetowym, drukowane z roli, często z zastosowaniem koloru, nierzadko zawierające kolorową wkładkę telewizyjną lub inne wkładki tematyczne. Obecny nakład mieści się w przedziale od kilkuset do kilkunastu tysięcy egzemplarzy, a zasięg obejmuje co najmniej jedną gminę, zwykle powiat lub kilka powiatów. Zawsze jednak mniej niż byłe (tj. sprzed reformy administracyjnej z 1998 roku) województwo, bowiem prasa o zasięgu wojewódzkim nie jest już prasą lokalną a regionalną. Trzeba też dodać, że zdecydowana większość dzisiejszych gazet lokalnych przygotowywana jest we własnym zakresie z wykorzystaniem nowoczesnych technik komputerowych. Dystrybucja odbywa się najczęściej za pośrednictwem "Ruchu", prawie każda redakcja korzysta też z prenumeraty pocztowej. Wielu wydawców tworzy również własne sieci dystrybucyjne. Coraz bardziej profesjonalna staje się także organizacja pracy w redakcji pisma lokalnego. Dzisiaj już prawie nie ma w Polsce takich pism, gdzie wszystko robiłby jeden człowiek-orkiestra, który - jak pamiętamy z westernów - z ołówkiem zatkniętym za ucho zbierał informacje, pisał artykuły, a następnie własnoręcznie składał, drukował i osobiście sprzedawał swoją gazetę. Większość redakcji dzisiejszych pism lokalnych to zespoły kilku- lub kilkunastoosobowe, w których każdy ma określone zadania.

W imieniu obywatela

Prasa lokalna jest niezwykle ważną instytucją społeczeństwa obywatelskiego na poziomie lokalnym. Nie tylko dlatego, że wokół niej gromadzą się zwykle ludzie najbardziej aktywni w danej społeczności - miejscowa elita, ale przede wszystkim dlatego, iż jest ona instytucją zaufania publicznego. Oczywiście, tym zaufaniem cieszyć może się tylko wówczas, gdy jest pismem niezależnym, rzetelnym i wiarygodnym.

Chociaż dystrybucja prasy lokalnej odbywa się głównie za pośrednictwem "Ruchu" lub prenumeraty pocztowej, kolportażem "Tygodnika Podhalańskiego" zajmują się również dzieci na ulicach Zakopanego i Nowego Targu

Fot. Archiwum "Tygodnika Podhalańskiego"

Pismo dotowane przez lokalne władze, miejscowego biznesmena czy partię polityczną zawsze będzie podejrzewane o to, iż jest tubą propagandową władzy, instrumentem w ręku swego mocodawcy czy narzędziem polityki partyjnej. Pierwszym warunkiem zaufania jest więc niezależność ekonomiczna, którą pismo może osiągnąć, utrzymując się tylko ze sprzedaży nakładu oraz reklam i ogłoszeń. W tym miejscu zwykle stawiany jest zarzut, iż zawsze istnieje niebezpieczeństwo ukrytego uzależnienia od reklamodawcy. Wielu wydawców twierdzi jednak, że można temu zapobiec, nie przywiązując się do jednego reklamodawcy, a dbając o to, by mieć ich wielu. Dodają ponadto, iż cechą małych społeczności jest brak anonimowości, co w praktyce oznacza, że czytelnicy łatwo mogą dostrzec wszelkie ukryte powiązania. Na przykład wszyscy w miasteczku wiedzą, że właściciel miejscowej farbiarni to truciciel - zanieczyszcza pobliskie jezioro. Ale lokalna gazeta nigdy nic na ten temat nie napisała. Dlaczego? Łatwo można się domyślić: przecież niemal w każdym numerze farbiarnia reklamuje się na całą stronę, czyli wydawca nie chce utracić zamożnego klienta. Czy takiej gazecie czytelnicy będą ufać? Oczywiście, nie. Nie będzie też cieszyć się zaufaniem pismo, które utrzymuje się z dotacji pochodzącej z kasy miejskiej i w każdym jego numerze można znaleźć na pierwszej stronie duże zdjęcie burmistrza ze szczegółowym opisem jego kolejnego sukcesu. Natomiast fatalnym stanem jezdni w miasteczku pismo nie zajęło się nigdy.

Wielu wydawców niezależnych gazet lokalnych podkreśla, że chcą, by ich pisma czytane były przez jak największą liczbę mieszkańców danego rejonu (gminy, powiatu, kilku powiatów). Jest to podyktowane także oczywistymi względami ekonomicznymi: duża liczba czytelników to duży nakład, a ten z kolei zawsze przyciąga reklamodawców. Ponadto w małej społeczności nie ma miejsca na dużą liczbę lokalnych tytułów prasowych (nie utrzymają się), trzeba więc - uważają wydawcy - dawać czytelnikom gazetę, która będzie jak najbardziej wszechstronnie zaspokajać różnorodne oczekiwania i zniechęcać w ten sposób do sięgania po inne tytuły. Jednak większość wydawców i redaktorów niezależnych pism lokalnych wytycza tu wyraźne granice: gazeta powinna być miejscem wymiany poglądów, polemik, społecznej debaty, prezentacji różnych stanowisk, ale nie może pozyskiwać czytelników za wszelką cenę, kosztem schlebiania najniższym gustom. Gazeta musi przede wszystkim rzetelnie informować o wszelkich ważnych dla społeczności wydarzeniach, może je komentować (wyraźnie oddzielając komentarz od informacji), nie wolno jej jednak ograniczać się tylko do sensacji i plotek z miejscowego życia towarzyskiego.

Szacunek czytelników zapewnia gazecie niezależność ekonomiczna i różnorodność prezentowanych punktów widzenia, jak również żywa obecność pisma w życiu społeczności lokalnej. Teoretycy lubią określać to mianem funkcji integracyjnej pisma lokalnego. Na czym ona polega? Kiedy bierze się do ręki jakąkolwiek gazetę lokalną, widać od razu, że niemal wcale nie ma na jej łamach wiadomości innych niż lokalne. Ktoś kiedyś powiedział, że "ludzie lubią czytać o sobie" i dobrze, jeśli media lokalne to rozumieją. Na tym polega ich siła. Ludzie, czytając o swoim miasteczku, powiecie, sąsiadach, czują się wspólnotą. Poczucie wspólnoty integruje. Gazety konsolidują też społeczność lokalną, ogłaszając najrozmaitsze akcje (również samopomocowe), organizując imprezy kulturalne, sportowe, festyny, patronując lokalnym wydarzeniom kulturalnym. Na przykład ukazująca się w Radomsku "Gazeta Radomszczańska" współwydawana jest przez Fundację Inicjatyw Kulturalnych, która co roku przyznaje stypendia miejscowej, szczególnie uzdolnionej młodzieży, pochodzącej z niezamożnych środowisk. Część dochodów z gazety zasila konto Fundacji.

Dziś prasa lokalna to ponad 2 tys. tytułów, z których wiele jest pismami w pełni profesjonalnymi

Niezwykle ważną rolę odgrywają pisma lokalne na Ziemiach Zachodnich: wielu z nich udało się przezwyciężyć tabu istniejące tu od czasu zakończenia wojny i przywrócić pamięć o dawnych gospodarzach tych ziem, którą komunistyczne władze chciały zatrzeć. Niemcy, dawni mieszkańcy Goleniowa czy Oławy, przyjeżdżając w swe rodzinne strony, nie spotykają się już z panicznym lękiem obecnych mieszkańców, że oto tamci wracają i będą odbierać to, co zostawili w chwili wysiedlania: domy, ziemie. Takie reakcje przed 1989 rokiem były tu powszechne wśród ludzi ciężko doświadczonych przez historię. Teraz, dzięki wielu publikacjom i akcjom podejmowanym przez niezależne gazety lokalne (m.in. "Gazetę Goleniowską", "Wiadomości Oławskie" i wiele innych), przyjazd Niemców odwiedzających rodzinne strony nie wzbudza już tak wielkich obaw, a uważany jest za rzecz zupełnie normalną.

Media lokalne, w tym również gazety, sprawdziły się także w czasie wielkiej powodzi, która nawiedziła Polskę w 1997 roku. Często redaktorzy lokalnych pism pierwsi docierali do zalanych wiosek, przekazywali informacje o ich stanie i potrzebach, organizowali pomoc, rozdzielali dary (jako osoby cieszące się zaufaniem społecznym), a wreszcie monitorowali długofalową pomoc, świadczoną na rzecz powodzian przez państwo i rozmaite instytucje.

Niezależne pisma lokalne integrują lokalną społeczność, jak również objaśniają działanie rozmaitych instytucji obywatelskich. Po gazetę czytelnicy sięgają nie tylko po to, by znaleźć informacje o ostatnich wydarzeniach w mieście, powiecie, ale także, by na przykład dowiedzieć się, w jaki sposób można - choćby poprzez udział w wyborach samorządowych - wpływać na rzeczywistość, w której się żyje. Dlatego już od początku przemian w Polsce, czyli od 1989 roku, znaczenie gazet lokalnych było tak duże - z nich ludzie dowiadywali się, jak w praktyce działają demokratyczne instytucje: samorząd, wybory samorządowe, jakie są prawa obywateli. Ostatnie reformy, wprowadzane od kilku miesięcy przez rząd, są również stałym tematem lokalnych gazet, bo któż lepiej wyjaśni czytelnikom "na dole", co naprawdę w ich życiu te reformy zmienią.

Część zysków "Gazety Radomszczańskiej" jej współwydawca - Fundacja Inicjatyw Kulturalnych z Radomska - przeznacza na stypendia dla artystycznie uzdolnionej młodzieży, pochodzącej z niezamożnych rodzin. Na zdjęciu - część zespołu redakcyjnego "Gazety Radomszczańskiej"

Fot. Jacek Łęski

Wydawać by się mogło, że skoro niezależne pisma lokalne pełnią tak pożyteczne funkcje w swych społecznościach, to ich relacje z samorządowymi władzami powinny układać się idealnie. Niestety, należy to do rzadkości, bowiem pisma te, tak jak wszystkie wolne media w demokratycznych systemach, są czwartą władzą i za jedno z podstawowych swoich zadań uważają sprawowanie funkcji kontrolnej. Tymczasem żadna władza, nawet ta wybrana wedle najbardziej demokratycznych procedur, nie lubi, kiedy jej się patrzy na ręce, i woli mieć kontrolę nad mediami. Kontrolę wprowadza się więc na różne sposoby. Najczęściej stosowaną metodą jest utrudnianie dostępu do informacji dziennikarzom z miejscowego niezależnego pisma (czasem sprzeczne z wszelkimi przepisami prawnymi). Inną formą utrudniania życia lokalnej gazecie jest powoływanie przez władze własnego tytułu prasowego, nie będącego biuletynem informacyjnym, ale pismem, zawierającym materiały dziennikarskie, pozyskującym reklamy (często po dumpingowych cenach), co podcina korzenie ekonomicznej egzystencji niepokornego prywatnego pisma. A jednak, mimo oczywistego napięcia, jakie zawsze będzie istnieć między przedstawicielami władz a wolnymi mediami, niezależne gazety lokalne mogą być partnerem władz samorządowych, są bowiem najlepszym źródłem informacji o nastrojach społecznych, oczekiwaniach, potrzebach mieszkańców - wyborców.

Jaka przyszłość?

Warto zauważyć, że w żadnym z krajów Europy Środkowej i Wschodniej prasa lokalna nie jest tak silnie rozwinięta i różnorodna jak w Polsce. W Europie Zachodniej i w USA istnieją samodzielne, niezależne pisma lokalne, ale ich liczba w okresie powojennym systematycznie malała, ponieważ były pochłaniane przez wielkie koncerny prasowe. Procesowi monopolizacji uległa niemal cała prasa lokalna w Niemczech, gdzie zamiast samodzielnych pism istnieją liczne, niekiedy schodzące bardzo głęboko lokalnie, mutacje ogólnokrajowych i regionalnych dzienników.

Jaka przyszłość czeka polskich wydawców? Już dziś widać, że i na naszym rynku prasowym wyraźna jest tendencja do monopolizacji i koncentracji kapitału. Dotknęła ona najpierw rynek prasy regionalnej, ponieważ zdecydowana większość tytułów regionalnych dzienników należy do dwu dużych zagranicznych koncernów prasowych: niemieckiego - Passauer Neue Presse i norweskiego - Orkla. Teraz koncerny te, a także polska spółka "Agora-Gazeta", wydająca "Gazetę Wyborczą", starają się opanować rynek lokalny, czynią to zresztą na różne sposoby. I tak na przykład koncern Passauer Neue Presse w wybranych pismach lokalnych wykupuje udziały w całości lub znacznej części, a następnie przekształca przejmowane tytuły lokalne we wkładki do wydawanych przez siebie pism regionalnych. Spółka
"Agora-Gazeta" zakłada własne gazety lokalne w miejscowościach, gdzie od kilku lat ukazują się niezależne pisma lokalne.

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że chodzi tu o przejęcie lokalnego rynku czytelników i reklamodawców lub o wyeliminowanie konkurencji, jaką dla dzienników regionalnych stanowią dobre niezależne pisma lokalne. Wydawcy pism należących do dużych koncernów nawet nie ukrywają specjalnie swoich zamiarów. Wydawane przez nie gazety nastawione są na czystą komercję. Mają dostarczać czytelnikowi tego, co najbardziej lubi (a więc przede wszystkim lokalne plotki i sensacje, niewyszukana rozrywka, liczne konkursy z nagrodami, najrozmaitsze plebiscyty) i nie angażować się w lokalną politykę, by nie nudzić czytelnika i nikomu się nie narazić. Dobro społeczności lokalnej, interes społeczny nie są brane pod uwagę. Liczy się tylko zysk.

Jak długo niezależne gazety lokalne będą opierać się konkurencji dużych koncernów, za którymi stoi nieporównywalnie większa siła kapitału? Czy nie powinno poszukiwać się takich rozwiązań, które chroniłyby pluralistyczną i niepokorną niezależną prasę lokalną oraz spowodowały, że wielki entuzjazm i autentyczny sukces jej wydawców nie zostałyby zmarnowane?

ANNA HEJMAN jest koordynatorem Programu Pomocy Niezależnej Prasie Lokalnej w Fundacji Instytut na rzecz Demokracji w Europie Wschodniej (IDEE).