Twoja wyszukiwarka

X.RUT
ZE STAREGO SŁOWNIKA
Wiedza i Życie nr 8/1999
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 8/1999

Siódme wydanie monumentalnego Dictionnaire Infernal - Répertoire Universel J. Collin de Plancy'ego ukazało się nakładem Henri Plona w Paryżu w 1863 roku. Katolickie imprimatur dla poprzedniego wydania sygnował 19 lat wcześniej arcybiskup Paryża (przedtem - ze względu na zbyt liberalne poglądy autora - słownik nie cieszył się przyzwoleniem kościelnym), siódme wydanie aprobował w drugi dzień Bożego Narodzenia 1862 roku Piotr-Ludwik Parisis, arcybiskup Arras, Boulogne i Saint-Omer; zdaniem tych dostojników Kościoła, dzieło nie zawiera niczego, co mogłoby zaszkodzić wierze lub obyczajom. Obszerny wybór haseł z tego właśnie siódmego wydania słownika opublikował w swoim przekładzie
M. Karpowicz w roku 1993 w Oficynie Wydawniczej Polskiego Czerwonego Krzyża, POLCZEK, nadając mu tytuł Słownik wiedzy tajemnej.

Rys. Grzegorz Szumowski

W polskiej edycji słownika znaleźć możemy fascynujące hasło: KRETYNIZM - ułomność predysponująca często do wampiryzmu. W artykule o wampirach (bez mała sześć stronic dwukolumnowego druku!) nie ma, niestety, żadnych informacji o tym, jak kretyn przekształca się w wampira. Bardzo mnie to martwi, bo wolałbym umieć rozpoznawać odpowiednie symptomy: w miarę możliwości staram się unikać kretynów, ale od wampirów za wszelką cenę trzeba trzymać się z daleka!

I oto zupełnie niedawno wpadł mi w ręce współczesny dokument potwierdzający wampiryczne predyspozycje kretynów.

Kierownik przychodni przy jednej z najszacowniejszych i największych szkół wyższych Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, lek. med. NN (nazwisko znane, ale - biorąc pod uwagę okoliczności - lepiej nie wymawiać!) pisze do osób odpowiedzialnych za organizację egzaminów wstępnych:

...kandydaci na studia... powinni być skierowani na badania lekarskie w przypadku możliwości narażenia w toku studiów na czynniki szkodliwe, uciążliwe lub niebezpieczne dla zdrowia:

  • kontakt z komputerem,
  • wysiłek głosowy (kierunki dydaktyczne lingwistyczne),
  • promieniowanie jonizujące,
  • pola elektromagnetyczne,
  • materiały biologiczne,
  • toksyczne substancje chemiczne,
  • substancje alergizujące.

Ostatecznie można przyjąć do wiadomości, że lek. med. NN uważa kontakt z komputerem za czynnik szkodliwy, uciążliwy i niebezpieczny dla zdrowia. Chciałoby się co prawda wiedzieć, co jest gorsze: kontakt wzrokowy czy bezpośredni dotyk, a także, czy są jeszcze w naszym kraju jakieś zdrowe studia, gwarantujące, że polska młodzież nie będzie na nich narażona na żaden kontakt z komputerem? Dręczy mnie także pytanie, jakim zespołem cech fizycznych i psychicznych powinien wykazać się młodzian (lubo też dziewoja), żeby lek. med. NN z czystym sumieniem mógł zezwolić na umiarkowany kontakt z komputerem, a jakim - na codzienne używanie tej infernalnej machiny? No, ale żeby znać odpowiedzi na takie pytania, trzeba być lek. med., a nie jestem!

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego wysiłek głosowy jest czynnikiem szkodliwym, uciążliwym i niebezpiecznym dla zdrowia tylko na kierunkach dydaktycznych lingwistycznych? A prawnicy to szepczą? A historii to się uczy na migi? A tłumacz kabinowy (kierunek co prawda lingwistyczny, ale wszak nie dydaktyczny) to się mało nagada?

Jednak już przy pozycji "pola elektromagnetyczne" rodzi się przypuszczenie, że może lek. med. NN po prostu nie wie, na jakim świecie żyje, albo od urodzenia chowa się w klatce Faradaya. Czy rzeczywiście wyobraża sobie, że gdziekolwiek na Ziemi nie ma pól elektromagnetycznych? Czy nigdy nie słyszał o polu magnetycznym samej Ziemi? Czy nie zdaje sobie sprawy z wszechobecności fal radiowych i sygnału telewizyjnego? Co, u licha, można osłuchać czy zmierzyć, żeby sprawdzić, iż danemu osobnikowi nie zaszkodzą pola elektromagnetyczne, a innemu owszem, właśnie zaszkodzą? I jak one mogą szkodzić? Oczywiście, osoby z wszytym rozrusznikiem serca nie powinny zbliżać się do urządzeń wytwarzających bardzo silne pola, np. wchodzić do starych bramek kontroli antyterrorystycznej na lotniskach, ale takie osoby świetnie same o tym wiedzą i raczej nie należy tego empirycznie sprawdzać.

Półciężarówką Instytutu Badań Jądrowych w Świerku, ozdobioną znakiem Ostrożnie! Promieniowanie!, powoził przed laty szofer lubiący posiłki zakrapiać z butelki z czerwoną kartką. Raz, jakoś tak wnet po obiedzie, zatrzymała go kontrola drogowa. Wychylił się z szoferki i do podchodzącego milicjanta zawołał: Panie władzo, niech się pan nie zbliża, nie widzisz pan, że wiozę promieniowanie! Milicjant, który coś tam o zgubnych skutkach promieniowania słyszał, zawahał się, przystanął, ale - nie w ciemię bity - zapytał: A pan? Na to przytomny szoferak: Mnie nie szkodzi, ja jestem szczepiony! Przypuszczam, że była to szczepionka lek. med. NN.

Jak uniknąć kontaktu z "materiałem biologicznym"? Przecież i koledzy, i wykładowcy, i ludzie w tramwaju to też materiał biologiczny! A co to są substancje alergizujące? Znam ludzi uczulonych na kredę, chociaż kreda to prawie samo calcium, którym się alergie leczy i znam ludzi, których puczy po carbo medicinalis! Jakie badania upoważnią do stwierdzenia, że kandydatowi nie grożą uczulenia, albo przeciwnie: jak można komuś zabronić studiowania pod pretekstem, że mogą mu grozić uczulenia na to czy na tamto?

Podany wykaz i pomysł, żeby kilkanaście tysięcy kandydatów przebadać w celu stwierdzenia, czy w czasie studiów wolno im się ewentualnie narazić na wymienione "czynniki szkodliwe", świadczą, że autor owego pisma cierpi na ułomność predysponującą do wampiryzmu. A jako że w konkluzji napisał: w przypadku stwierdzonych odchyleń od prawidłowego stanu zdrowia kandydat może być skierowany na badania laboratoryjne, należy się spodziewać, że bez pobrania krwi nijak się nie obejdzie i spora liczba świeżutkich porcyjek ulubionego napitku gotowa. Pan Collin de Plancy miał świętą rację!

Gdyby propozycję lek. med. NN potraktować poważnie, należałoby przebadać wszystkich kandydatów na studia; kilkuosobowy zespół przychodni miałby zajęcie na kilka miesięcy, gdyż o przyjęcie do szkoły ubiega się co roku kilkanaście tysięcy kandydatów. Pytanie, kto miałby za te badania zapłacić, jest oczywistym nietaktem. Przychodnia zrobiłaby jednak świetny interes! Oprócz współczesnej ilustracji do zabawnego hasła ze starego słownika, mamy piękny przyczynek do tezy o marnotrawnej rozrzutności wydatków na "ochronę zdrowia".