Twoja wyszukiwarka

STEFAN BRATKOWSKI
FED - NA KONIEC ŚWIATA
Wiedza i Życie nr 9/1999
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 9/1999

SYSTEM REZERWY FEDERALNEJ, FEDERAL RESERVE SYSTEM, ZWIE SIĘ W SKRÓCIE "FED", CO W JĘZYKU ANGIELSKIM OZNACZA "NAJEDZONY", "NAKARMIONY", ALE CZASOWNIK "TO BE FED UP WITH (SOMETHING)" OZNACZA "MIEĆ (CZEGOŚ) PO DZIURKI W NOSIE". AMERYKA MIAŁA NA PEWNO PO DZIURKI W NOSIE ANARCHII BANKOWEJ, PROWADZĄCEJ DO KATASTROF W RODZAJU KRYZYSU ROKU 1907. STĄD POJAWIŁ SIĘ "FED", DOBRZE "NAKARMIONY" REZERWAMI PIENIĄDZA...

Stowarzyszenie Bankierów Amerykańskich na projekt "Fed-u" zareagowało stwierdzeniem, że w powodzenie tego projektu nie uwierzy nikt, kto nie wierzy w socjalizm. W rzeczywistości jednak, jak się przekonamy, "Fed" obmyślili bankierzy, i to najwyższej klasy. To tylko atmosfera tamtych lat, niechęć opinii publicznej, a więc i prasy, do wielkich monopoli i wielkich banków, pozostawiła wrażenie, że "Fed" amerykańskim bankom narzucono.

Co wrażliwsi ludzie z warstwy średniej przejmowali się wtedy i zajmowali losem świata ciemnoty i biedy. Tysiące misjonarzy i ochotników śmiesznej ze swoimi bębnami Armii Zbawienia też niosło pomoc głodnym i bezdomnym. I już zanim Sam S. McClure, wydawca "McClure's Magazine", jednego z popularnych magazynów, sprzedawanych po 10 do 15 centów, wysłał w 1902 roku Lincolna Steffensa, by opisał nędzę wielkich miast Ameryki, starsi dziennikarze nieraz pokazywali, że nie ze wszystkim w Ameryce jest różowo.

Po 1902 roku z dziesięć takich masowo czytanych magazynów ruszyło z krucjatą przeciw różnorakim nieprawościom w życiu Ameryki. Ich artykuły wychodziły potem w książkach; w roku 1906, w apogeum tej kampanii, słynna The Jungle (polski tytuł Grzęzawisko) Uptona Sinclaira rozeszła się w 100 tys. nakładu - demaskując warunki pracy i brud w rzeźniach chicagowskich.

Teodor Roosevelt, który sam atakował wielki kapitał i zarobił na nienawiść Wall Street, nie mógł znieść tych dyfamacji swojej Ameryki i wtedy, w roku 1906, nazwał jej autorów "gnojodłubami", muckrakers. Ale zaraz tego roku, w czerwcu, Kongres pod wpływem rewelacji Jungle uchwalił ustawę o inspekcji mięsnej, a później - ustawę o czystej żywności i lekach.

W roku 1908 nowojorski "World" Josepha Pulitzera, redaktora legendarnego potem dla amerykańskiego dziennikarstwa, dobrał się i do rządu, do jego panamskich machinacji. Rząd Roosevelta na odchodnym wniósł jeszcze do sądu oskarżenie redaktorów o oszczercze pomówienie prezydenta, członków jego gabinetu oraz Morgana, ale potem - oskarżenie cichcem wycofano...

W roku 1910 wytoczono w Chicago proces "królom wołowiny".

O ceny i brud.

Robotnicy amerykańscy nadal pracowali po 12 godz. na dobę. Nie wiedzieli, co to ubezpieczenie od wypadków ani co to inspekcja bezpieczeństwa pracy. Na polach plantacji i w fabrykach pracowało 1,7 mln nastolatków poniżej 16. roku życia; nowe ustawy zabraniały fabrykom zatrudniać dzieci poniżej lat dwunastu, ale 60% nieletnich pracowało na wsi, gdzie żadna kontrola nie wchodziła w rachubę.

Pośród kobiet pracowała jedna na pięć, i to za 6 do 8 dol. tygodniowo. Robotnicy US Steel Corporation, biorący ponad 2,5 dol. dziennie, byli krezusami. Na domiar biedota nie umiała gospodarować; zachował się budżet pani Wilson, żony przyszłego prezydenta, wtedy profesora uniwersytetu w Princeton, która na żywność i światło wydawała średnio na członka 10-osobowej rodziny, w tym dwóch żarłocznych nastolatków, 10 dol. miesięcznie.

Ci ze świeżych imigranckich zaciągów nie umieli nawet przedstawiać swoich racji, a ruch robotniczy też ciągle był ruchem buntu, nie szukał sposobów na uzyskanie pozycji partnerów kapitału. Nędzy dopełniała własna niegospodarność.

Jak widać, nie ma w tym obrazie Ameryki jednoznacznego rozkładu barw.

Roosevelt po dwóch kadencjach wybrał się polować do Afryki, ale już nie mógł żyć bez polityki. Próbował na konwencji republikanów w roku 1912, ale przegrał z Taftem - i założył własną partię, progresywistów. W rezultacie głosy republikanów się podzieliły i tak wygrał demokrata, ów profesor z Princeton, Woodrow Wilson, mimo tradycyjnej niechęci Ameryki do intelektualistów.

Wilson przejął idee przeciwników, jeśli chodzi o stosunek do wielkiego kapitału - proklamował Nową Wolność, która oznaczać miała także wolność od monopoli i powrót do ideałów wolnej konkurencji. Wspomógł go Nelson Wilmarth Aldrich, republikański senator z Rhode Island.

Ten bogaty bankier był człowiekiem Nowej Anglii, a więc przemysłowej Północy, i w roku 1890 walnie wsparł McKinleya w kampanii o cła ochronne, zakończonej ustawą jego imienia.

Urodzony w roku 1841, wysoki, spoglądający na świat z góry, miał teraz lat prawie 70; elegancki, dobrze wychowany starszy pan, był surowym człowiekiem starej daty, za to inteligentnym i kompetentnym. Prezydent Taft przyjaźnił się z nim. Ale Aldrich, najbardziej wpływowy człowiek senatu, którego Lincoln Steffens uznał - przesadnie - "szefem Stanów Zjednoczonych", należał do Starej Gwardii, zaś Taft miał kontynuować dzieło "Teddy'ego".

Aldrich za czasów Tafta firmował jeszcze jedną ustawę o cłach, które mimo wysiłków Tafta utrzymały swój ochronny charakter. Pilnował interesów Nowej Anglii; Nowa Anglia była dlań najlepszą Ameryką.

W roku 1908, po katastrofie maja 1907 roku, firmował ustawę znacznie dla nas ważniejszą. Zwała się ustawą Aldricha-Vreelanda - od nazwisk obu jej promotorów, Edwarda B. Vreelanda, kongresmana z Nowego Jorku, który ją forsował w Izbie Reprezentantów, i Aldricha jako senatora. Chodziło o możliwość zmobilizowania większych zasobów środków w razie podobnej, jak w roku 1907, katastrofy. Ustawa umożliwiała w takich sytuacjach wspólną przez konsorcjum banków emisję specjalnych, tymczasowych banknotów - do wycofania po spadku napięcia na rynku pieniężnym.

Ta ustawa też powołała do życia specjalną National Monetary Commision, Ogólnokrajową Komisję Monetarną, która miała opracować raport o koniecznych zmianach w polityce pieniężnej i bankowej.

Przewodnictwo Komisji objął Aldrich. Potraktował serio swoje zadanie. Komisja zamówiła u ekonomistów studia na temat systemów monetarnych w kraju i za granicą. I w 1910 roku przedstawił jej swoje poglądy 42-letni Paul Moritz Warburg, przybyły do USA dopiero w roku 1902 z Hamburga, teraz już udziałowiec banku Kuhn, Loeb & Company.

Paul Warburg zaproponował jeden - wzorem Anglii - bank centralny, The United Reserve Bank, Zjednoczony Bank Rezerw. Zdaniem Johna K. Galbraitha, słusznie nazywa się Warburga ojcem Systemu Rezerwy Federalnej. Ale nie jest prawdą, że Aldrich "zepsuł" jego projekt. W roku 1912 Aldrich sugerował na forum Komisji powołanie wielkiego, centralnego banku bankierów - pod kontrolą samych bankierów.

Musiał, z jednej strony, przekonać niechętnych bankierów, obawiających się dyktatu administracji, z drugiej - w gronie Kongresu i poza nim wymanewrować tradycyjnych przeciwników jakiegokolwiek banku centralnego. Należało unikać samego nawet słowa "bank". Stąd pojawiła się idea nie jednego, a dwunastu regionalnych Banków Rezerwy Federalnej, przy ustanowieniu ponad nimi Rady Gubernatorów Systemu Rezerwy Federalnej, pozbawionej, niestety, pełnej władzy.

Projekt przygotowywany przez republikanów przeprowadzili w Kongresie zwycięscy w wyborach roku 1912 demokraci. Ale sam Wilson rozumiał, że bank centralny jest niezbędny.

Nie ma co ukrywać, utworzona instytucja daleka była od ideału - nie przewidywała np. systemu ubezpieczenia wkładów, którą Nowy Jork obmyślił prawie 80 lat wcześniej; najprostsze rozwiązanie, oparte na dochodach systemu, zablokował akurat promotor ustawy w Izbie Reprezentantów, Carter Glass z Wirginii. Jednakże banki, które chciały być członkami Systemu i korzystać z jego pomocy w razie zagrożenia, musiały utrzymywać określone minimum rezerw w stosunku do wysokości posiadanych wkładów, a co najmniej jedną trzecią tych rezerw zdeponować w swoim regionalnym Banku Rezerwy Federalnej.

Bank w razie potrzeby nie odbierał swego wkładu, lecz otrzymywał oprocentowaną pożyczkę; to oprocentowanie nazwano w Ameryce stopą redyskonta - i tak się utarło na zawsze, choć w sensie dosłownym z redyskontem niewiele to miało wspólnego (redyskonto następuje wtedy, kiedy bank, kupiwszy przed upływem terminu płatności weksel, więc prawo do jakiejś należności, i, potrąciwszy od sumy należnej płatności procent dla siebie, sprzedaje ten weksel kolejnemu bankowi, który, kupując go, potrąca też z wypłaconej sumy procent dla siebie).

Zmiany w wysokości stopy redyskonta służyły latami jako sposób regulowania podaży pieniądza na rynku, zanim odkryto, że pewna instytucja Systemu, Komitet Otwartego Rynku, może przymusowo sprzedawać bankom rządowe papiery wartościowe, wycofując praktycznie z obiegu dowolną porcję gotówki.

Co najważniejsze, upoważniono System do emisji banknotów. Te banknoty oznaczały zobowiązanie państwa, Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej; państwo miało deponować w Systemie fundusze rządowe, a System utrzymywać w skarbie państwa rezerwę złota - pokrycie dla swych banknotów. Wydawało się, że niczego mądrzejszego wymyślić nie można.

Wszystkie banki "ogólnokrajowe" musiały należeć do Systemu. Inne mogły, ale nie musiały. Przygniatająca większość banków prowincjonalnych pozostała poza Systemem, choć wielkość wymaganych od nich rezerw ustalono na najniższym poziomie. Wielki John Kenneth Galbraith uważał, że potraktowano je nielogicznie, bo to wśród nich przez 100 lat królowała lekkomyślność. W rzeczywistości wtedy, kiedy instalowano System, to one były rozsądne i stabilne. Katastrofy i przesilenia giełdowe były dziełem wielkich banków.

Właśnie przeciwko tym bankom wielkich miast przeprowadził Kongres nieco później inną kampanię. Arsène Pujo, demokrata z Luizjany, który darzył wielkie banki Północy szczerą niechęcią południowca, w Izbie Reprezentantów Kongresu przewodniczył stałej komisji do spraw bankowości i finansów. I on też stanął na czele powołanego przez Kongres w roku 1912 komitetu, który miał zbadać, czy w USA działa tzw. money trust, trust pieniężny, kontrolujący poprzez macki swoich udziałów cały świat pieniądza i gospodarki amerykańskiej.

Pujo znał banki Południa, które naszła rozwijająca się z roku na rok inwazja niepokonanego szkodnika bawełny, wołka bawełnianego. I ci mali - w porównaniu z Morganem - bankierzy zaproponują swoim antypatycznym skądinąd krajanom odejście od monokultury bawełnianej na rzecz uprawy zbóż i hodowli. Wywieszali wszędzie plakaty: Ten bank pożyczy ci pieniędzy na hodowlę bydła mlecznego i rzeźnego oraz nierogacizny. Plantatorzy posłuchali - i dochody ich zwiększyły się w kilka lat blisko trzykrotnie! W roku 1919 maleńkie miasteczko o znamiennej nazwie Enterprise wystawi wołkowi bawełnianemu... pomnik, wykuwszy na nim:

W głębokim uznaniu dla wołka bawełnianego i tego, co zdziałał jako herold prosperity, pomnik ten wznieśli obywatele Enterprise w hrabstwie Coffee, Alabama.

Bankierów Północy Pujo miał za zgraję łajdaków. Z nich najgorsi byli dlań John Pierpont Morgan, wtedy już 75-letni, 62-letni James Stillman, szef National City Bank, oraz wiekowy jak Morgan, związany z nim szef First National Bank z Nowego Jorku, 72-letni George Fisher Baker.

Przesłuchania prowadził radca prawny komitetu, Samuel Untermyer. Na 18 grudnia 1912 roku wezwano samego Morgana. Nie wykręcał się, przyjechał. Untermyer pytał go, czy to słuszne, że instytucje stanowe ulokowały u niego ponad 80 mln dol. swoich depozytów. Starzec jedynie kiwnął głową - Yes, sir. Na pytanie, czy nie myśli, że byłoby lepiej, gdyby spółki kolejowe same sprzedawały swoje akcje, nie za jego pośrednictwem, odparł tylko - I don't think so. Pytanie, czy pieniądze są źródłem siły, skwitował jeszcze zwięźlej - Nie, charakter.

28 lutego 1913 roku Komitet Pujo ogłosił swój raport, którego treść, przekazana szerokiej publiczności w serii artykułów Louisa D. Brandeisa, zaszokowała Amerykę i wsparła atak Wilsona na monopol pieniężny. Raport deklarował, że daleko niebezpieczniejsza niż wszystko, co się nam zdarzyło do tej pory w sferze usuwania konkurencji w przemyśle, jest kontrola kredytu poprzez dominację tych grup nad naszymi bankami i przemysłem. Komitet ustalił, że pool wielkich banków, głównie nowojorskich (nie samego bynajmniej Morgana, jak się to powtarza w różnych opracowaniach), dysponował 341 miejscami w radach nadzorczych 112 spółek akcyjnych w kolejnictwie, przemyśle, handlu, energetyce i gazownictwie, spółek o łącznej wartości kapitału ponad 22 mld dolarów - dzięki czemu kontrolować może dowolnie zarówno ceny, jak rozwój.

Czy tak było naprawdę? Owe 22 mld dolarów oznaczały mniej niż 10% wartości majątku narodowego Stanów Zjednoczonych. Potężne monopole, nieznane Komitetowi, kontrolowały rynki nie objęte badaniami, a Henry Ford, wróg bankierów, rósł bez nich w tempie błyskawicznym. Przemysł samochodowy, który w roku 1904 produkował kilkadziesiąt tysięcy swych pojazdów rocznie, teraz dochodził do pół miliona rocznie; już w roku 1906, podczas katastrofalnego trzęsienia ziemi w Kalifornii, które ponad milion ludzi pozbawiło dachu nad głową, samochody prywatne, zmobilizowane przez władze stanowe, pokazały, co samochód potrafi, udowodniły, że nie są zabawką dla bogatych. Zamówienia płynęły strugą. Stąd ani Durant, twórca "General Motors", ani Ford nie potrzebowali banków. Małe zaś banki, choć trzymały swe nadwyżki w tych wielkich, nie zależały od nich w swej polityce, bo na ich kontrolę wielkim bankierom po prostu nie starczyłoby nawet czasu.

Rewelacje Komitetu Pujo podobno ułatwiły przeprowadzenie ustawy o Sy-stemie Rezerwy Federalnej, ale ja w to nie wierzę; obiecywały ją wyborcom obie główne, rywalizujące partie. Bez rewelacji Komitetu Pujo miały za sobą słuszną nienawiść całej "zwykłej" Ameryki do "tych" z Nowego Jorku.

Podobno dochodzenia Komitetu skróciły życie staremu Morganowi, choć trzymał się w przesłuchaniach tak twardo; zmarł w kilka miesięcy później, w Rzymie. Ja sądzę, że wykończyła go raczej podróż do Egiptu, dość ryzykowna w jego wieku dla człowieka z Północy. Tak czy siak, z narodzinami "Fed-u" skończyła się jednocześnie epoka Morgana.

23 grudnia 1913 roku prezydent Woodrow Wilson podpisał ustawę o Systemie Rezerwy Federalnej. Dopiero jednak 10 sierpnia 1914 roku zaprzysiężono u ministra skarbu Stanów Zjednoczonych pierwszy, siedmioosobowy skład Rady Gubernatorów Systemu, czyli zarząd Systemu, opłacany przez rząd. Minister skarbu, William Gibbs McAdoo, mówiąc nawiasem - siostrzeniec Wilsona, wchodził do tego grona z urzędu. Także - federalny kontroler waluty.

John K. Galbraith komplementuje ten pierwszy skład jako złożony z ludzi wybitnych. Ale nazwiska Charlesa S. Hamlina, pierwszego prezesa Rady, nigdy więcej nigdzie nie spotkałem; nominacja Adolpha C. Millera, profesora ekonomii z Uniwersytetu Stanforda w Kalifornii, była z pewnością gestem profesora Wilsona wobec świata nauki. Harding z Alabamy w tym składzie oznaczał gest polityczny prezydenta, a Frederick A. Delano z Chicago, wuj przyszłego prezydenta, Franklina Delano Roosevelta, miał uspokoić Środkowy Zachód. Autorytetem był, zaryzykuję taką opinię, jedynie Paul M. Warburg, naturalizowany imigrant z Hamburga.

Bankami regionalnymi kierowały 9-osobowe rady nadzorcze. Sześć osób wybierały banki członkowskie, ale tylko trzy mogły być bankierami; trzech ludzi mianował Waszyngton. Siły tych banków regionalnych nie były równe, choć terytorium, które obejmowała władza regionalnego banku z San Francisco, wielokrotnie przewyższało zasięg terytorialny władzy banku dla Nowej Anglii w Bostonie czy tego w Nowym Jorku dla stanu Nowy Jork. I oczywiście gubernator banku nowojorskiego, ambitny i fachowy Benjamin Strong, był - jak to określił Galbraith - pierwszym wśród nierównych.

Uważano, że w porę uruchomiono System, bo zdawało się nadciągać nowe przesilenie. Nie doszło do niego. Dziesięć dni wcześniej, 1 sierpnia 1914 roku, wybuchła I wojna światowa. Zamknęła nie tylko epokę bezradności w sterowaniu systemem bankowym Stanów Zjednoczonych. Zamknęła epokę 2 tys. lat w dziejach pieniądza i banków. Ten świat się skończył.

Po I wojnie światowej nic już nie będzie jak było. Nigdzie. Także w Ameryce.

Rys. Julian Bohdanowicz