Twoja wyszukiwarka

X.RUT
Z GÓRY, CZY OD DOŁU?
Wiedza i Życie nr 9/1999
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 9/1999

Na pana S. natknąłem się przypadkiem. Szedł Lesznem, od Sądów, bardzo wzburzony; prawie mnie nie poznał, machinalnie odkłonił się i dopiero w ostatniej chwili, gdy już mieliśmy się minąć, złapał mnie za rękaw. A to pan, witam, witam. Ma pan chwilę czasu na pogwarkę? Dobra kawa też mi się przyda. Po chwili siedzieliśmy przy stoliku, z filiżanek unosiła się leciutka para.

Z tym całym sądownictwem - pan S. często zaczyna tak, jakby kontynuował wcześniej rozwinięty temat - to my daleko nie zajdziemy. Drugie przedpołudnie zmarnowałem, na świadka mnie wzywają, a rozprawę odraczają, bo - uwierzyć trudno! - nie ma komu oskarżonego przeprowadzić z karetki na salę rozpraw. Specjalizacja eskorty: kto inny przywozi delikwentów z aresztu do gmachu sądu, kto inny przeprowadza w gmachu. Tych wewnętrznych widać jest za mało, wyznacza się do pilnowania najważniejszych oskarżonych, a że sprawa, w której mam świadczyć, jest drobna, to drugi raz spada z wokandy. Oskarżonemu pewno wszystko jedno, a może i na rękę - jak za długo posiedzi w areszcie, Trybunał Europejski przyzna mu odszkodowanie, ale mnie szlag trafia, bo tracę czas. Prawdę powiedziawszy, nie tylko czas - zeszłym razem z powodu wezwania na rozprawę, która nie doszła do skutku, musiałem odwołać nieźle płatny odczyt. I - niech pan sobie wyobrazi - kiedy zażądałem zwrotu lucrum cessans, Wysoki Sąd w mikrospódniczce (nie mogłem nie zauważyć - fałdy togi nijak się nie schodziły) zażądał od mnie jakiegoś tam poświadczenia. Docenia pan ironię sytuacji? Moje słowo jako świadka w procesie karnym zaważą na losie człowieka, moje słowo, że straciłem honorarium za odczyt, nie ma dla Wysokiego Sądu żadnego znaczenia!

Pan S. wypił spory łyk kawy i ciągnął dalej: Od jakiegoś czasu i sądy, i prokuratura, i policja zachorowały na kult wielkości. Najwięcej czasu i wysiłku poświęcają tropieniu i sądzeniu szefów band, co żurnalistom pozwala wykazać się znajomością amerykańsko-sycylijskiej terminologii, na zajmowanie się płotkami nie starcza im już ani czasu, ani - prawdę powiedziawszy - animuszu. A to przecież nonsens i do niczego nie prowadzi. Taki szef - jeśli rzeczywiście jest tak wielki, jak go malują - dysponuje funduszami na wynajęcie najlepszych obrońców, odpowiednimi środkami nacisku i przekupstwa, zastępem fałszywych świadków, jednym słowem - całym instrumentarium wikłania śledztwa i procesu. A że stanowisko szefa bandy wielce jest intratne, jak tylko zamkną się za nim bramy więzienia, zaraz na jego miejsce przyjdzie następny. Zwalczanie szefów jest trudne, kosztowne i mało skuteczne.

Rys. Grzegorz Szumowski

Czułym miejscem świata przestępczego są początkujący, ci, co dopiero zaczynają łamać prawo. Nikt im nie opłaci drogich adwokatów, nie zafunduje profesjonalnie zełganego alibi, nietrudno ich też ująć bez nadzwyczajnych środków operacyjnych z filmów o Jamesie Bondzie rodem. Co więcej, jest pewna szansa, że szybkie aresztowanie i sprawny proces takiego początkującego przestępcy zmienią jego pogląd na świat, przekonają go, że strona prawa jest nie gorzej zorganizowana niż strona przestępcza. Jeśli zaś przestępca-nowicjusz zorientuje się, że strona prawa nie ma dla niego czasu, że przez palce patrzy na jego występki i pod najmniejszym pretekstem uwalnia się od obowiązku ścigania i karania, dojdzie do wniosku, że tylko frajer przestrzega prawa, przepisów i norm cywilizacji.

Walka z drobnymi, początkującymi przestępstwami jest tańsza, łatwiejsza i o wiele bardziej skuteczna niż pogoń za szefami band. Jeśli zaś uda się zahamować awans początkujących rzezimieszków na członków band, zaczną się one kruszyć pod własnym ciężarem, jak każda piramida, którą najłatwiej jest burzyć, wyrywając kamienie z podstawy.

Okazuje się przy tym, że tanie i proste środki zwalczania drobnej przestępczości ("wykroczeń", jak chce liberalna nowomowa) okazują się nadspodziewanie skuteczne także przeciw groźniejszymi przestępcom. Owocem kilkumiesięcznej policyjnej kontroli biletów w nowojorskim metrze było nie tylko wydatne zmniejszenie liczby gapowiczów, lecz także wykrycie i skonfiskowanie znacznej ilości nielegalnie posiadanej broni i narkotyków oraz ujęcie sporej liczby osób poszukiwanych. Stało się tak dlatego, że pasażerów bez biletu doprowadzano na najbliższy posterunek, gdzie - jak wszystkich tymczasowo zatrzymanych - poddawano ich rewizji i rutynowo sprawdzano w kartotekach. Okazało się, że wśród gapowiczów znajdowało się bardzo wiele osób, dla których jazda bez biletu nie była jedynym ani najcięższym wykroczeniem.

Pewna pani profesor kryminolog z Wielkiej Brytanii namówiła policję do staranniejszego egzekwowania zakazu parkowania na miejscach zarezerwowanych dla pojazdów osób niepełnosprawnych. Wyniki sześciomiesięcznej systematycznej kontroli (polegającej na "przepuszczeniu" danych nielegalnie zaparkowanego pojazdu i jego kierowcy przez policyjne komputery) okazały się zaiste zdumiewające. Jedna trzecia osób bezprawnie parkujących na miejscach dla inwalidów miała na swym koncie wyroki sądowe, ponad połowa popełniła inne wykroczenia drogowe, a ponad 20% poszukiwano w związku z toczącymi się dochodzeniami karnymi. O ile chodzi o samochody, to co piąty złośliwie zaparkowany był skradziony lub powiązany z jakimś przestępstwem.

W obydwu tych przykładach ujawnia się pewna prawidłowość: wśród osób popełniających wykroczenia powszechnie uważane za błahe (jazda bez biletu, zajmowanie miejsc postojowych przeznaczonych dla niepełnosprawnych) odsetek przestępców jest znacznie większy niż w całej populacji. Drobni przestępcy (bo szefowie band nie jeżdżą przecież metrem ani sami nie parkują swoich limuzyn) rutynowo popełniają czyny, które w widoczny sposób naznaczają ich niekorzystnie na tle zwykłych ludzi. Nietrudno znaleźć psychologiczne uzasadnienie takiego stanu rzeczy, w końcu porządny człowiek ma więcej zahamowań przed jazdą na gapę niż ktoś, kto już oswoił się z łamaniem prawa czy choćby obyczajów.

Dopijaliśmy kawy. Pan S. kończył swój wywód: Niech pan, z łaski swojej, zwróci uwagę na to, że w obydwu przykładach koszt akcji był znikomy, wymierzone kary i mandaty prawdopodobnie opłaciły je z nawiązką. Uzyskano znaczne uporządkowanie codziennego zachowania obywateli (co jest wyznacznikiem, jeśli zgoła nie definicją cywilizacji), a przy okazji wyłapano sporo mniej lub więcej groźnych bandziorów. Sądzę, że gdyby nasza policja częściej interweniowała w przypadku "błahych wykroczeń" i naruszania porządku, np. gdyby częściej legitymowano i zatrzymywano osoby zakłócające porządek publiczny głośnym przeklinaniem czy pijackim rykiem, gdyby organizatorzy imprez zakłócających nocny wypoczynek mieszkańców naszych miast nieuchronnie stawali przed obliczem sądów, nie tylko żyłoby się nam nieco przyjemniej, ale także bezpieczniej, bo brak tolerancji dla "błahych wykroczeń" mocno nadweręża społeczne podstawy działalności przestępczej.

Oczywiście, usłyszy pan dwa rodzaje argumentów przeciw takiemu postawieniu sprawy. Jeden, że nas na to nie stać. Drugi, że nie należy osób popełniających drobne wykroczenia traktować jak przestępców. Na pierwszy nie ma innej odpowiedzi niż ta, że zaniechanie walki z drobnymi wykroczeniami wydatnie zwiększa konieczne nakłady na zwalczanie bujnie rozwijającej się "grubej" przestępczości, a ta rozwija się najlepiej w atmosferze tolerowania anarchii zachowań codziennych. Na drugi zaś trzeba przytoczyć stare przysłowie: od rzemyczka do koniczka, po koniczku szubieniczka. I skoro zrezygnowaliśmy ze stosowania tej ostatniej, to tamę trzeba postawić dużo wcześniej, zanim strumyczek wpadnie do rzeki.

Wyszliśmy na ulicę. Kilku rozwrzeszczanych młodzieńców na łyżworolkach mknęło chodnikiem, przechodnie potulnie usuwali im się z drogi. Starsza pani z laską nie była dość zwinna, upadła. Młodzieńcy chyba tego nawet nie zauważyli, rozpierała ich radość życia, upajał pęd. Czuli się panami Wszechświata.