Twoja wyszukiwarka

JERZY KOWALSKI-GLIKMAN ANDRZEJ PIEŃKOWSKI
PO CO NAM TEN ROZUM?
Wiedza i Życie nr 10/1999
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 10/1999

CHOĆ KAŻDY Z NAS CZUJE, ŻE TO WŁAŚNIE INTELIGENCJA ZAPEWNIA CZŁOWIEKOWI PRZEWAGĘ NAD INNYMI ISTOTAMI TO JAK DOTYCHCZAS LUDZKI INTELEKT NIE POTRAFI TEGO UDOWODNIĆ.

Rys. Filip Kabulski

Uczony z Marsa, przybyły na Ziemię w poszukiwaniu rozumnych form życia, mógłby zwrócić uwagę na mikroskopijny organizm zwany przez tubylców wrotkiem bdelloidowym. Jeśli miarą sukcesu ewolucyjnego jest zdolność do przetrwania i mnożenia się w najbardziej nawet niesprzyjających warunkach środowiskowych, to przykład wrotka może służyć jako niedościgły ideał.

 Kolonie wrotka obecne są we wszystkich strefach klimatycznych naszego globu. Żyje on (czy może raczej ona) w słodkich wodach Antarktyki i w tropikach, w wysokogórskich jeziorach Alp i w rzekach dorzecza Amazonki. A tajemnicą jego sukcesu jest prostota. Wrotek zrezygnował z życia rodzinnego, co bardzo upraszcza problem prokreacji - po prostu rozmnaża się przez partogenezę. Kiedy nastają ciężkie czasy, susza czy mrozy, zamienia się w formę przetrwalnikową- cząstkę suchego pyłku z informacją genetyczną, która jest odporna i na wielogodzinny pobyt we wrzącej wodzie, i na zamrożenie do temperatury ciekłego azotu. W tej postaci, niesiony wiatrem, może wędrować wzdłuż i w poprzek całego globu, także przez oceany. A tam, gdzie warunki sprzyjają, przetrwalnik zamienia się w kwitnącą kolonię.

Równie imponujący sukces kolonizacyjny odniósł inny ziemski gatunek, dość pokaźnych rozmiarów ssak, Homo sapiens. Jego przedstawiciele są we wszystkich strefach klimatycznych i na wszystkich szerokościach geograficznych. Jednak, w przeciwieństwie do wrotka, nie osiągnął tego z elegancką prostotą. Przeciwnie, gdziekolwiek się pojawił, swą brutalną ingerencją zmieniał naturalne warunki środowiskowe. Zamiast zadowolić się tym, co natura dała mu do dyspozycji, postanowił żywić się roślinami i innymi zwierzętami specjalnie do tego celu wyhodowany-mi. Jego życie rodzinne jest skomplikowane i obfituje w konflikty, nie mówiąc już o życiu społecznym... Z całą pewnością nie jest on ucieleśnieniem rozumnego umiaru i zdrowego rozsądku. A wszystko dlatego, że ma... inteligencję.

Pod tym mglistym określeniem kryją się zachowania nieprzewidywalne i zaskakujące, brak pokory w przyjmowaniu wyroków losu czy natury i permanentny brak stabilizacji. Uprawianie owej "inteligencji" wymaga niepraktycznie, wręcz absurdalnie wielkiego mózgu, który potrzebuje wielu lat troskliwej opieki, by osiągnąć pełną sprawność. Człowiek rodzi się więc bezradny i bezbronny, spędza większą część życia, ucząc się, a kiedy wreszcie osiąga "dojrzałość", angażuje swój czas i energię głównie do rywalizacji z innymi ludźmi i rozwiązywania problemów, które w przeważającej części sam stworzył, posługując się swą "inteligencją". Dla uczonego z Marsa, chyba że jest on całkowicie pozbawiony naturalnej ciekawości, przypadek człowieka musi być bardziej interesujący. Jeśli bowiem styl życia wrotka można łatwo racjonalnie wyjaśnić, sam fakt istnienia ludzkiej inteligencji jest intrygującą zagadką.

Człowiek rodzi się bezradny i bezbronny,
spędza większą część życia ucząc się, a kiedy
wreszcie osiąga "dojrzałość", angażuje swój
czas i energię do rywalizacji z innymi ludźmi i
rozwiązywania problemów, które w
przeważającej części sam stworzył, posługując
się swą "inteligencją".

W jaki sposób jakikolwiek organizm wykształcić mógł podobną cechę drogą normalnej biologicznej ewolucji? Nie trzeba być Marsjaninem, by zadać sobie to pytanie. Problem ten był przedmiotem bezustannej kontrowersji od chwili ogłoszenia przez Karola Darwina teorii powstawania gatunków. Początkowo zarówno sam Darwin, jak i Alfred Russel Wallace, który mniej więcej w tym samym czasie dostrzegł rolę doboru naturalnego jako motoru ewolucji biologicznej, byli przekonani, że rodzaj ludzki, tak jak inne gatunki, jest produktem naturalnej ewolucji. Wkrótce jednak Wallace, którego pochłonął spirytualizm, zaczął mieć poważne wątpliwości. Choć jego ostateczna dezercja z obozu darwinistów miała zapewne w dużej mierze religijną motywację, w swej korespondencji z Darwinem i w swych późniejszych publikacjach przedstawił całkiem racjonalne zastrzeżenia wobec teorii, której był właściwie współautorem. Krótko mówiąc, doszedł do wniosku, że ludzki mózg jest narządem zbyt skomplikowanym, by jego rozwój wyjaśnić po prostu potrzebą przetrwania gatunku. A zatem nie będąc tworem ewolucji, musiał być, jego zdaniem, darem Stwórcy.

Pomimo upływu stu dwudziestu lat argument Wallace'a, w rozmaitych współczesnych wersjach, nie utracił swej mocy i pozostał centralnym problemem teorii ewolucji mózgu. Dość powszechne przekonanie, że proces ewolucji polega na tym, iż organizmy żywe, chcąc jak najlepiej zareagować na zmieniające się warunki środowiskowe, odpowiadają na nie stosowną adaptacją, jest naiwnym uproszczeniem. W rzeczywistości potrzeba adaptacji do nowego nie może wywołać żadnych zmian, a cała mądrość natury polega na "przebieraniu" wśród już istniejących wariantów, powstałych drogą przypadkowych mutacji i odrzucaniu tego, co szkodliwe. Jednak to, co szkodliwe nie jest, i zostaje zachowane w genetycznej puli gatunku, wcale nie musi być - w jakimkolwiek sensie- korzystne. Może być całkowicie obojętne dla biologicznego interesu nosiciela mutacji. Dla przykładu ewolucja gatunku ludzkiego nie wyeliminowała blondynów, choć bruneci radzą sobie w życiu równie dobrze (lub na odwrót). Zatem z faktu, iż człowiek obdarzony jest wielkim mózgiem, nie należy pochopnie wyciągać wniosku, że jego złożoność jest niezbędna dla naszego przetrwania. Tak w każdym razie głoszą niektórzy współcześni zwolennicy tzw. teorii neutralnej, tacy jak znany paleontolog i eseista Stephen Jay Gould. Owszem, skoro już przypadkiem mamy ten wielki mózg, produkujący rozmaite myśli i sprawiający, że jesteśmy "inteligentni", to znajdujemy dla niego różne zastosowania, takie jak kompozycja sonetów czy wymyślanie teorii względności. Umiejętności te, o wątpliwej zresztą wartości adaptacyjnej, są po prostu wynikiem kapryśnego i bezcelowego dryftu genetycznego.

Stanowisko to jest atrakcyjne ze względu na swą "polityczną poprawność"- żaden wyznawca teorii neutralnej nie może twierdzić, że jest bardziej "ludzki" od innych osobników, których inteligencja jest nieco niższa. Jest to więc koncepcja bardzo "demokratyczna". Wielu innych ewolucjonistów wskazuje jednak na pewną słabość teorii neutralnej. Problem z nią jest taki, że w zamierzchłych prehistorycznych czasach, kiedy gatunek nasz definiował swą biologiczną tożsamość, zdolność do pisania sonetów i odkrywania teorii względności wcale nie była obojętna dla posiadającego ją osobnika. Była dla niego wysoce szkodliwa. W przyrodzie, jak w ekonomii, niczego nie można dostać za darmo.

Każdy, kto kiedykolwiek próbował myśleć, wie, że jest to czynność męcząca, czasochłonna i często odrywająca nas od palących potrzeb codziennej egzystencji. Jej efekty, choć niekiedy bywają pożyteczne, nie gwarantują bynajmniej oczywistej egzystencjalnej korzyści i kilka milionów lat temu, kiedy nasi przodkowie zaczęli właśnie kolonizować afrykańską sawannę, profity te zapewne nie były większe.

Tymczasem utrzymanie wielkiego mózgu kosztuje. Niezależnie od tego, czy rozwiązujemy skomplikowane problemy matematyczne, czy oglądamy w telewizji mydlaną operę, nawet do 40% zużywanej przez nas energii konsumuje mózg. A nie są to jedyne koszty posiadania wysokiej inteligencji. Do tego dochodzą komplikacje związane z wychowaniem dzieci, czyli w pewnym sensie hodowlą ich wybujałego mózgu. Potomstwo innych zwierząt, choćby antylop, potrafi biegać w kilka minut po urodzeniu, a po roku jest już całkowicie samodzielne. Dziecko przychodzi na świat z mózgiem, który wymaga dalszego rozwoju, a po to, by mogło samo na siebie zarobić, właściwie musi ukończyć wyższe studia, czyli dożyć zaawansowanego wieku dwudziestu kilku lat. Do osiemnastego roku życia nie ma prawa do prowadzenia samochodu ani uczestniczenia w życiu publicznym przez głosowanie w wyborach do Sejmu. Choć być może we wczesnym paleolicie sprawy wyglądały inaczej, to przecież trzeba postawić pytanie: czy pielęgnacja "selekcyjnie neutralnej" cechy, jaką miałaby być nasza wyrafinowana inteligencja, była warta całego tego trudu?

Każdy, kto kiedykolwiek próbował myśleć,
wie, że jest to czynność męcząca,
czasochłonna i często odrywająca nas od
palących potrzeb co dziennejegzystencji.
 

Większość ewolucjonistów należących do głównego nurtu odpowiada, oczywiście, na to pytanie przecząco - nie byłoby warto pielęgnować cechy neutralnej. Szczególnie, zdaniem tzw. funkcjonalistów, czyli uczonych, którzy przekonani są, że natura nie płodzi bytów nadaremno, a ludzki intelekt musi mieć do spełnienia jakąś doniosłą biologiczną rolę. Problem jedynie w tym, że nie ma wśród nich zgody, na czym mianowicie rola ta miałaby polegać. Konieczność ciągłego posługiwania się mózgiem do rozwiązywania abstrakcyjnych, analitycznych problemów, którą wymusza życie we współczesnej cywilizacji, sprawia, że adaptacyjna przydatność wielkiego mózgu wydawać nam się dziś może nie maloczywista. To dzięki niemu zdołaliśmy pokonać wszystkich naszych konkurentów w rywalizacji o pozycję "najwyższego drapieżnika" i staliśmy się niepodzielnymi panami wszelkiego stworzenia. Skoro jednak wielki mózg, a zatem nasza wyższa inteligencja, zapewniły nam ten ewolucyjny sukces, to dlaczego w całej przyrodzie nie ma wyraźnych korelacji między rozmiarami mózgu poszczególnych gatunków a ich adaptacyjnym sukcesem? Wśród naszych najbliższych kuzynów małp goryle i szympansy górują intelektualnie nad pawianami. Obserwacje szympansów wskazują, że zdają sobie one sprawę ze swojej wyższości i traktują pawiany z pobłażliwą pogardą. Cóż z tego, skoro pawiany jako gatunek, radzą sobie znakomicie, podczas gdy szympansom zagraża zagłada. Nie mówiąc już o gorylach, które zamiast być królami afrykańskiej dżungli, przetrwały tylko w nielicznych izolowanych siedliskach. Nawet pobieżna lustracja całego świata zwierzęcego prowadzi do deprymującego wniosku - inteligencja nie ma na ogół wartości adaptacyjnej. Dlaczego więc człowiek miałby być wyjątkiem?

Ryc. Krysp

Jakakolwiek odpowiedź na to pytanie, a zaproponowano ich wiele, spełnić musi pewien podstawowy warunek. Taki mianowicie, żeby jasny i przekonywający był mechanizm, który sprawia, że wyższa sprawność intelektualna (połączona, generalnie rzecz biorąc, z większymi rozmiarami mózgu) prowadzi do zwiększenia sukcesu rozrodczego. Tylko wtedy bowiem ewolucja gatunku prowadzić będzie do stopniowego wzmocnienia tej przystosowawczo korzystnej cechy, a zatem do dalszego rozwoju mózgu. Innymi słowy, niektórzy z naszych najwcześniejszych przodków musieli odkryć jakieś istotne zastosowanie dla swych intelektualnych talentów, które pozwoliło im wychować liczbę dzieci większą niż ich mniej "inteligentnym" sąsiadom. Z kolei dzieci, które odziedziczyły po nich te wyjątkowe talenty, też miały więcej potomstwa. I tak dalej, aż do Szekspira i Einsteina...

Gdzieś do połowy lat siedemdziesiątych problem niezwykłych rozmiarów ludzkiego mózgu zaprzątał uwagę głównie antropologów i archeologów. Byli oni całkowicie usatysfakcjonowani wyjaśnieniem, iż unikatowość ludzkiego gatunku polega na posługiwaniu się narzędziami. Wytwarzanie i używanie narzędzi, rozumowali zwolennicy teorii Homo faber, wymaga inteligencji, ale też biegłość na tym polu ma oczywistą adaptacyjną wartość. Lepszy rzemieślnik może utrzymać i wychować więcej dzieci niż kiepski, a te dzieci mogą dalej doskonalić używane przez tatusia narzędzia. Niestety, w miarę jak wiedza dotycząca prehistorii naszego gatunku rosła, hipoteza ta okazywała się coraz mniej przekonywająca. Pierwsze bardzo proste kamienne narzędzia używane były 2.5 mln lat temu przez żyjącego w Afryce Homo habilis. Jednak dopiero około 200 tys. lat temu postęp w wytwarzaniu narzędzi nabrał tempa. Ale wtedy ludzki mózg, który zaczął się szybko powiększać przed trzema milionami lat, miał już rozmiary bliskie współczesnym. Ta technologiczna stagnacja jest raczej kiepskim świadectwem inteligentnej inżynierii. Tym bardziej rozczarowującym, że także wiele zwierząt, szczególnie szympansy, potrafi posługiwać się prostymi narzędziami, a mimo to nie wyrosły na budowniczych wielkich cywilizacji.

Kiedy hipoteza człowieka-wytwórcy narzędzi została zdezawuowana, jej miejsce zajęła inna, wedle której inteligencja ujawniła swą adaptacyjną przydatność, gdy prehistoryczny człowiek zajął się myślistwem, by wzbogacić swą dietę. Hipoteza ta, do której spopularyzowania przyczynił się bardzo znany południowoafrykański paleontolog z Witwatersrand, Raymond Dart -który w 1925 roku odkrył szczątki jednego z naszych przodków i nazwał go Australopithecus africanus - zakłada, że trudy polowania - jego logistyczne, organizacyjne, taktyczne i wywiadowcze aspekty - wymagają inteligencji, więc stanowić mogły źródło selekcyjnej presji prowadzącej do wzrostu objętości mózgu. Niestety, ma ona podobne słabości jak hipoteza "narzędziowa". W końcu wilki, lwy czy lamparty są znakomitymi myśliwymi...

Bardziej wyrafinowane warianty tej generalnej hipotezy zasługują jednak na uwagę. Logicznym problemem, z jakim uporać się muszą badacze ewolucji mózgu, jest oczywista absurdalność sugestii, że mózg ludzki zaczął się błyskawicznie (w ewolucyjnej skali czasu) rozwijać przed trzema milionami lat po to, by w końcu XX wieku człowiek mógł wylądować na Księżycu. Tę logiczną przeszkodę można obejść, tak jak uczynił to nasz rodak Konrad Fiałkowski* w artykule ogłoszonym w 1996 roku w czasopiśmie "Variability and Evolution" (vol. 5:5-18), postulując po prostu, że udoskonalenie inteligencji wcale nie było "zamierzonym" celem ewolucji mózgu. Usprawnienie naszego intelektu stało się jedynie tej ewolucji ubocznym produktem. Według hipotezy Fiałkowskiego, który odwołuje się w niej do idei tzw. preadaptacji, przyczyną ewolucyjnego wzrostu ludzkiego mózgu była konieczność skutecznego jego chłodzenia w czasie długotrwałych pogoni za grubą zwierzyną.

Nieco podobna jest preadaptacyjna teoria głoszona przez amerykańskiego neurofizjologa Williama Calvina. Jego zdaniem wczesny człowiek, by stać się skutecznym myśliwym, musiał rozwinąć umiejętność celnego rzucania pocisków- kamieni czy dzid - w poruszające się cele, takie jak antylopy, bawoły czy mamuty. A sprawne rzucanie do celu wymaga wysoce rozwiniętego aparatu neurofizjologicznego - konieczna jest koordynacja informacji wizualnej i przewidywanej trajektorii lotu pocisku z ruchami mięśni, a wszystko to musi mózg przekalkulować w ułamku sekundy. Ale tak pobudzony do wzrostu mózg jest przez większą cześć czasu bezczynny i - że tak powiem - z nudów zajmuje się cyzelowaniem inteligencji.

Wspomniane dotychczas teorie człowieka-wytwórcy i człowieka-myśliwegosą w swym duchu ortodoksyjnie darwinowskie. Odwołują się do koncepcji doboru naturalnego, przetrwania osobników najlepiej przystosowanych do skutecznej walki o byt i triumfu nad naturą przez pracę lub łowy. Ta tradycyjna wizja naszego dalekiego przodka walczącego z szablozębymi tygrysami lub ścigającego mamuty przez europejską tundrę epoki lodowcowej jest dziwnie odległa od naszych współczesnych codziennych doświadczeń. Reperacja samochodu, naprawa cieknącego kranu czy wyprawa na ryby są raczej dla nas sposobnościami do intelektualnego zrelaksowania. Za to życie wystawia naszą inteligencję na inne ciężkie próby. Na przykład wracając o północy do domu ze szminką na koszuli, trzeba przekonać żonę, ze zbliżający się koniec kwartału zmusza nas do pracy w nadgodzinach. Jakże zmieniło się nasze życie od czasów paleolitu... Czy rzeczywiście aż tak bardzo?

 Pytanie to zadał sobie w latach siedemdziesiątych zoolog z Uniwersytetu Stanu Michigan Richard Alexander i po namyśle doszedł do wniosku, że walka z tym, co Darwin nazywał "wrogimi siłami natury", nigdy nie stanowiła dla człowieka wystarczającego wyzwania, by mogła zaowocować przyspieszonym wzrostem mózgu. Jedynie istnienie innych ludzi - stwierdził Alexander -mogło stać się przyczyną naszej własnej ewolucji. Istnienie innych ludzi, dodajmy, których intencje i reakcje musimy być zdolni przewidywać po to, by lepiej nimi manipulować. Do podobnej konkluzji doszedł w tym samym mniej więcej czasie inny zoolog - Nicholas Humphrey z Cambridge. Zauważył on, że w społeczności goryli, które - jak wspomnieliśmy - są bez wątpienia istotami, jak na zwierzęta, wysoce inteligentnymi, zaspokojenie codziennych potrzeb żywieniowych nie wymaga wielkiego wysiłku intelektualnego. Przeważającą część pracy umysłowej zużywają na walkę o dominację w grupie, rozpoznawanie miejsca w hierarchii społecznej stada, odczytywanie chwilowych nastrojów innych goryli i próby wpływu na ich zachowanie. Człowiek, ze swą zdolnością do posługiwania się skomplikowanym językiem, posiada bez porównania skuteczniejszy oręż; psychologicznej manipulacji. Jak zauważył w końcu lord Macaulay -głównym celem przyświecającym ludzkiej mowie nie jest głoszenie prawdy, lecz przekonywanie.

Teoria Alexandra-Humphreya znana jest dziś jako hipoteza "makiawelicznej inteligencji". Głosi ona, w wielkim skrócie, że najskuteczniejszym testem inteligencji jest zdolność do oszukiwania innych ludzi i do wykrywania ich oszustw. Jeśli stwierdzenie to wyda się komuś zbyt cyniczne, może przypadnie mu do gustu konkurencyjna teoria, której najbardziej elokwentnym rzecznikiem jest ewolucyjny psycholog Geoffrey Miller, a która głosi, że wielki ludzki mózg rozwinął się w wyniku doboru płciowego - stosowną analogią jest tu ogon pawia - jako narząd przydatny w grze miłosnej pomiędzy mężczyzną ikobietą.

Hipoteza ta ma co najmniej dwie zalety. Po pierwsze, wiąże bezpośrednio wielki mózg z sukcesem rozrodczym wymaganym do utrwalenia w populacji wyselekcjonowanej cechy. Po drugie, nie wymaga specjalnie wyrafinowanej racjonalizacji. Doborem płciowym rządzą te sama prawa, które decydują o panującej modzie. Jak stwierdził już w latach trzydziestych wybitny brytyjski ewolucjonista Ronald Fisher, samica pawia nie potrzebuje innego powodu, by cenić u swych partnerów długie i barwne ogony niż ten, że inne samice także cenią długie i barwne ogony. Zdaniem Millera ludzkie samice zachowują się podobnie, poszukując u swych partnerów poczucia humoru, twórczej wyobraźni czy talentów gawędziarskich, które to walory są niczym innym jak testem sprawności (a co za tym idzie i rozmiarów) ich mózgu. A jeśli duży mózg może też pomóc w oszukiwaniu rywali i awansie w hierarchii stada, tym lepiej - we wszystkich kręgach kulturowych mężczyźni bogaci i wpływowi wydają się kobietom bardziej atrakcyjni niż nieudaczni biedacy bez żadnych społecznych wpływów.

Czy możemy więc uznać problem za rozwiązany i ogłosić, że wielki ludzki mózg jest po prostu kosztownym i skomplikowanym organem płciowym? Bynajmniej. Także teoria Millera ma swe słabości i jest mało prawdopodobne, że zastąpi wkrótce wszystkie inne. Bardziej prawdopodobne jest to, iż jakieś ziarno prawdy znaleźć można we wszystkich wspomnianych hipotezach na temat pochodzenia ludzkiej inteligencji. Na naszą ewolucję wpływ miały zapewne zarówno warunki środowiskowe, zmiany klimatu, wewnątrzgatunkowa rywalizacja, dobór płciowy, jak i dryft genetyczny. Wpłynął także na nią zwykły przypadek. Pełne wyjaśnienie tego procesu może okazać się niemożliwe. Być może byłoby ono łatwiejsze dla jakiegoś bezstronnego obserwatora pochodzącego z innego świata. Może dla jakiegoś uczonego z Marsa? Ale czy warto czekać na jego obiektywny werdykt? Czy ktoś, kto jest zielony, ma sześć palców i pięć różnych płci, może w ogóle zrozumieć, co to znaczy być człowiekiem?

* Konrad Fiałkowski, wybitny informatyk i pisarz science fiction jest związany obecnie z Rensselaer Polytechnic Institute w Troy w stanie Nowy Jork w USA, jest i też konsultantem Instytutu Antropologii PAN i współpracuje z Uniwersytetem Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Uniwersytetem Warszawskim. Mieszka w Wiedniu i Warszawie.