Twoja wyszukiwarka

MAREK TROSZYŃSKI
ŚLADAMI SŁOWACKIEGO
Wiedza i Życie nr 11/1999
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 11/1999

PO 150 LATACH OD ŚMIERCI POETY NA CMENTARZU MONTMARTRE GRÓB SŁOWACKIEGO JEST ZANIEDBANY, A NAPISY LEDWIE WIDOCZNE. CZY TEN POMNIK NASZEJ KULTURY NIE ZASŁUGUJE NA WIĘKSZĄ TROSKĘ?

Wycieczkę śladami Juliusza Słowackiego należałoby rozpocząć w jego rodzinnym Krzemieńcu na Ukrainie czy na Litwie, gdzie przez dłuższy czas mieszkał. Wryły się one w pamięć dziecka do tego stopnia, że nawet będąc wiele lat później na Bliskim Wschodzie, jadąc konno znad Jordanu do Damaszku, odnajdywał w krajobrazie podobieństwo do pińskiego bagna. Boleśnie odczuwając osaczenie przez zgraję Litwinów, jak określał stosunki panujące na emigracji, poeta w późniejszym okresie zdecydowanie i z rozmysłem wracał w twórczości do swojej ziemi, do Krzemieńca, tam szukając ratunku w kochających go sercach. Klimaty Ukrainy, jej przestrzenie, ale także takie detale, jak kwiaty i drzewa, rozpoznawał w pejzażu południowych krańców Bretanii z okolic miejscowości Pornic.

Uliczka w Pornic w Pay de Retz (Bretania, Francja), gdzie Juliusz Słowacki spędził wakacje w 1843 i 1844 roku. Po lewej - profil poety w brązie, detal z paryskiego nagrobka

W Pornic Juliusz Słowacki spędził wrzesień 1843 roku oraz dwa miesiące, lipiec i sierpień, roku następnego. Zaledwie jeden raz w dorosłym, obfitym w podróże życiu poety zdarzyło się, by spędził wakacje dwukrotnie w tym samym miejscu. Okolicą w ten sposób wyróżnioną była owa niewielka miejscowość w Pay de Retz nad oceanem, na skraju Bretanii, nieopodal ujścia Loary. To nadmorskie portowo-wczasowe miasteczko, niemodne i z dala od tłumnie uczęszczanych szlaków, stało się dla poety miejscem zaczarowanym, pełnym objawień, cudownych pasterek, świątyń druidycznych, skał nabijanych złotym i srebrnym mikowcem, odbijających nań słoneczne refleksy, gdy, stojąc na brzegu, kontemplował ocean.

Com uczuł, droga moja, spojrzawszy na Ocean, tego ci wyrazić nie mogę. Między tym morzem a mną jest tajemniczy jakiś związek, sympatia - i ta musi być prawdziwa, albowiem nigdy inne morza nie miały dla mnie podobnego uroku. Zapach Oceanu, kolor jego zielonawy, brzegi Porniku takie, jak widziałem je w imaginacji czytając Walterskotowskiego Pirata, to jest szare, skaliste, okryte chwastami; natura obca, ale znajoma, bo widziana kiedyś przeczuciem, zapragniona sercem - a śród tej natury tyle rzeczy, które odległe czasy i miejsca przypominały - czasem motylek, za którym biegałem nad Wilenką, zupełnie taki sam, a gdym go obejrzał, to każde oczko na skrzydełku znajome mi [...] czasem pliszeczka nad morzem, zupełnie do tej podobna, do której niegdyś na dziedzińcu w Mickunach strzelałem.[...] A ta cała natura - gdybyś ty wiedziała, jak ona ciepła, wonna i kochance podobna, otoczyła mnie skrzydłami, zapraszała do odpoczynku, do odetchnienia - jak ona mi wyrzucała, żem się długo gorączkowym myślom oddawał, a o niej zapomniał! [...] Jaka ona dobra i litosna dla strudzonych ludzi! - pisał do matki po powrocie do Paryża 2 października 1843 roku.

Oprócz listów do matki i do przyjaciół, najdonioślejszym śladem odbytej do Pornic podróży są zapisy w notesie nazwanym przez późniejszych wydawców Raptularzem. Dla poety był to po prostu "pulares". Rękopis ten, z mylącą aż do naszych dni adnotacją zapewniającą, iż z zapisów tego notesu jest już "wydane wszystko", znajduje się obecnie w zbiorach Ossolineum we Wrocławiu. Jego zawartość, tak bogata i różnorodna, chciałoby się rzec - niesforna - wymknęła się wydawcom spod kontroli. Dzisiaj nie ma już potrzeby takiego "porządkowania" notatek osobistych, oddzielania ich od wierszy itp. Współczesny czytelnik przeszedł trudną szkołę lektury dzieła fragmentarycznego, dowolnie składanego z dostarczonych przez autora klocków-elementów (jak choćby Gra w klasy Julio Cortázara). W czasach zbiorowych wydań dzieł Słowackiego edytorzy, podejmując rolę autora, przejrzeli notes i podzielili jego zawartość według przynależności gatunkowej. Wiersze odesłali do wierszy, fragment dramatyczny - do dramatów, prozę filozoficzną - do dzieła filozoficznego, oktawy Króla-Ducha - do tomu z tzw. odmianami Króla-Ducha... Kilka fragmentów pominięto w ogóle, rysunki zaś wykorzystywano przygodnie jako ozdobniki. Tak znikł z pola widzenia stanowiący przecież - prawda, że z powyrywanymi kartkami, ale jednak - jakąś całość oryginalny notes poety. Notes, którego pierwsze zapisy i rysunki dokumentują podróż do Pornic, tę z początku września 1843 roku. Ostatnie zaś (niedatowane) notatki pochodzą prawdopodobnie z 1849 roku - roku śmierci poety.

Słowacki wiele podróżował. Urodzony w 1809 roku w Krzemieńcu, kursował między Ukrainą i Litwą. Po ukończeniu studiów we wrześniu 1828 roku wrócił do Krzemieńca, by w lutym 1829 roku wyjechać na dwa lata do Warszawy. Jeszcze wakacje 1830 roku spędził w Krzemieńcu. W 1831 roku opuścił Warszawę. Rodzinnych stron, umiłowanego Wołynia i Krzemieńca, nie zobaczył już nigdy.

Ze zbiorów Zakładu Narodowego im. Ossolińskich

Zamek nad zatoką w Pornic (u góry szkic ołówkowy Słowackiego, u dołu stan obecny). Według legend był to Zamek Sinobrodego. Mimo "rysunkowej" fascynacji Słowackiego tym architektonicznym motywem, brak na jego temat jakichkolwiek wzmianek

Świat stanął przed nim otworem: zwiedził Rzym i Neapol, był w Grecji i w Egipcie - tam dopłynął łodzią aż do pierwszej katarakty, około 800 kilometrów na południe od ujścia Nilu. Był w Palestynie i Syrii. Kwarantannę spędził w Betcheszban - klasztorze braci ormiańskich w Libanie. Po powrocie z tej grande voyage, na którą wybrał się po dłuższym pobycie w Szwajcarii i paru miesiącach spędzonych we Włoszech, osiadł na dobre we Francji, w Paryżu.

Po kilkakrotnej zmianie paryskich adresów wreszcie w 1842 roku zamieszkał na piątym piętrze domu przy ulicy Ponthieu, położonej opodal Champs Elysées. Męczącą konieczność wspinaczki na poddasze nagradzał mały taras od strony ulicy, na którym poeta hodował kwiaty i karmił wróble. W tym domu powstały niezrównane dramaty, rapsody ogromnego w zamyśle poematu-testamentu Król-Duch i wspaniałe wiersze ostatniego okresu, zwane lirykami genezyjskimi. Tu zbierała się "siódemka" - najmniejsze ogniwo Koła braci towiańczyków, do którego niespełna rok należał Słowacki. To tu, przynajmniej raz, w niedzielę 12 listopada 1843 roku, złożył Słowackiemu wizytę Adam Mickiewicz, nukając go i wstydząc, na próżno próbując namówić do pozostania w Kole. Wobec Juliusza Słowackiego był to ostatni i nieskuteczny akt przymusu, terroru wręcz duchowego, który stał się codzienną metodą wynaturzającego się w sektę ruchu, pierwotnie głoszącego koniec emigracyjnych udręk. Takich spraw świadkami były stojące do dziś mury kamienicy przy ulicy Ponthieu, próżno by jednak szukać jakiegoś śladu na jej frontonie, który by zaświadczył, że rodacy pamiętają o swoim zeszłowiecznym poecie.

W swoim małym a źle, jak mawiał, skwadratowanym mieszkanku, którego piekielny letni skwar wyganiał go co roku nad morze, pochylony nad rękopisami poeta prowadził tę - jak pisał w Raptularzu - napowietrzną walkę, co się o narodowość naszą toczy. Okrutnie osamotniony, w poczuciu ważności sprawy i w wielkiej boleści serca pisał swe protesty. Zawsze z ufnością zwracał się do narodu, do potomności: Oto jest jedyne tłomaczenie przed narodem, którego zawsze uznam sędzią czynów moich... - a który mię po królewsku nagrodzić może - pisał w notesie.

Wzruszająco, ale mocno i prawdziwie, brzmią dziś te akty jego jednoosobowej, samozwańczej republiki polskości, kiedy bezsilny w obliczu wrogiej teraźniejszości odwoływał się do praworządnych instytucji przyszłej, wolnej Polski. Jeden z takich aktów kończy się prośbą, wręcz nakazem, aby jego odbiorca kopię pisma (notabene skierowanego przeciw towiańczykom) podpisem dwóch świadków stwierdzoną, w pewnym miejscu zachował [...] i przy zdarzonej okazji w pierwszym grodzie polskim do akt publicznych wniósł i oblatował.

Upalny paryski sierpień 1843 roku pod blaszanym dachem mieszkania przy ulicy Ponthieu mocno dawał się we znaki. Poeta czuł się w Paryżu fatalnie i, jak zwykle "dla poratowania zdrowia", pojechał zażyć kąpieli w oceanie.

Trasy poprzednich i kolejnych jego wakacyjnych wyjazdów wiodły zawsze na północ - Dieppe, Ostenda, Trouville... Pływał w zimnej wodzie i czuł, jak mu dobrze robi na piersi. Dawało mu to nie tylko poczucie zdrowia, ale i swobody: Rzuciłem się w wodę, położyłem się na falach i dobrze mi było, bo tam nie ma jeszcze sług kąpiących, chatek, gdzie trzeba się ubierać jak w innych kąpielach - ale zupełna wiejska wolność zostawiona jest mężczyznom - pisał w liście do matki 2 października 1843 roku, chcąc dodać jej otuchy i złudnej wiary w swoje nieistniejące zdrowie.

Nieefektowny, naprędce i z natury skreślony rysunek uwiecznił w Raptularzu zarówno druidyczny monument (grobowiec celtycki), jak i pastereczkę, która wywarła na poecie duże wrażenie

Ze zbiorów Zakładu Narodowego im. Ossolińskich

Jedynym właściwie w owym czasie sposobem leczenia chorych na gruźlicę było leczenie klimatyczne, a więc wysyłanie na południe, w cieplejszy suchy klimat. A Słowacki dobijał się - rzec by można - tymi swoimi kąpielami w zimnych morzach. W raptularzowym wierszu napisał:

Nie używałem leków i lekarzy
O! moi bracia chcąc pozostać z wami -
Ale się tłukłem z wichrem i z falami
Pytając czasu: która moc przeważy?
Czy moje duchem napełnione ciało?
Czy morze, które wichrami szalało?
Wstydzę się wyznać! morze zwyciężyło
Swoim bałwanem zimnym i szalonym,
A ja się wstydzę wyznać zwyciężonym
Wichrów szaleństwem i żywiołów siłą.

Nad ocean jechał niby dla poratowania zdrowia, ale miejsce to wybrał także, mając w pamięci młodzieńczą lekturę powieści Waltera Scotta Korsarz. Tę powieść, która ukazała się w polskim tłumaczeniu w 1830 roku (do dziś jest to jedyne wydanie polskiej wersji językowej, zatytułowane Rozbójnik morski), poeta mógł czytać jeszcze w czasie pobytu w Warszawie (lub później, po angielsku). Jednym z motywów podróży Słowackiego do Pornic była więc chęć odnalezienia literackich tropów w prawdziwych krajobrazach.

Bretońska ziemia dawała okazję do wielostronnego spotkania z historią. Jadąc przez Tours, Słowacki wspominał wydarzenia stosunkowo niedawnej rewolucji francuskiej. Na miejscu witały go baszty otoczonego legendą średniowiecznego zamku. Jednak najsilniejsze wrażenie na poecie wywarły ślady kultury celtyckiej, z jakimi się zetknął podczas swoich wycieczek.

Współczesna rekonstrukcja grobu celtyckiego sprzed 3 tys. lat. Widoczne wejście do grobu - za czasów Słowackiego była to jedynie szczelina

Nieopodal miasta - obecnie w otoczeniu willowej zabudowy - stoi tylekroć przez Słowackiego wspominany druidyczny monument. Jak wynika z rysunku w Raptularzu, musiało to być w owym czasie coś w rodzaju kupy powalonych głazów, mocno przysypanych już ziemią i porośniętych trawą. Poeta nazywał go raz monumentem druidycznym (świątynią), to znowu składem kamieni (cudnym), to grotą. Wybrał się tam już w pierwszych dniach pobytu w Pornic; być może monument zobaczył przypadkowo. Jemu poświęcił pierwszą notatkę Raptularza: Dziś odwiedzając druidyczne świątynie znalazłem przed głazami świeżo zerwaną różę - kto ją porzucił? zdawała mi się duchów ofiarą... po dwakroć rzucałem ją do wnętrza grot chcąc aby jak lampa świeciła w ciemności - ale zawsze zapadała tak między kamienie, żem ją wydobywać musiał - w tym być musi jakaś tajemnica i nauka duchów, ale jej odgadnąć nie mogę.

Te przysypane ziemią i porośnięte murawą kamienie, ze szczelinami ukazującymi wnętrze jakichś grot, pomieszczeń, stawały często na drodze jego nadoceanicznych przechadzek. Przychodził tam szczególnie chętnie nocami przy pełni księżyca, kładł się na kamieniach, aby całym ciałem chłonąć tajemną mowę odległych kultur. Któregoś razu podczas przechadzki spotkał pasącą krowę dziesięcioletnią dziewczynkę. Poświęcił jej wiersz Do pastereczki siedzącej na Druidów kamieniach w Pornic nad Oceanem, w którym wrażenie nadoceanicznego pejzażu, tak przecież charakterystycznego i odmiennego, miesza się ze wspomnieniami kwietnych łąk Ukrainy; stojące krzaki tamaryszków zdawały się jałowcami.

W upalne sierpniowe popołudnie siedzę w kawiarence, której okno wychodzi prawie dokładnie na bramę domu przy ulicy Ponthieu 34. Myślę, że to miejsce, tak dla polskiej kultury znaczące, powinno zostać w godny sposób upamiętnione, podobnie jak upamiętniono ślady pobytu nad Sekwaną Mickiewicza czy Norwida.

Niedaleko rotunda kościoła Saint Philippe du Roule, parafia Słowackiego, z której orszak pogrzebowy udał się na pobliski cmentarz Montmartre. Spoczywa na nim wiele znakomitości, jest to jednak cmentarz dużo bardziej zaciszny, kameralny niż Père Lachaise. Jego osobliwością jest przechodząca tuż ponad grobami żelazna konstrukcja przerzuconej pod koniec XIX wieku ulicy. Idąc od bramy łukiem w Avenue des Carrierès, na przeciwległej do wejścia stronie cmentarza natrafiamy na grób Słowackiego.

W tym paryskim domu spędził poeta ostatnie 7 lat życia, tu zmarł 3 kwietnia 1849 roku

Grób zaniedbany, widoczny z daleka po zielonej śniedzi na stanowiącym element nagrobka profilu poety. To replika medalionu wykonanego w 1841 roku przez Władysława Oleszczyńskiego. Tym razem dzisiejszą pamięć o poecie zaświadcza wieniec z szarfą od konsula generalnego. Napisy w kamieniu nagrobka, widoczne dopiero z bliska, wyglądają jak nakreślone patykiem czy wprost palcem w świeżej zaprawie. Alegoryczne motywy - księgi, lira, parę tytułów - wszystko już na wpół zatarte, kształty wyoblone. Do kamiennego krzyża przyczepiona jakaś plastikowa imitacja fiołków w formie krzyża, ale nie mam śmiałości jej zerwać i wyrzucić.

Najwyraźniejszy i najlepiej widoczny napis na grobie to przyczepiona z przodu tablica informująca, kto i kiedy odnowił nagrobek. Gdy słowa Jules Słowacki poddadzą się już całkowicie erozji, tablica utrwalająca pamięć szlachetnych na pewno dobroczyńców i opiekunów polskich grobów będzie jedynym śladem identyfikacyjnym.

Na tle sąsiednich nagrobek Słowackiego jest nie tylko skromny, ale i bardzo zaniedbany. Czy na zapomnienie go przez ludzi wpływa mniemanie, że jest to grób "pusty", a w powszechnej świadomości liczy się miejsce królewskiego, wtórnego pochówku na Wawelu w 1927 roku? Może i tak, przypomnę więc, jak wyglądają pośmiertne dzieje szczątków autora Króla-Ducha. Także i w tym przypadku przecież dopełniły się - nie tylko metaforycznie - słowa Cypriana Norwida o odmykaniu grobów i rozwłóczeniu śmiertelnych szczątków po świecie.

W momencie ekshumacji, 14 czerwca 1927 roku, trumna, w której leżał Słowacki, rozpadła się już całkowicie i jego szczątki leżały po prostu w ziemi. Grabarze z głębokości, w której już należało się spodziewać jakichś resztek, choćby desek, krzyknęli: Nie ma trumny! Dosłownie z ziemi wyjęto więc i położono na prześcieradle - jak wspomina obecny podczas ekshumacji Karol Poznański: czaszkę Słowackiego; była nie naruszona, miała wszystkie prawie zęby [...] na czaszce czupryna nie naruszona, dawała się zdejmować jak peruka [...]. Jak się okazało, w grobie było bardzo niewiele, poza czaszką - jedna tylko dobrze zachowana kość piszczelowa, ponadto zaledwie około 25 drobnych kości. Z grobu wydobyto też jedną długą, bardzo grubą skarpetę; pomimo że przeleżała w grobie 78 lat - można było rozpoznać, że była z białej wełny. Byłem zdziwiony, że zachowała się tak nieznaczna część szkieletu. Kazałem dalej kopać w grobie, nic już więcej nie znaleziono. Wszystko co pozostało po Słowackim, można było zawinąć w jedną serwetkę.

Grób Juliusza Słowackiego na Montmartre, projektu przyjaciela poety, malarza Charles'a Pétiniaud-Dubos (na zdjęciu autor artykułu)

Po 78 latach ciało Słowackiego naturalną koleją rzeczy w proch się obróciło - jasne jest więc, że "zasadniczą" część szczątków cielesnych kryje nadal grób na Montmartre. Wszystko, co udało się z niego wydobyć w 1927 roku, włożono do małej metalowej trumienki, tę zaś dopiero do dużej, sprawiającej iluzję rozmiarów dorosłej osoby, hebanowej trumny.

Czy grób na Montmartre można więc uważać za pusty? Nawet gdyby i tak było, nagrobek powinno się potraktować jako pierwszy pomnik Juliusza Słowackiego, godną zachowania pamiątkę historyczną. Czy mu się to od nas nie należy?

Zdjęcia: Michał Troszyński i Marek Troszyński.
Fotografie rysunków Słowackiego: Dział Reprografii ZNiO.

Cytaty pochodzą z: Juliusz Słowacki, Raptularz 1843-1849. Oprac. M. Troszyński, Warszawa 1996; Korespondencja Juliusza Słowackiego. Oprac. E. Sawrymowicz, Wrocław 1962; K. Poznański, Ekshumacja zwłok Słowackiego.
"Wiadomości", Londyn, nr 21 (216) z 21 maja 1950 r.

Dr MAREK TROSZYŃSKI jest adiunktem w Instytucie Historii Nauki PAN, znawcą życia i twórczości Juliusza Słowackiego.