Twoja wyszukiwarka

MICHAŁ RÓŻYCZKA
ODMIENNY OD INNYCH
Wiedza i Życie nr 11/1999
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 11/1999

Każdy człowiek jest inny, ale Eugene Wigner był tak bardzo odmienny od innych, jak to tylko jest możliwe - napisał Edward Teller we wspomnieniu pośmiertnym o jednym z najwybitniejszych uczonych naszego stulecia.

Nasz bohater urodził się w 1902 roku w Budapeszcie jako Jenö Pal Wigner. Jego ojciec Antal zarządzał dużą garbarnią. Rodzina była żydowskiego pochodzenia, ale obojętna religijnie. Kiedy w 1915 roku na Węgrzech znaczne wpływy zaczęli zdobywać komuniści, których wielu przywódców było Żydami, nienawidzący komunizmu Antal Wigner postanowił oderwać się symbolicznie od swych korzeni i z całą rodziną przeszedł na luteranizm.

Jenö pasjonował się fizyką i matematyką już w gimnazjum. Poznał tam młodszego o rok Jánosa von Neumanna [patrz: Uczeni w anegdocie, "WiŻ" nr 10/1996]. Kiedy pojawił się problem dalszych studiów, Antal Wigner przekonał syna, że możliwości zatrudnienia fizyków na Węgrzech są znikome. Jenö postanowił więc studiować inżynierię chemiczną na Politechnice Berlińskiej. Znajdował jednak czas, aby być słuchaczem konwersatorium fizycznego na uniwersytecie. Uzyskał w 1925 roku doktorat i wrócił do Budapesztu, aby przez rok pracować w garbarni prowadzonej przez ojca, sercem był jednak w fizyce, toteż z radością przyjął propozycję pracy najpierw w Berlinie, a potem w Getyndze, gdzie został asystentem Davida Hilberta. W tamtejszej uczelni pracował już wtedy jego przyjaciel von Neumann.

W październiku 1930 roku Wigner otrzymał telegram z Princeton z ofertą zatrudnienia na pół roku w tamtejszej uczelni. Wspominał potem z humorem, iż był przekonany, że w treści telegramu jest błąd, ponieważ proponowano mu wynagrodzenie 4 tys. dolarów, czyli przeszło 700 dolarów miesięcznie, podczas gdy jego pensja w Berlinie była ponad osiem razy mniejsza.

Potem dowiedziałem się, że Jancsi von Neumann dostał podobny telegram, z jeszcze większym "błędem". I nagle zrozumiałem, dlaczego Princeton zaproponowało mi 4000 dolarów za przekroczenie oceanu... Było jasne, że w Princeton pragnęli mieć naprawdę Jancsiego, [...], ale nie chciano, żeby Neumann i jego żona czuli się w Stanach Zjednoczonych samotni. Jakkolwiek obiecującym mogłem się wydawać fizykiem, stało się dla mnie jasne, że w Princeton myślano o mnie głównie jako o "osobie do towarzystwa dla Jancsi von Neumanna".

Wigner i von Neumann pojechali więc do Princeton. Postanowili od początku trochę się zamerykanizować, zmieniając imiona. I tak Jancsi von Neumann nazywał się teraz Johnny, a Jenö Wigner zmienił imię na Eugene.

Mój pierwszy wykład w Princeton odbył się na wydziale chemicznym. Przedstawiłem się jako Eugene. Byłem zdecydowany posługiwać się moim nowym angielskim, więc nauczyłem się na pamięć pierwszych dwóch zdań. Miałem nadzieję, że po gładkim początku zniknie napięcie i będę sobie łatwiej przypominał angielskie słowa. Ale po tych dwu zdaniach zaciąłem się i nie mogłem wykrztusić ani słowa. Wszystkie piękne wyrazy mojego nauczyciela angielskiego, moich amerykańskich znajomych, Thackeraya i Waltera Scotta zupełnie wyleciały mi z pamięci. Wreszcie Hugh Taylor, jeden z seniorów wydziału, powiedział przyjaźnie: Może Pan będzie kontynuował po niemiecku. Sam byłem zdumiony gwałtownością, z jaką zaprotestowałem: Nie! Muszę się nauczyć angielskiego. Będę kontynuował po angielsku!

Ta wymiana zdań rozbawiła słuchaczy i wkrótce odzyskałem zimną krew. Mozolnie kontynuowałem wykład w języku, który zapewne było okropnym angielskim. Ale dobrnąłem do końca. To było 60 lat temu. Dziś z łatwością wykładam po angielsku. Potrafię nawet przeklinać po angielsku.

Wigner pracował w Princeton z krótkimi przerwami aż do przejścia na emeryturę w 1971 roku. Właśnie w Princeton jego młodsza siostra Manci poznała Paula Diraca i została jego żoną. Wigner i Dirac byli już wcześniej zaprzyjaźnieni, ale teraz Wigner zaczął mawiać o Diracu: To mój uczony szwagier.

Podczas II wojny światowej Wigner brał udział w "Projekcie Manhattan". Ze względu na tajność badań zatrudnieni tam uczeni otrzymali pseudonimy. Jak wspominał Wigner: Fermi i ja otrzymaliśmy prawdziwe amerykańskie nazwiska. Ja byłem "Eugene Wagner", a Enrico był "Henry Farmer". Pewnego dnia jechaliśmy razem drogą dostępną tylko dla nielicznych. Na punkcie kon-trolnym strażnik zapytał mnie o nazwisko. Wigner, nie, przepraszam, Wagner - powiedziałem. Strażnik oczywiście zauważył mój węgierski akcent. Spojrzał na mnie podejrzliwie i zapytał surowo: Czy Pan się naprawdę nazywa Wagner? Nie miałem pojęcia, co powiedzieć, ale Enrico wyratował mnie. Z przekonaniem i naciskiem powiedział: Jeżeli on się nie nazywa Wagner, to ja nie jestem Farmer - i strażnik nas przepuścił.

Wigner wyróżniał się niezwykłą skromnością. Był kompletnie zaskoczony, kiedy w grudniu 1963 roku przyznano mu Nagrodę Nobla z fizyki. We wspomnieniach napisał: Miałem wątpliwość, czy zasłużyłem na Nagrodę Nobla. Przyszło mi wtedy na myśl stare niemieckie przysłowie: głupi mają szczęście.

Wigner bardzo lubił grać w kręgle, jeździć na łyżwach, chodzić na długie spacery i utrzymywał długo dobrą formę fizyczną. Na przykład, świętując siedemdziesiąte siódme urodziny w węgierskiej restauracji w Vancouver, zapijał się ulubionym tokajem i tańczył z wszystkimi kelnerkami. Zmarł w 1995 roku.

O podobnych zagadnieniach przeczytasz w artykułach:
(10/96) Uczeni w anegdocie