Twoja wyszukiwarka

X.RUT
CZYM SKORUPKA ZA MŁODU NASIĄKA?
Wiedza i Życie nr 12/1999
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 12/1999

Piszę ten felieton w przedświąteczną niedzielę. Komercyjna gorączka szczytuje. Z radia, na wszystkich prawie częstotliwościach UKF, płynie ckliwa christmasówka, tandetna jak plastikowe choinki ze sztucznym śniegiem. W telewizji pszennowłose, niedożywione dziewuszki, z jakiegoś osobliwego powodu odziane we fraki, mordują polskie kolędy. Wydaje im się, że swingują, a życia w nich ani za grosz, choć próbują rączynami jak patyczki wymachiwać na wzór czarnych mammies. Tyle tylko, że byle chórek, z byle kościółka w Alabamie przy nich to Wezuwiusz namiętności, Olimp umiejętności muzycznych i cała Księga prawdy o człowieku.

Mania publicznych opłatków też doszła zenitu. Efektowny duszpasterz spod kunsztownych loków zwołuje na opłatek na placu. Będą race i bluesy, komedianci wyrecytują do gigantofonów duszeszczipatielnyje teksty, girlsy odtańczą Stillenacht lepiej niż Salome. Na raz-dwa-trzy ogarnie tłum wzruszenie mistyczne. I na chwilę zapadnie cisza, jak na seansie Kaszpirowskiego.

W wigilijny wieczór, zza stołów, gdzie śledzik w kałuży z barszczyku, a dzwonko karpia wpadło do kapusty, ponad skłębionymi kolorowymi papierami, co jeszcze kilka godzin wcześniej otaczały powłoczką tajemnicy prezenty nad stan, zmętniały od wódeczki wzrok pobiegnie ku ekranom, na których panie i panowie z dobroczynności odgrywają swój coroczny rytuał.

Rys. Grzegorz Szumowski

Jaki obraz Świąt utrwali się w świadomości moich wnuków, jakie emocje będzie wywoływać zbliżająca się data 25 grudnia? Ile czasu upłynie, zanim zbuntują się przeciwko wyznaczonej im roli zwierzyny łownej dla kramarzy wszelkiego autoramentu: od sklepikarzy po duchownych, od zawodowych dobroczyńców po massmedialnych animatorów? Nim uznają, że załamanie głosu i wilgoć w kąciku oka, pojawiające się w czasie imprezy wigilijnej, świadczą o tym, że dziadek się przeziębił, może by poszedł do lekarza albo kupił to lekarstwo, co je wczoraj tak fajnie reklamowali, trzy w jednym?

Myślę, że niedługo.

I w feerii barw, gorączce zakupów, postnym obżarstwie, przy dźwiękach pseudoswingujących kolęd, z opłatkowych masówek Boże Narodzenie odejdzie do wirtualnej rzeczywistości multimedialnej, którą można odtworzyć za jednym kliknięciem myszki. A cokolwiek można odtworzyć jednym kliknięciem myszki, bardzo niewiele jest warte. Bo nic, co można mieć, ile razy się chce, nic, na co nie trzeba czekać w czasie rzeczywistym, do czego nie trzeba tęsknić, nie ma wartości - najwyżej ma cenę.

Nie mam zaufania do pleniących się nauk ekonomicznych, społecznych, politycznych, tych wszystkich nowologii. Bo jak je mieć, skoro najwyżej potrafią objaśniać przeszłość (a i to niezgodnie), a przewidzieć nic nie potrafią. Skoro tysiące sowietologów w sowicie opłacanych instytutach nie potrafiło przewidzieć ani Gorbaczowa, ani tego, co po nim nastąpiło. Skoro to, co w 1996 roku uznawano za azjatycki cud gospodarczy, dziś uważa się za przykład katastrofy ekonomicznej. Skoro głosi się bezkrytyczną wiarę w niezachwianą słuszność działań czystego rynku i histerycznie przestrzega przed skutkami interwencjonizmu państwowego, ale gdy tylko nieopisana głupota i niepohamowana chciwość doprowadzają do plajty prywatnego funduszu inwestycyjnego, zaraz organizuje się akcję ratunkową, przez rządy koordynowaną i finansowaną miliardami z kieszeni podatników.

Ten brak zaufania wychodzi mi na dobre; świadomie starannie odizolowany od produkcji słownej wszelkich nowologów, przeżywam dużo mniej stresów, a kiedy policzę, ile mogłem stracić na giełdzie, nie grając - czuję się dużo bogatszy. Niestety, cierpiąc na kompletny brak pozytywnych wyników w uprawianych dziedzinach, nowolodzy upatrzyli sobie drogę ratunku w podboju coraz innych dziedzin życia intelektualnego. Pół biedy jeszcze, że tak zainfekowali filozofię, iż biorąc do ręki książkę, trzeba dobrze sprawdzać datę pierwszego wydania: jak z ostatniego ćwierćwiecza, to czym prędzej trzeba ją odłożyć, szkodzi na zdrowie. Gorzej, że zaczynają wchodzić na teren edukacji. Wymyślili sobie, że trzeba wychowywać ludzi przystosowanych do stałych zmian.

Niby chodzi o ustawiczne zmiany wykonywanego zawodu, a także o nieustanny cykl: zatrudniony, bezrobotny, zatrudniony, bezrobotny... i tak aż do śmierci, bo pojęcie emeryta (w przeciwieństwie do rentiera) wstrętne im jest niesłychanie, ale tak naprawdę bezustanna zmiana wykonywanego zawodu to nieprzerwana zmiana kolegów z pracy, miejsca pracy, a wobec tego często i zamieszkania; to zmiana szkoły, do której chodzą dzieci, zwyczajów środowiskowych (które często są związane z wykonywanym zawodem) itd. No dobrze, ale jak do tego wychować?

Wydaje się, że nie ma innej drogi spełnienia tego postulatu, jak przez wyplenienie nawyku przywiązywania się do czegokolwiek. Jednym tchem mówi się co prawda o konieczności wykształcenia lojalności względem pracodawcy, ale ponieważ to głównie pracodawca (albo działająca przez niego nieomylna ręka rynku) decyduje o tym, kiedy mam zmienić pracę na inną lub na bezrobocie, mowa tu o lojalności jednostronnej, która dziwnie rzadko występuje w przyrodzie, a w stosunkach międzyludzkich - chyba tylko w patologii.

Ideałem ma być człowiek bez przywiązań, najwyżej przywiązany do swojego dobrostanu i do zupełnie nieszkodliwych abstraktów: korzeni etnicznych (ale już nie pnia i łodyg: przywiązanie do korzeni najbardziej eksponuje się z właściwej perspektywy), swobód obywatelskich (najlepiej tych najmniej konkretnych), obrzędów religijnych (bo już nie do swojej eklezji, rozumianej jak u św. Pawła, ani tym bardziej u Jakuba Sprawiedliwego, Brata Pańskiego). Ze śląska powiedziawszy: same ptoki, żadnych krzoków.

Ojciec i matka programowo nie odczuwający sentymentu do miejsca pracy, do miejsca zamieszkania, do sąsiadów, do zwyczajów środowiskowych, jak mają wpoić dziecku przywiązanie do siebie samych? Do rodziny? Jak wytłumaczyć, nie w nowomowie nowologów, ale pragmatycznie, że tu ma być limes, cezura? Że to, co bezwartościowe na zewnątrz, tu ma się liczyć? Czysta schizofrenia! Czy nie jest więc logiczne, że swoje aktualne mieszkanie będę dekorować tandetnymi ozdóbkami, które i tak nie mają trwać długo (bo lepiej dla gospodarki, żebym ciągle nowe kupował, a ja i tak się wnet przeniosę gdzie indziej), a na zewnątrz będę smarował sprayem, co mi zbolała dusza podpowie? Dlaczego mam szanować spokój sąsiada, skoro wnet przestanę tu mieszkać, a on mi nic nie zrobi, a co sobie o mnie myśli, nieważne, i tak zapomni, kiedy się wyprowadzę.

Wbrew nowologicznym opowiastkom, bogactwo, realne bogactwo zbudowały tradycja i stabilność, pokolenia, które akcje kupowały nie dla jednodniowych spekulacji, lecz po to, żeby na starość odcinać kupony, a samymi akcjami wianować dzieci, a często i wnuki. Dobrobyt powstawał i krzepł w rzeczywistości realnej, nie wirtualnej.

A opłatkiem dzieliła się rodzina w skupionej, intymnej ciszy swej najlepszej izby, pokoju czy komnaty. I tęsknota do cudownie majestatycznego poloneza Bóg się rodzi sprawia, że taki cynik i niedowiarek, jak ja, pisze taki reakcyjny felieton, jak ten. Bo ciarki mnie przeszły, gdym usłyszał, jak jakiś (kształcony chyba) młody człowiek perorował, że wigilia jest na pamiątkę Ostatniej Wieczerzy. O tempora, o mores!