Twoja wyszukiwarka

MARTA KOTON
GOŚĆ ZNAD NILU
Wiedza i Życie nr 1/2000
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 1/2000

Tajemnicze epidemie uśmiercające całe wioski gdzieś w głębi Afryki traktujemy ze współczuciem, ale spokojnie, przekonani, że nam nic takiego nie zagraża. Czy nasz spokój jest na pewno uzasadniony?

Na przełomie sierpnia i września ubiegłego roku w Nowym Jorku pojawił się afrykański wirus, wcześniej niespotykany na terenie Stanów Zjednoczonych. Wszystko zaczęło się w sierpniu, gdy kilka starszych osób zgłosiło się do szpitali z objawami zapalenia mózgu. Tajemniczy wirus, należący do grupy flawiwirusów (tym różnią się one od innych wirusów, że ich materiałem genetycznym jest RNA, a nie DNA oraz tym, że materiał genetyczny otoczony jest dodatkową osłonką skradzioną komórce gospodarza), zainfekował ponad 200 osób i spowodował śmierć sześciu z nich. Wraz z pierwszymi zachorowaniami ludzi ornitolodzy zaobserwowali dziwne zachowania wron choć nie miały widocznych obrażeń, chwiały się na nogach i były wyraźne zdezorientowane. Niedługo potem padło wiele tych ptaków, a także orły, sowy oraz flamingi z nowojorskiego zoo.

Ponieważ wirus pojawił się w Nowym Jorku "znikąd" i zupełnie niespodziewanie, powstało podejrzenie, że został celowo sprowadzony do miasta i użyty przez terrorystów jako broń biologiczna. Jednak specjalna komisja powołana przez władze amerykańskie i CIA wykluczyła taką możliwość. Epidemiolodzy i wirusolodzy zgodnie uznali, że pojawienie się wirusa w Nowym Jorku spowodowała Matka Natura.

Rys. 1. Na naszym kontynencie wirus nilowy ujawnił się po raz pierwszy w 1958 roku pośrednim dowodem jego obecności były specyficzne przeciwciała wykryte u dwóch Albańczyków. Pięć lat później uzyskano dowód bezpośredni wyizolowano samego wirusa. Dotychczas potwierdzono jego obecność w kilkunastu europejskich krajach, a choroba spowodowana wirusem nilowym wystąpiła w siedmiu (mapka). Poza Rumunią, gdzie w 1996 roku doszło do epidemii, były to na szczęście pojedyncze przypadki.
Co będzie w przyszłości? Naukowcy przestrzegają, że jeśli wyraźnie wzrośnie aktywność wirusa w Afryce, w ciągu kilku lat może się zdarzyć epidemia także w Europie. A zagrożenie będzie tym większe, im cieplejsze i bardziej wilgotne będą letnie miesiące, ponieważ taka pogoda sprzyja komarom

W próbkach pobranych z surowicy krwi i z płynu mózgowo-rdzeniowego chorych ludzi i ptaków specjalistyczne testy serologiczne wykryły obecność tego samego wirusa. Początkowo sądzono, że jest to bardzo niebezpieczny wirus zapalenia mózgu z St. Louis. Nazwa tego schorzenia pochodzi od miasta, w którym w 1933 roku odnotowano je po raz pierwszy. Od tamtej pory ten sam wirus pojawiał się także w Chicago (gdzie w 1975 roku zarejestrowano ponad 2500 przypadków choroby) oraz w Houston i w Nowym Orleanie. Na szczęście po dokładniejszych analizach okazało się, że mieszkańców Nowego Jorku zaatakował podobny do niego, choć znacznie mniej niebezpieczny wirus nilowy. Dość powszechnie występuje on w północnej Afryce oraz w niektórych rejonach Australii i Azji. Znany jest także w Europie (patrz mapka). Na kontynencie amerykańskim nigdy dotąd nie został wykryty.

Najczęściej wirus nilowy powoduje tylko lekką niedyspozycję, podobną do grypy. Pojawia się niewielka gorączka, ból głowy, zmęczenie mięśni, apatia i ból gardła. Zdarza się, że infekcja przebiega zupełnie bezobjawowo, możliwe więc, iż wirus zaatakował o wiele więcej mieszkańców Nowego Jorku, niż zarejestrowano. Zdarza się też, że objawy infekcji są bardzo poważne wysoka gorączka, różnorodne zaburzenia neurologiczne, np. konwulsje, dezorientacja, brak koordynacji ruchów, śpiączka, a także wymioty i odwodnienie organizmu. Jak wiadomo, na choroby wirusowe wciąż nie ma skutecznych leków, pomoc polega więc na łagodzeniu objawów. W najcięższych przypadkach choroba kończy się śmiercią. Najbardziej narażone są osoby z osłabioną odpornością, czyli ludzie starsi, dzieci i już cierpiący na inne choroby.

Nosicielami wirusa nilowego, tak samo zresztą jak wirusa z St. Louis, są samice komarów. Pierwsze objawy choroby pojawiają się po 5-15 dniach od ukąszenia. Dość długi czas utajonego rozwoju choroby i często mało wyraźne jej objawy prawdopodobnie ułatwiły wirusowi nilowemu atak na Nowy Jork. Naukowcy przypuszczają, że dotarł on do Stanów Zjednoczonych wraz z jakąś zarażoną osobą, która z pewnością nie miała o tym pojęcia. Już w Nowym Jorku osoba ta została ukąszona przez komara, który potem przeniósł wirusa na ptaki i inne osoby.

Rys. 2. Pierwotnym źródłem zakażenia są ptaki, ale winę za rozprzestrzenianie się infekcji ponoszą komary. Od ptaków, będących naturalnymi gospodarzami tego wirusa, nie zarażają się ani ludzie, ani zwierzęta. Wyjątek stanowią właśnie komary. W trakcie ukąszenia zainfekowanego ptaka wirus dostaje się do organizmu owada i za jego pośrednictwem atakuje wszystkie stworzenia, których krwią żywią się komary. W tym oczywiście ludzi. Tak więc walka z wirusem nilowym to walka z komarami – przenoszą go 43 gatunki tych owadów. Przy okazji warto podkreślić, że w żaden sposób nie można się zarazić od chorego człowieka

Istnieje pewne niebezpieczeństwo, że wirus zostanie zawleczony do innych rejonów Stanów Zjednoczonych, gdy ptaki rozpoczną zimowe wędrówki. Jedyne, co mogły zrobić władze Nowego Jorku, aby zapobiec epidemii, to wytępić jak najwięcej zainfekowanych komarów. Zarządzono zatem rozpylenie pestycydów i osuszanie wód stojących. Zalecano też noszenie odzieży jak najszczelniej okrywającej ciało oraz używanie środków odstraszających owady.

Inwazja wirusa nilowego na Nowy Jork przypomniała problem, który istnieje już od dość dawna. Od kiedy świat stał się "globalną wioską", nie tylko ludzie, informacje i idee mogą swobodnie przemieszczać się między kontynentami, ale także wirusy, bakterie i inne mikroorganizmy. Oczywiście, nie wszędzie znajdą odpowiednie warunki do rozwoju, ale mogą się przecież przystosować. Zatem wszędzie i w każdej chwili mogą pojawić się bardzo groźne choroby, występujące dotąd tylko lokalnie. A najlepszym miejscem do rozwoju epidemii są duże skupiska ludzi sprzyjające rozprzestrzenianiu się choroby.

Wirusy wyłaniające się

to termin, który pojawia się coraz częściej na określenie wirusów istniejących lokalnie od tysięcy lat, ale dopiero od niedawna wywołujących duże epidemie. Dobrym przykładem jest tu wirus poliomyelitis. Ogromną epidemię porażenia dziecięcego (choroba Heinego-Medina) przyniosło dopiero obecne stulecie, choć ślady tej choroby mają już mumie egipskie sprzed 4 tys. lat. Przyczyną wyłaniania się wirusów jest ich łatwe przenoszenie spowodowane dużym zagęszczeniem ludności i posługiwaniem się szybkimi środkami lokomocji. Paradoksalnie, duże znaczenie ma też poprawa warunków sanitarnych współcześni ludzie nie stykają się na co dzień z wirusami, nie mogą więc uodpornić się na nie, co sprzyja powstawaniu epidemii. Do wirusów wyłaniających się należą także wirus Ebola, wirus HIV i właśnie wirus nilowy.

Autorka jest mikrobiologiem, doktorantką na Uniwersytecie Warszawskim.