Twoja wyszukiwarka

KATARZYNA STANIEWSKA
ZAKAZANE SŁOWO
Wiedza i Życie nr 1/2000
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 1/2000

Dlaczego nasi przodkowie mówili kosmacz, kudłacz, mrówczarz czy po prostu miś, unikając słowa niedźwiedź?

Język, którym mówimy na co dzień i który wydaje się nam tak swojski, kryje wiele reliktów odległej przeszłości. Mogą one pochodzić z czasów, gdy dominowało myślenie magiczne. Jednym z najważniejszych jego elementów było utożsamianie słów z oznaczającymi je przedmiotami i zjawiskami: wierzono, że wymówienie nazwy czy imienia spowoduje pojawienie się tego, co nazwano. Dlatego nazwy pewnych szczególnie niebezpiecznych zjawisk, na przykład chorób czy groźnych zwierząt, objęte były tzw. tabu językowym - zamiast nazwy właściwej używano innej, neutralnej, lecz zrozumiałej dla współplemieńców.

Można by sądzić, że dziś jesteśmy wolni od takich przesądów. Ale czy rzeczywiście? Przecież i teraz unikamy nazywania pewnych rzeczy i zjawisk po imieniu. Dziś takie omówienia noszą nazwę eufemizmów i obejmują słowa związane ze sferą seksu czy rozmaitych zachowań człowieka. Bardziej elegancko jest powiedzieć, że ktoś mija się z prawdą lub ma długie ręce, niż że kłamie czy kradnie. Dotyczy to również słów związanych ze śmiercią: powiedzieć o kimś, że odszedł ze świata, czy - do dziecka - że poszedł do nieba, to nic innego, jak zastosować eufemizm, czyli uniknąć wymówienia nieprzyjemnego wyrazu umarł.

Ale czy tylko takie względy nami kierują, gdy stosujemy omówienia? Być może gdzieś głęboko, w podświadomości, mamy zakodowany lęk naszych przodków przed sprawczą mocą słowa. Zwróćmy uwagę, że w domu osoby ciężko chorej unika się słowa śmierć nawet wtedy, gdy chory nie może go usłyszeć. Czy nie jest to przypadkiem lęk przed przywołaniem śmierci, obawa, że ona może "usłyszeć" swoje imię i poczuć się "zaproszona" do domu? Nawet pewne wyrażenia językowe zachowują ślady takiego myślenia: zwrotu odpukać w niemalowane drewno używamy po wypowiedzeniu głośno jakiegoś niedobrego przypuszczenia, choć mało kto rzeczywiście "odpukuje".

Takie tabu związane ze śmiercią jest nam stosunkowo łatwo pojąć, skoro i dziś czasami też podobnie się zachowujemy. Trudniej natomiast zrozumieć, dlaczego w dawnych wiekach tabu językowym obejmowano zwłaszcza nazwy zwierząt. Wystarczy jednak uświadomić sobie, że począwszy od czasów jaskiniowych, właśnie dzikie zwierzęta stanowiły jedno z największych zagrożeń człowieka, a zarazem były wcieleniami mocy przyrody. Walczono z nimi, by ochronić życie lub zdobyć pożywienie, ale jednocześnie modlono się do nich jako do potężnych bóstw czy opiekunów plemienia. Stąd specyficzny stosunek do zwierząt, który utrzymywał się aż do czasów nowożytnych w postaci przesądów łowieckich: myśliwi wierzyli, że jeśli zwierzę usłyszy swoje imię (tzn. nazwę gatunkową), zrozumie, że na nie polują i zaszyje się w ostępach leśnych. Częściowo tymi wierzeniami można tłumaczyć niezwykle bogatą gwarę myśliwską, obfitującą w eufemistyczne nazwy zwierząt łownych.

W języku potocznym reliktem podobnego postrzegania zwierząt jest przysłowie Nie wywołuj wilka z lasu, ostrzegające przed nazywaniem nieszczęścia czy zagrożenia, albo O wilku mowa, a wilk tuż, dziś używane trochę humorystycznie, w sytuacji, gdy ktoś, o kim właśnie mówiono, dołącza do towarzystwa. Ale u podstaw tego powiedzenia może leżeć nie tylko zwykła obserwacja częstego zbiegu okoliczności, ale i przekonanie o związku przyczynowo-skutkowym: wilk pojawia się właśnie dlatego, że o nim mówiono. Nieprzypadkowo w przysłowiach tych występuje wilk: zwierzę wyjątkowo niebezpieczne, prześladujące naszych przodków od kiedy tylko osiedlili się między Odrą a Bugiem (a i dziś nie całkiem niewinne, choć występujące na znacznie ograniczonym obszarze).

Jednak najciekawszym chyba przykładem tabu zastosowanego wobec zwierząt jest nazwa niedźwiedzia. Jego nazwy w różnych językach indoeuropejskich brzmią podobnie: łacińskie ursus, greckie arktos, staroirlandzkie art, albańskie ari i sanskryckie rksa. Na ich podstawie można rekonstruować praindoeuropejski wyraz *rtkos czy też *rktos (gwiazdka przed wyrazem oznacza, że jest to forma jedynie rekonstruowana, nieznana z zapisów). Zastanawia jednak fakt, że stara nazwa zachowała się u ludów zamieszkujących południowe obszary terenów indoeuropejskiej strefy językowej, a więc tych, z których niedźwiedź wycofał się bardzo wcześnie. Można by przypuszczać, że powinna zachować się raczej u ludów północnych, dla których ten niebezpieczny i inteligentny zwierz stanowił realne zagrożenie. Tymczasem znajdujemy u nich zupełnie inne nazwy: polskie niedźwiedź, rosyjskie miedwied', angielskie bear, niemieckie Bär, litewskie lokys... Czym tłumaczyć tę różnorodność? Właśnie - działaniem tabu językowego. Dla ludów zamieszkujących puszcze północnej Europy niedźwiedź był najgroźniejszym przeciwnikiem. Dlatego tak starannie unikano wymawiania jego nazwy, że aż ją zapomniano... Dziś trudno nawet zrekonstruować przedsłowiańską, starą nazwę tego zwierzęcia, pokrewną łacińskiej i greckiej.

Czym w poszczególnych językach zastępowano te pierwotne nazwy? Angielskie bear czy niemieckie Bär to po prostu "bury, szary". Litewskie lokys znaczy "kudłaty" lub "liżący". Wyodrębniano więc pewną charakterystyczną cechę zwierzęcia i używano jej jako omówienia. A co z nazwami słowiańskimi, na pozór nie dającymi się wytłumaczyć? Można powiedzieć, że opierają się one na najbardziej uważnej obserwacji zwyczajów niedźwiedzia. Znaczą bowiem, ni mniej, ni więcej, tylko "miodojad". Najstarszą, jeszcze przedsłowiańską, postać tej nazwy (przedsłowiańską, czyli z okresu, gdy Słowianie wyodrębnili się już jako plemię, ale ich język nie nabrał jeszcze charakterystycznych cech i niewiele różnił się od pozostałych języków indoeuropejskich) możemy zrekonstruować jako *meduedis. Pierwsza cząstka tego złożenia oznacza "miód", druga zaś pochodzi od czasownika jeść. Po przemianach w języku Prasłowian wyraz ten przybrał postać *medveĄd i dalej rozwijał się już niezależnie w poszczególnych językach słowiańskich. W polskim obie spółgłoski d uległy zmiękczeniu, a początkowe m' (kreseczka oznacza miękkość spółgłoski), wymawiane w niektórych rejonach Polski jak m'n' (do dziś na Kurpiach mówi się mniasto zamiast miasto), zredukowało się w końcu do samego n'. W ten sposób otrzymaliśmy dzisiejszą formę niedźwiedź, która zupełnie nie kojarzy się z jedzeniem miodu - tak bardzo rozeszły się przez wieki drogi tych językowych kuzynów.

W języku gramatyki historycznej proces ten można przedstawić następująco: *med-edis > *mededis > *medvěd miedźwiedź > niedźwiedź. Tymczasem wyraz oznaczający "miód" rozwinął się zupełnie inaczej: medus > *med > mid > miód. Podobnie wyraz jeść, od którego pochodzi druga część złożenia: *ed-ti > *jědti > jesti > jeść. Oto źródło rozbieżności między obydwoma wyrazami i zaniku poczucia związku etymologicznego, jaki między nimi zachodzi.

Ciekawe jest również to, że kiedy całkiem zapomniano o pierwotnej, praindoeuropejskiej nazwie tego zwierzęcia, wyraz niedźwiedź zaczął być odczuwany jako nazwa właściwa, a więc niebezpieczna. Dlatego jako omówień używano zdrobnień, takich jak mieszko czy miś (pochodzą one od formy miedźwiedź), czy nawiązywano do niedźwiedzich cech i zwyczajów: kosmacz, kudłacz, bartnik, mrówczarz.

Wycinanie wielkich puszcz i stosowanie coraz doskonalszej broni myśliwskiej spowodowały stopniowe ograniczenie populacji niedźwiedzia w Polsce. Już od średniowiecza to zwierzę widywano na ogół tylko w niewoli, na łańcuchu u wędrownych kuglarzy, zmuszane do tańca i naśladowania ludzkich czynności zamiast strachu wzbudzało już tylko śmiech. Od tej pory nazwa niedźwiedzia funkcjonuje w języku głównie jako synonim niezgrabności i ociężałości: świadczą o tym takie związki frazeologiczne, jak: niedźwiedzie ruchy czy zachowywać się jak niedźwiedź. A miś to oprócz nazwy dziecięcej przytulanki także określenie dobrze zbudowanego, trochę niezgrabnego, ale sympatycznego mężczyzny.

Raczej trudno liczyć dziś na spotkanie niedźwiedzi w ich naturalnym środowisku - utrzymują się jeszcze w polskich górach, ale można je liczyć na sztuki. Gdy zaś oglądamy je w zoo, siedzące na tylnych łapach i śmiesznie poruszające przednimi albo wylegujące się w słońcu, trochę trudno nam uwierzyć, że naszych przodków przerażało już samo wymówienie ich nazwy...

KATARZYNA STANIEWSKA jest studentką V roku Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego