Twoja wyszukiwarka

JACEK KUNICKI
FELIETON Z ŁEZKĄ - BARTŁOMIEJ THIMONNIER I EMANCYPANTKI
Wiedza i Życie nr 2/2000
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 2/2000

Śmiesznie się złożyło, ale takie przypadki zdarzają się żurnalistom, bo poprzedni felieton poświęciłem pocztowym znaczkom, a dzisiejszy zaczynam również od znaczka.

Otóż działo się to ponad 40 lat temu, ściślej 5 marca 1956 roku. Miasteczko l'Arbresles w departamencie Rodanu miało swój wielki dzień dyrekcja Poczt i Telegrafów, dla uczczenia pamięci Barthelemy Thimonniera, tam właśnie urodzonego wynalazcy maszyny do szycia, posta-nowiła wydać znaczek z jego podobizną i na 24 godziny otworzyć specjalny urząd pocztowy, który przystawiał pieczątkę "Premier jour", czyli "Pierwszy dzień obiegu", stanowiącą prawdziwą gratkę dla filatelistów. Jacyś uczniowie z północy Francji, którym udało się zdobyć cenne koperty, napisali do kolegów z l'Arbresles list z prośbą o więcej informacji o wynalazcy. Wtedy wyszło szydło z worka. Badając miejskie akta, młodzi ludzie odkryli, że o ile wydrukowana na znaczku data urodzenia wynalazcy 1793 jest prawdziwa, to data jego śmierci 1859 mija się z prawdą; zmarł on wprawdzie w departamencie Rodanu, ale w miasteczku Amplepuis, gdzie rozpoczynał swą działalność, a znakomita skądinąd encyklopedia Larousse'a podaje fałszywe dane.

Niełatwe było życie bohatera tej opowiastki. Jego pomysł nie przyniósł mu żadnego sukcesu, wręcz przeciwnie, taki jednak bywa los wielu odkrywców. O tym za chwilę, najpierw wycieczka w przeszłość.

Historia igły sięga oczywiście bardzo odległych czasów. Już nasze praprzodkinie w jaskiniach musiały zszywać skóry czy pierwsze tkaniny. Służyły im do tego igły kościane lub wyrabiane z ości. I takim instrumentem posługiwano się długo. Podobno pierwsze igły stalowe pojawiły się w Norymberdze około 1370 roku. W XVI wieku były już na tyle rozpowszechnione, że król Henryk VIII przyznał producentom igieł w Anglii specjalny przywilej. No, a potem długo nic, aż do momentu, kiedy krawiec Barthelemy Thimonnier nie wpadł na pomysł, że to, co robi się ręcznie, można również wykonać maszynowo. 17 kwietnia 1830 roku opatentował swój wynalazek. Zebrał kilku wspólników i wyruszył do Paryża, gdzie, dysponując już 80 maszynami swojej konstrukcji, uruchomił wytwórnię wojskowych mundurów. Była to zbyt groźna konkurencja dla miejscowych krawców. Zakład zbankrutował, a wynalazca z jedną maszyną na plecach, bez pieniędzy wracał na piechotę w rodzinne strony, zarabiając na dalszą podróż na targach, gdzie demonstrował swoją "ciekawostkę". Później ciągle ją ulepszał i wreszcie wyjechał do Anglii, gdzie wprawdzie spotkało go dobre przyjęcie, ale zawiodło zdrowie.

Schorowany i rozczarowany wrócił do Francji, gdzie wkrótce zmarł, pozostawiając w nędzy żonę inwalidkę z dziećmi. Nie pomogło nawet to, że na wystawie narodowej przyznano mu przed śmiercią medal I klasy za "wynalazek, który stworzył wzór dla innych maszyn tego rodzaju". Określenie to ściśle odpowiada prawdzie, bo maszyna Thimonniera na pewno nie była doskonała. Ciężka, wręcz fabryczna, z igłą pracującą w pozycji horyzontalnej, bo tak od tysiącleci szyły kobiety, rwąca i plącząca nić, co stanowiło jej największą wadę. Gdyby jednak jej nie było, to Amerykanin Singer, którego nazwano później "Napoleonem maszyn do szycia", nie wpadłby może na pomysł, iż igła powinna chodzić z góry na dół, że inaczej trzeba ustawić czółenka, a w ogóle całe urządzenie musi być względ- nie tanie, łatwo dostępne i tak proste, aby można posługiwać się nim w domu. Singer osobiście zajął się kampanią reklamową. Wymyślił również sprzedaż ratalną, dzięki czemu firma Singer podbiła równie szybko Amerykę i Europę, a w końcu cały świat. Ale tak już jest na frontach wojen oraz nauki i techniki niekiedy pierwsza szarża musi paść, by ci z drugiej linii odnieśli zwycięstwo.

Została jeszcze do wyjaśnienia kwestia, skąd w tytule felietonu obok nazwiska wynalazcy znalazły się emancypantki. Otóż pewien związek istnieje rozwój ekonomiczno?techniczny ma wpływ na zjawiska społeczne i odwrotnie. Maszyna do szycia stworzyła w XIX w. warsztat pracy dla dziesiątków tysięcy kobiet (chyba zaniżyłem liczbę) w Europie i Ameryce. Były to panny i mężatki z tzw. ubogich sfer, które sytuacja finansowa zmuszała do pracy, a maszyna i powstające szwalnie dawały szansę zarobku. Na tym jednak sprawa się nie kończy, ponieważ, częściowo choćby, wyzwolone z domowej kurateli młode kobiety, kontaktując się wzajemnie, wymieniając doświadczenia, nabierały tego, co (przepraszam, ale to niekoniecznie marksistowski termin) nazywa się świadomością społeczną. Tak zaczęła się walka kobiet o ich prawa, a właściwie równouprawnienie. Oczywiście, sufrażystkami były głównie kobiety ze średnich, a nawet wyższych klas społecznych, tylko że ich salonowe demonstracje nie dałyby nic, gdyby na ulicach Londynu, Paryża i innych metropolii nie pojawiły się w pewnym momencie tłumy midinetek, prostych szwaczek i robotnic.

Czy nadtytuł Felieton z łezką jest właściwy? Myślę, że tak, zważywszy na smutny los głównego bohatera, ale z drugiej strony nie bo przecież maszynie do szycia chyba nic nie zagraża. Nic nie wskazuje, by miała odejść do lamusa, choć coraz częściej kupuje się gotową konfekcję, która jest klejona, a nie szyta. Zgodnie ze zwyczajem przeprowadziłem prywatną miniankietę. Oto wyniki:

Mój krawiec: Mam wnuka po córce, więc będzie to inne nazwisko, ale już świetnie opanował maszynę. Szefowa znanej (nie tylko w Polsce) firmy konfekcyjnej: Bez szycia nie ma życia. Projektant mody z firmy Cardin: Najpierw wielbłąd przejdzie przez ucho igielne nim skończy się igła w naszym zawodzie. Wszyscy podkreślali, rzecz jasna, że maszyny do szycia ciągle się zmieniają, stają wielofunkcyjne, a w związku z tym również coraz trudniejsze w obsłudze, ale to właśnie dowodzi, iż mają jeszcze przed sobą przyszłość. Najbardziej przekonała mnie jednak wypowiedź koleżanki mojej 13-letniej wnuczki: To przecież nie byłoby zgodne z tradycją wywodzącą się jeszcze od Penelopy. Nie prostowałem już, że Penelopa tkała, a nie szyła, lecz pomyślałem, iż skoro niektóre przynajmniej przedstawicielki młodego pokolenia niewieściego myślą podobnie, to chyba igła przetrwa długo, a z nią pomysł Bartłomieja Thimonniera.