Twoja wyszukiwarka

JERZY KOWALSKI-GLIKMAN
O FIZYKACH I HUMANISTACH
Wiedza i Życie nr 2/2000
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 2/2000

Fizyka współczesna nie tylko dała nam obraz materialnego świata, humaniści też mogą nauczyć się czegoś, słuchając fizyków.

Fizyka nie jest lubiana, uczniowie postrzegają ją jako nudną i trudną dziedzinę wiedzy. Z drugiej strony, istnieje powszechne zainteresowanie fizyką współczesną, kosmologią itd. Książki popularne, na przykład Stephena Hawkinga, odnoszą wielki sukces komercyjny.

Ten problem ma dwa oblicza. Zainteresowanie fizyką wynika przede wszystkim z tego, że jest ona naprawdę pasjonująca. Jest to nauka, która umożliwia nam uzyskanie wizji materialnego świata. Z drugiej strony, uczniowie fizyki nie lubią. W moim przekonaniu, dzieje się tak dlatego, że na lekcjach kładzie się głównie nacisk na mechaniczne zapamiętywanie aktów i umiejętność rozwiązywania zadań, często zupełnie oderwanych od rzeczywistości. Co więcej, program nauczania nie zmienił się niemal zupełnie od II wojny światowej, a więc uczy się ciągle fizyki klasycznej, pomijając niemal zupełnie teorię względności i fizykę kwantową. Jest to zadziwiające, bowiem można z łatwością wprowadzić uczniów w problematykę fizyki współczesnej bez konieczności szczegółowego omawiania fizyki klasycznej. Istnieje jednak duży opór przeciwko takiemu podejściu. Wynika to zapewne z faktu, że wielu nauczycieli nie zna zbyt dobrze mechaniki kwantowej czy teorii względności i nie chce pytań, na które nie potrafią odpowiedzieć. Metodologia nauczania fizyki, przynajmniej w USA, jest znacznie opóźniona w stosunku, na przykład, do biologii, gdzie od samego początku mówi się o mikrobiologii, genetyce itp.

To, że nie jesteśmy w stanie pokazywać młodym ludziom fizyki współczesnej, a zamiast tego karmimy ich nudną fizyką newtonowską, powoduje, że coraz mniej osób decyduje się studiować fizykę. Biolodzy umieją mówić o biologii współczesnej w sposób przystępny i zarazem pobudzający wyobraźnię my z jakichś powodów nie potrafimy. Jest prawdą, że biologia przeżywa obecnie okres rewolucji, ale to samo odnosi się przecież do fizyki.

To, tłumaczy w pewnym stopniu, dlaczego humaniści nie mają zupełnie pojęcia o wyłaniającym się ze współczesnej fizyki nowym obrazie świata. Wydaje mi się nie wiem, czy się Pan ze mną zgodzi że myślą oni zupełnie inaczej i że mamy olbrzymie trudności w przetłumaczeniu naszej wizji świata na ich język.

Ja również dostrzegam podział na humanistów i naukowców zajmujących się naukami społecznymi z jednej strony, a przyrodnikami z drugiej. Na marginesie warto zauważyć, że bardzo łatwo wytłumaczyć najnowsze osiągnięcia nauk przyrodniczych artystom: malarzom, rzeźbiarzom, architektom; to mnie w pierwszym momencie bardzo zaskoczyło. Sądzę, że linia podziału biegnie pomiędzy nami a twórcami pracującymi z tekstem: analizującymi i porównującymi dzieła napisane dawniej i tworzącymi własne utwory pisane. Dla nich punktem wyjścia do działalności intelektualnej jest tekst i jest on również jej efektem. Czują się bardzo komfortowo we współczesnym nurcie intelektualnym, w myśl którego wszystko, o czym daje się pomyśleć, jest tekstem: dzieło sztuki, takie jak obraz czy rzeźba, jest tekstem, przyroda jest tekstem. Postrzegają oni i to, co robią artyści, i to, co robimy my, osoby zajmujące się naukami przyrodniczymi, w sposób podobny do swojej własnej działalności, tzn. jako transformację jednego tekstu w drugi.

Według nich, podstawową metodą badań naukowych jest interpretacja, co prowadzi do problemów związanych z analizą, tłumaczeniem, hermeneutyką. Trudno im uchwycić to, co robimy, bowiem przedmiotem naszych zainteresowań nie jest tekst. Oczywiście, my również studiujemy prace innych uczonych, ale ani teoria fizyczna, ani twierdzenie matematyczne nie jest tekstem, doświadczenie przeprowadzone w laboratorium fizycznym nie jest nim również, i wydaje mi się, że obraz czy rzeźba również nie są tekstem. Dla nas punktem wyjścia jest pewnego rodzaju interakcja z naturą, rzeczywistością, którą staramy się zrozumieć. Oczywiście, wyniki naszej pracy zapisujemy w postaci tekstu, ale zrozumienie, którego poszukujemy, bardzo różni się od interpretacji, będącej celem badań humanistów.

Rozumiem, że pod mianem "humanistów" kryją się przedstawiciele postmodernistycznego nurtu myślowego.

W zasadzie tak. Nie zamierzam w żadnym wypadku deprecjonować humanistyki. Jacques Derrida, jeden z najbardziej znanych współczesnych filozofów, bywa od czasu do czasu w Nowym Jorku. Próbowałem czytać jego teksty i nie mogłem przez nie przebrnąć. Kiedy jednak poszedłem na jego wykład, okazało się, że jest niezwykle wnikliwym myślicielem, pełnym subtelnego dowcipu - mogę sobie tylko wyobrażać, jak jego referat brzmiałby po francusku. Derrida dzielił się przemyśleniami na temat idei demokracji, przyszłości Europy w epoce po upadku bloku komunistycznego i było to bardzo interesujące. Jednak fakt, że bardzo trudno mi zrozumieć jego myśli wyrażone w formie pisanej, świadczy o istniejącym między nami rozdźwięku.

Ostatnio przez środowiska intelektualne Stanów Zjednoczonych przetoczyła się dyskusja na ten temat. Wszystko zaczęło się od sprawy Alana Sokala. Pozornie historia ta jest po prostu dobrym żartem. Z drugiej strony, odnoszę wrażenie, że tkwi w niej coś głębszego. Jaka jest Pana opinia na ten temat?

Dla mnie historia ta była pewnym rozczarowaniem, niewykorzystaną szansą. Stała się pretekstem do wielu dyskusji, konferencji itd.; na kilka zostałem zaproszony jako reprezentant nauk przyrodniczych (dla niektórych osób obecność Alana Sokala była zbyt trudna do przełknięcia). Odnoszę wrażenie, że w ostatecznym rozrachunku nie udało się wykorzystać niezwykle sprzyjającej okazji do znalezienia jakiś nici porozumienia pomiędzy humanistami a przyrodnikami.

Alan pokazał, że wydawców pewnego periodyku naukowego można łatwo zmylić za pomocą żartu, który dla nas jest zupełnie oczywisty. Mówi to wiele o dzielącej nas przepaści i o kompetencjach redaktorów. W wyniku tego zdarzenia wielu przyrodników doszło do wniosku, że humaniści są mało profesjonalni, nie kontrolują tego, co robią, czytają bezkrytycznie to, co się im podsunie, ale, moim zdaniem, jest to zbyt prosta konkluzja, nie mówiąc o tym, że jest po prostu obraźliwa.

Istota problemu polega na tym, że stykamy się z humanistami, którzy działają w metodologicznych i filozoficznych ramach, które dla nas, przyrodników, są trudne do zaakceptowania. Odnoszę wrażenie, że również wtedy, kiedy oni piszą o tym, co my robimy, gubią coś podstawowego. Myślę, że trzeba gruntownie przeanalizować punkty, w których się nie zgadzamy, bowiem choć niektórzy humaniści podobnie jak niektórzy przyrodnicy są epigonami i kabotynami, wielu z nich, tak jak Derrida, to naprawdę głębocy i precyzyjni myśliciele. Sądzę, że należy bardzo serio potraktować ich punkt widzenia i starać się odpowiedzieć na pytanie, w czym tak naprawdę się nie zgadzamy.

W moim przekonaniu, podstawowa różnica tkwi w tym, że my, fizycy, uważamy, iż choć rzeczywistość można postrzegać w sposób relatywny, to jednak wszystkie te relatywne wizje odnoszą się do tej samej jednej rzeczywistości, choć różni "obserwatorzy" widzą ją w różny sposób. Nie mamy pełnego wglądu w tę rzeczywistość, ale jesteśmy głęboko przekonani, że ona obiektywnie istnieje. Z drugiej strony, odnoszę wrażenie, że humaniści zgadzają się z twierdzeniem, iż wszystko jest relatywne, ale mają wątpliwości, czy za tymi relatywnymi wizjami kryje się jakaś określona rzeczywistość.

Żaden z humanistów, wyznawców tego poglądu, nie zdecyduje się na przykład na skok z okna, więc jeśli twierdzi, że nie istnieje rzeczywistość, to jest to intelektualnie nieuczciwe. Dla humanistów związek między wiedzą i percepcją a rzeczywistością jest znacznie bardziej skomplikowany, niż sądzimy my, przyrodnicy. Jeśli ich o to spytać, odpowiedzą, że, oczywiście, istnieje rzeczywistość, ale są jednocześnie przekonani, że to, co nazywamy wiedzą na temat tej rzeczywistości, jest w istocie konstrukcją będącą w przeważającym stopniu odbiciem historii kulturowej lub wręcz doświadczeń indywidualnych.

Kiedy usiłuję z nimi dyskutować, dochodzimy zazwyczaj do pytania o rolę władzy w społeczeństwie demokratycznym. Jest to polemika istotna szczególnie w kontekście społeczeństwa amerykańskiego, które stanowi konglomerat społeczności o różnych kulturach i historiach. Humaniści są szczególnie wyczuleni na problem, w jakim stopniu grupa dominująca narzuca reszcie społeczeństwa swoją wizję rzeczywistości, służącą ich konkretnym interesom politycznym, ekonomicznym itd.

Jest to więc grupa, która tworzy rzeczywistość na użytek innych. To bardzo polityczne stwierdzenie?

Oczywiście, to czysta polityka. W środowiskach akademickich w Stanach Zjednoczonych istnieje mocne przekonanie, że niezwykle ważną częścią otwarcia na demokrację jest przyznanie równego statusu punktom widzenia i percepcji różnych grup istniejących w społeczeństwie. W kontekście teorii prawa rozumie się to tak, że liberalna teoria prawa polegała na wyrażeniu interesów grup dominujących w społeczeństwie, zaś w społeczeństwie demokratycznym należy dopuścić pluralizm, w myśl którego rozmaite grupy społeczne mają nieco inne wizje społeczeństwa jako całości, bowiem ich relacje z pozostałą częścią społeczeństwa są nieco inne. (To rozumowanie trąci marksizmem, co nie oznacza automatycznie, że jest nieprawdziwe). Dlatego usiłuje się zbudować podstawy intelektualne takiego pluralizmu.

W fizyce mamy podobną, pluralistyczną wizję świata. Teoria kwantów uczy nas na przykład, że obserwujemy rzeczywistość z różnych perspektyw.

Zgadzam się. Punktem, w którym się nie zgadzamy, jest następny krok czyniony przez niektórych humanistów i socjologów, polegający na stwierdzeniu, że nasza perspektywa jest w pełni uwarunkowana społecznie. Równocześnie neguje się możliwość, iż w kulturach istnieje jakiś pierwiastek uniwersalny. Na marginesie pojawia się tutaj problem "tłumaczenia", tzn., czy ja, biały mężczyzna z klasy średniej, jestem w stanie zrozumieć punkt widzenia indiańskiej kobiety lub czarnego mężczyzny. Te wizje wydają się nieprzekładalne.

To, co Pan mówi, przypomina mi mechanikę kwantową w jej najbardziej ortodoksyjnej interpretacji, tzw. interpretacji kopenhaskiej. Mówi ona, że choć możemy obserwować rzeczywistość z różnych perspektyw, to rzeczywistość jako taka w istocie nie istnieje. Nie ma więc sensu zadawanie pytań ontologicznych, dotyczących obiektywnej rzeczywistości, a należy jedynie rozważać problemy epistemologiczne związane z tym, jak jest ona postrzegana. Czy podobnie rzecz się ma w naukach społecznych?

Do pewnego stopnia tak. Nauki przyrodnicze sugerują jednak drogę wyjścia z tej sytuacji. Nawet w mechanice kwantowej musi istnieć zgodność pomiędzy różnymi obserwacjami. W ramach teorii względności dokładnie wiemy, jak to sformułować. Nasze rozumienie tej teorii jest takie, że istnieje wiele perspektyw, ale odpowiadają one jednemu światu.

Odnoszę wrażenie, że w istocie bardzo łatwo zrozumieć ludzi pochodzących z innych kultur. Jedną z konsekwencji współistnienia kultur jest wzajemne zainteresowanie. Miliony ludzi w Europie i w USA studiują filozofie Dalekiego Wschodu. W Japonii miliony ludzi zajmują się zachodnią sztuką. Można wziąć dzieło literackie pochodzące ze starożytnych Chin czy z Afryki i bez problemu zrozumieć, kim byli przedstawieni w nim ludzie.

Istnieje problem komunikacji między nami a humanistami. Jest jednak wiele zagadnień, które powinniśmy omówić, a gotowość do takiej dyskusji musi wyjść z obu stron. Trzeba przy tym zrozumieć, skąd przychodzimy, co może być szalenie trudne. Mam olbrzymie trudności w przyswojeniu postkantowskiej tradycji intelektualnej. Kiedy czytam Hegla i jego następców, odnoszę wrażenie, że piszą tak, jakby nie istniał w ogóle świat przyrody i nie istniała potrzeba jego zrozumienia. Idee te są zapewne niezwykle interesujące, ale dla mnie w dużym stopniu hermetyczne. Myślę, że humaniści próbują równie usilnie i bez powodzenia zrozumieć nas.

Pytanie będące jądrem naszej polemiki brzmi: czy rzeczywistość jest rozbita na tyle wersji, ile jest społecznych i kulturowych punktów widzenia, których nie można wzajemnie na siebie przetłumaczyć, czy też jesteśmy ludzie żyjący w różnych kulturach, prowadzący różny tryb życia niezwykle blisko ze sobą spokrewnieni i bez problemów możemy się nawzajem zrozumieć? To bardzo ważne, który z tych punktów widzenia okaże się prawdziwy. Na przykład ma to wielkie znaczenie dla modelu demokracji w Stanach Zjednoczonych. Jeśli pierwsza koncepcja jest prawdziwa, trudno sobie wyobrazić, jak można zbudować społeczeństwo demokratyczne. Dotyczy to zresztą nie tylko społeczeństwa amerykańskiego. Stopień migracji jest obecnie tak wysoki, że jeśli problem ten nie występuje w Polsce teraz, pojawi się w ciągu najbliższych kilkunastu lat. Jest to więc zagadnienie niezwykłej wagi

. Jestem jednak optymistą. Przykład muzyki pop pokazuje, że istnieją kanały komunikacji międzykulturowej, wzajemnego zrozumienia. Pojawiają się nowe formy błyskawicznej komunikacji pomiędzy społecznościami. Ktoś gdzieś zmienia ubiór czy uczesanie, a w pół roku później młodzi ludzie w odległych zakątkach świata wyglądają i zachowują się tak samo.

Czy istnieje jakiś sposób na pokonanie przepaści dzielącej przyrodników i humanistów? Czy możemy nasze wizje przetłumaczyć na zrozumiały dla nich język?

Przede wszystkim musimy zlokalizować punkty, w których nasze filozofie nie zgadzają się. Należy podejść do tego serio. Powiedzieć: OK. Wy wierzycie, że wiedza jest wytworem społecznym, my zaś widzimy ograniczenia narzucane na naszą wiedzę przez świat zewnętrzny. W większości idei, które wydają się nam naturalne, wyczuwamy współgranie rzeczywistości. Musimy w jakiś sposób przekazać tę obserwację. Powinniśmy więc zacząć dyskutować, a oznacza to również wysłuchanie argumentów drugiej strony. Humaniści wierzą w coś, co wydaje się im spójne, i musimy postarać się zrozumieć ich tok myślenia. Zastanawia mnie, że nie mamy takich problemów z artystami: malarzami rzeźbiarzami, architektami. Wydaje mi się, że oni podobnie do nas współgrają z rzeczywistością.

Fizycy teoretycy prowadzą swoje badania na styku z rzeczywistością, ograniczeni przez dane obserwacyjne. Artyści mają podobne doświadczenia. Oni również odwzorowują rzeczywistość. Obraz, rzeźba nie są tekstem, bardziej przypominają teorię fizyczną czy twierdzenie matematyczne. Są wewnętrznie spójną całością, która zawiera jakąś informację na temat świata. Warto zauważyć, że w kręgach artystycznych istnieje coraz silniejsza opozycja przeciwko postmodernistycznemu modelowi krytyki sztuki, polegającemu na próbie przekształcenia dzieła sztuki w tekst.

Czy nie jest prawdą, że podstawowa różnica pomiędzy nami i artystami a krytykami sztuki, literatury itp. polega w istocie na tym, że my pragniemy odwzorować rzeczywistość, a oni rzeczywistość stworzyć lub ukształtować?

Kiedy, tak jak dzisiaj, jesteśmy na konferencji i słuchamy referatu, mamy wszyscy świadomość, że to, co zostało powiedziane, albo jest fragmentem nauki i przetrwa konfrontację z rzeczywistością (będzie zgodne z obserwacjami przyrody), albo nie, i w tym drugim przypadku jest bezwartościowe. To samo dotyczy artystów. Obraz wisi w galerii i ma przykuć uwagę widzów, dla których jest albo piękny, albo nie. Zaprojektowany przez architekta budynek nie może runąć po zbudowaniu.

Humaniści nie wydają się przywiązywać do tego kryterium zbyt wielkiej wagi. Dla nich tekst ma wartość samą w sobie, niezależną od otaczającego Wszechświata. Ich działalność nie polega na wzajemnej interakcji z rzeczywistością. Istnieje duża i wpływowa grupa uczonych, którzy uważają, że wpływ rzeczywistości naprawdę naukową czy artystyczną siłę wyrazu nie jest zbyt wielki. W tym miejscu zgadzam się z Alanem Sokalem i uważam, że taki punkt widzenia jest niezwykle niebezpieczny, szczególnie w kontekście politycznym. Mawia się, że demokracja wymaga otwartości i pluralizmu, ale jeśli neguje się istnienie obiektywnej rzeczywistości społecznej leżącej u podstaw konstruowanych teorii, to trudno znaleźć przekonujące argumenty za tym, że system społeczny powinien i może być reformowany.

Afera Sokala

Alan Sokal jest fizykiem pracującym na Columbia University. Dwa lata temu skompilował, korzystając z wyrwanych z kontekstu cytatów z prac humanistycznych, pozbawiony sensu artykuł?parodię zatytułowany Hermeneutyka kwantowej grawitacji. Artykuł opublikowany został w miesięczniku "Social Text", którego naczelnym redaktorem jest Stanley Fish, profesor literatury angielskiej w Duke University. Intencją Sokala było wykpienie ruchu antynaukowego, ale okazało się, że jego tekst jest nie do odróżnienia (przynajmniej dla redaktorów "Social Text") od poważnych publikacji należących do tego nurtu.

"Rzeczywistość" fizyczna jest konstruktem społecznym i lingwistycznym w tym samym stopniu, co "rzeczywistość" społeczna (...) "wiedzy" naukowej daleko jest do obiektywizmu, koduje ona i powiela dominującą ideologię i strukturę władzy tej kultury, której jesteśmy wytworem - pisze w swojej parodii Sokal.

Szersze omówienie Afery Sokala znaleźć można w "Świecie Nauki" nr 5/1998.

Lee Smolin

Jest profesorem fizyki na Uniwersytecie Penn State w USA, autorem jednej z najgłośniejszych książek popularnonaukowych ostatnich lat Życie wszechświata, której tłumaczenie ukazało się ostatnio nakładem wydawnictwa Amber (recenzję tej książki można znaleźć w numerze 5/1999 "Świata Nauki"). Lee Smolin jest jednym z czołowych przedstawicieli powstałego pod koniec lat osiemdziesiątych w USA i Wielkiej Brytanii ruchu "trzeciej kultury". Nazwa ta pochodzi z wydanej na początku lat sześćdziesiątych książki C.P. Snowa The Two Cultures, w której autor przeciwstawia humanistów, tradycyjnych intelektualistów, naukowcom zajmującym się naukami przyrodniczymi, prorokując jednocześnie powstanie pomostu nad przepaścią rozdzielającą humanistykę od nauk przyrodniczych. "Trzecia kultura" grupuje uczonych, którzy przejmują rolę tradycyjnej elity intelektualnej w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania nurtujących ludzkość od zarania dziejów: czym jest Wszechświat, czym jest życie, czym jest świadomość? (Manifestem ruchu jest książka Trzecia kultura, której polski przekład ukazał się nakładem wydawnictwa CiS). Profesor Smolin przebywał ostatnio w Polsce na zaproszenie Uniwersytetu Wrocławskiego.