Twoja wyszukiwarka

PAWEŁ ŁUKÓW
O HUMANISTACH I FIZYKACH
Wiedza i Życie nr 2/2000
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 2/2000

Gdy humanista wypowiada się na tematy z zakresu nauk przyrodniczych, na twarzach naukowców pojawia się uśmiech. Jest w nim niekiedy coś z pogardy, która czasem wygląda jak politowanie, współczucie, a w najlepszym razie zatroskanie o biedną istotę, której trzeba wybaczyć, bo nie wie, co mówi.

Swoje wyobrażenie o humanistyce wielu naukowców tworzy pod wpływem "mitu filozofa": zamknięty w wieży z kości słoniowej samotnik wydobywa z siebie mądrość, a jego kontakt ze światem jest co najwyżej niedoskonały. Przyrodnicy często sądzą, że filozof to ktoś nie z tego świata, osoba trochę szalona i mówiąca niejasno. Anegdotę o Talesie z Miletu, który przyglądając się gwiazdom wpadł do rowu, rozumieją jako przykład oderwania filozofa od świata, choć równie dobrze można by ją opowiedzieć o matematyku czy astronomie. Ale wtedy nie ilustrowałaby dziwactwa. Przytaczano by ją na przykład w celu pokazania młodym naukowcom, jak fascynujące jest zajęcie badacza.

Ulegając "mitowi filozofa", niektórzy, jak Lee Smolin, twierdzą nawet, że przyrodnikom bliżej jest do malarzy i architektów niż do humanistów (których Smolin utożsamia z filozofami postmodernistycznymi), ponieważ i artyści, i naukowcy zajmują się rzeczywistością. Lecz jeśli świadectwem lepszego kontaktu z rzeczywistością jest materialna forma dzieł artysty, to równie bliski rzeczywistości jest każdy, kto pisze książki i wygłasza referaty.

Gdyby więc pokrewieństwo między przyrodnikiem a artystą było autentyczne, to na pewno nie dzięki zajmowaniu się tą samą rzeczywistością. Artysta komunikuje rzeczy, przeżycia, emocje, których nie potrafi opowiedzieć dosłownie. Próbuje przekazać je w zmysłowo dostępnych wytworach: w rzeźbach, obrazach, w muzyce, opowieści, lecz są one środkami wyrazu treści dotyczących innej rzeczywistości. Nawet w najbardziej realistycznych rodzajach sztuki celem artysty nie jest odtwarzanie widzialnego świata. Natomiast przyrodnik wierzy, że pewne abstrakcyjne teorie w zasadzie pozwalają wyjaśniać zwyczajne doświadczenie. Chociaż obejmuje ono rzeczywistość rzeźb, obrazów i muzyki, to na pewno nie jest to rzeczywistość, którą opisuje artysta.

Równie osobliwe jest wyobrażenie Smolina o humanistyce (czytaj filozofii), które zapewne w znacznej części zbudował na podstawie swych doświadczeń. Lecz jeśli modelowym humanistą jest Jacques Derrida, to wzorcowym przyrodnikiem powinien zostać Erich von Daeniken. Jak dla wielu filozofów Derrida wykracza poza filozofię w dziedzinę krytyki literackiej, tak dla sporej części naukowców Daeniken to autor opowieści fantastycznych. Nie osądzając prac tych autorów, można powiedzieć, że żaden z nich nie respektuje pewnych norm odpowiednich rzemiosł. Derrida nie argumentuje i nie przekonuje, lecz śledzi myśli i słowa. Daeniken nie przestrzega wymogów metodologii postępowania naukowego, traktując domysły jak fakty, a sugestie jak dowody.

Dodatkowych argumentów zdaje się dostarczać Smolinowi afera Alana Sokala. Fakt, że jakieś czasopismo drukuje bełkot, nie mówi niczego o humanistyce, a dużo o kompetencjach redakcji. Okoliczność, że Sokal parodiował tekst postmodernistyczny, ujawnia nie tyle problemy z humanistyką, co z postmodernizmem, a dokładniej problemy, jakie trapią samych postmodernistów. Postmodernizm to specyficzny sposób myślenia, lecz z powodu swej hermetyczności bywa azylem dla "zbiegów intelektualnych", którzy dla ukrycia niekompetencji i nonsensów używają etykietki postmodernizmu. W ten sposób postmodernizm czasami przypomina nowe szaty cesarza: nikt nie chce przyznać, że nonsens jest nonsensem, bo obawia się wyjść na głupca.

Sokal zachował się jak dziecko, które powiedziało, co widzi (a raczej, czego nie widzi: sensu) i zdemaskował dworzan z "Social Text". Na pewno jednak nie podał argumentu przeciwko filozofii lub humanistyce. Gdyby Sokal chciał w ten sposób zdyskredytować całą tzw. humanistykę, to ujawniałby niezrozumienie jej charakteru, podobne do tego, jakie zdaje się prezentować Smolin.

W Życiu wszechświata Smolin powiada, że jego studenci-humaniści nie lubili newtonowskiej fizyki dlatego, że podaje niewiarygodny obraz świata. Analizując tę fizykę, Smolin dochodzi do wniosku, że w newtonowskim wszechświecie nie ma miejsca dla życia, które jak się domyślamy interesuje humanistów. Smolin odrzuca hipotezę, że oferowany przez fizykę typ opisu świata nie tylko opis może jego humanistów nie interesować, a swoje wyjaśnienie opiera na argumentach, które owym humanistom nie przyszłyby do głowy. Sądzi, że obowiązujące w naukach przyrodniczych standardy naukowości są równie dobre do podejmowania wszelkich zagadnień. Kiedy więc protekcjonalnie mówi, że humaniści działają w metodologicznych i filozoficznych ramach, które dla nas, przyrodników, są trudne do zaakceptowania, to odnosi się wrażenie, że wytyka oczywisty błąd, a nie wskazuje na rozbieżność postaw. Smolin nie zauważa, że słownik przyrodników może po prostu nie nadawać się do rozpatrywania zagadnień, którymi zajmują się humaniści, że pewne zagadnienia, które poddają się ludzkiej refleksji, mogą równocześnie nie mieścić się w ramach królującego paradygmatu nauk przyrodniczych.

Nieprawdą jest, że humaniści mają jakieś zasadnicze trudności ze zrozumieniem przyrodników. Wielu z nich tego rodzaju podejście do świata po prostu nie interesuje, ponieważ polega na pewnym nieoczywistym założeniu. Przyrodnicy zwykle opierają się na realistycznej wierze, iż podają trafny obraz rzeczywistości. Propozycja wyskoczenia przez okno, składana humaniście, który kwestionuje realizm przyrodnika, zdradza niezrozumienie problematyki filozoficznej. Pytając, czy świat istnieje, filozof zastanawia się np. nad tym, w jakim stopniu nasze wyobrażenie świata jest niezależne od nas, co w naszej wiedzy jest naszym dziełem, a co przychodzi spoza nas jako odkrycie.

Przyrodnicy nie kwestionują pewnych przekonań, zaś filozofowie zastanawiają się nad ich poprawnością. Żadne badanie naukowe ani sukces technologiczny nauki sam przez się nie wykaże ich poprawności. Przyrodnicy nie badają usankcjonowanych przez paradygmat pytań, lecz szukają odpowiedzi. Filozofów interesuje trafność pytań, paradygmatów i leżących u ich podstawy założeń o strukturze świata; badają rodzaje możliwych opisów, ich konsekwencje i możliwości przekładania opisu jednego rodzaju na inny. Natomiast przyrodnicy pytają o fakty opisane w wybrany sposób.

Wielu uważa jak Smolin, że poprawny język opisu świata to język nauk przyrodniczych. Istnieją jednak dobre racje, aby sądzić, że gdyby neurofizjolog potrafił opisać stan układu nerwowego człowieka, który myśli, że coś jest prawdą bądź przeżywa zazdrość, to nie dowiedzielibyśmy się przez to niczego interesującego ani o przekonaniu o prawdziwości, ani o uczuciu zazdrości. Gdyby Smolin miał rację, to powinniśmy czekać na dzień, gdy z wypiekami na twarzy będziemy czytać neurofizjologiczną transkrypcję Newtona i Szekspira.

Dr PAWEŁ ŁUKÓW pracuje na Wydziale Filozofii i Socjoligii Uniwersytetu Warszawskiego.