Twoja wyszukiwarka

MICHAŁ RÓŻYCZKA
CZY ASTRONOMOWIE POTRZEBUJĄ BOGA?
Wiedza i Życie nr 3/2000
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 3/2000

W naszym kręgu kulturowym drogi myśli religijnej i myśli naukowej rozeszły się na procesie Galileusza. Od tamtej chwili trwał triumfalny pochód nauki, która w naszych czasach sięgnęła krańców Wszechświata. Sięgnęła - co dalej? Choć nie zawsze sobie z tego zdajemy sprawę, istnieją pytania, na które nauka nie może odpowiedzieć. Jednak może (i powinna) współpracować z odpowiadającą na te pytania religią.

Z powodów intuicyjnie zrozumiałych, choć przecież trochę irracjonalnych, astronomia jest tą specjalnością naukową, której najczęściej przypisuje się bliskie związki z Absolutem, zaś jej adepci tym gatunkiem naukowców, któremu najchętniej zadaje się pytania ostateczne (nazywam je tak, bo gdy padną, doprawdy nie ma już o co dalej pytać). Bardzo wymowny przykład takiego stosunku do astronomów można było zaobserwować podczas ostatniego Festiwalu Nauki, kiedy to moi koledzy przez dwie godziny dyskutowali z prawie dwustuosobową grupą festiwalowych gości, wielokrotnie poruszając problemy z pogranicza nauki, filozofii i religii. Nie zdziwiłem się więc, gdy przy redakcyjnym stole padło kiedyś pytanie, które powtarzam w tytule tego artykułu.

Astronomowie wyrzucili nas najpierw ze środka Wszechświata i usadowili na jednej z kilku planet; potem dowiedli, że mieszkamy na drobinie pętającej się przy jednej z miliardów gwiazd Galaktyki. Po raz trzeci zdegradowali nas niemal dokładnie 70 lat temu, gdy Edwin Hubble odkrył Wszechświat (tzn. opublikował pracę o ruchach galaktyk, od której zaczęła się współczesna kosmologia). Cała Galaktyka okazała się tylko jedną z miliardów jej podobnych, zaś my - czymś tak znikomym, że właściwie niewartym już wzmianki. Gdyby w tej chwili cały nasz Układ Słoneczny doszczętnie się zdematerializował, reszta Wszechświata w ogóle by tego nie zauważyła. A przecież w naszej tradycji to Człowiek miał być centrum Stworzenia. Gdzież więc szukać rozumnego Stwórcy? Czyż nie jest tak, że wiara słabnie pod naporem płynących z kosmosu informacji? Że nauka (a przede wszystkim astronomia) wiarę po prostu zabija?

Kiedyś było inaczej. Ptolemeuszowski obraz harmonijnego i niezmiennego Wszechświata z centralnie umieszczoną Ziemią wspaniale godził się z Biblią. Jednak już na długo przed Hubble'em ta sielanka została zakłócona przez Kopernika, którego wsparł swym teleskopem Galileusz. Nadwerężone wówczas stosunki między nauką i zinstytucjonalizowaną religią są po dziś dzień dalekie od wzajemnej sympatii. W XX wieku przepaść między tym, co można przeczytać w Biblii, a tym, jak naprawdę wygląda kosmos, okazała się tak głęboka, że pojawiła się potrzeba zmiany wykładni Pisma. Zgodnie z oficjalnym stanowiskiem Kościoła katolickiego, Księga Rodzaju nie jest już dosłownym opisem prac Stwórcy, lecz tylko obrazowym opowiadaniem ułożonym według wyobrażeń o świecie, jakie miał natchniony autor1.

Myśląc o tym wszystkim, można rzeczywiście odnieść wrażenie, że nauka zaatakowała wiarę i zrobiła to za pomocą teleskopu. Przecież posługująca się nim astronomia nie tylko obnażyła naiwność dosłownej interpretacji Biblii, lecz kazała zwątpić w sensowność Dzieła Stworzenia i zapytać: czy po to, by tchnąć życie w człowieka, naprawdę trzeba było wywołać z niebytu cały ogrom Wszechświata?

Przeciwstawianie wierzeniom religijnym samej tylko astronomii jest jednak czymś bardzo powierzchownym. Po pierwsze - astronomia nie wystarcza dziś do opisu Wszechświata. Jej odpowiedzialna za ten opis gałąź, czyli kosmologia, splątała się bowiem z fizyką cząstek elementarnych tak dalece, że żadna z tych dziedzin nie może rozwijać się w oderwaniu od drugiej. Podstawowe pytania o naturę Wszechświata musimy kierować pod adresem tworów o rozmiarach 10-33 cm, zaś praw rządzących tymi tworami nie poznamy bez zebrania odpowiednich informacji o całym Wszechświecie. Tyle przynajmniej zdaje się wynikać z dotychczasowych prób stworzenia teorii unifikujących cztery podstawowe oddziaływania fizyczne: elektromagnetyzm, słabe i silne oddziaływania jądrowe oraz grawitację. Po wtóre astronomia, nawet poszerzona o odpowiednie działy teorii cząstek elementarnych, nie jest samodzielną stroną konfliktu między doktryną religijną i wynikami badań naukowych. Linia frontu już od dawna rozciąga się poza odcinek astronomiczny na geologię, paleontologię, archeologię, genetykę, embriologię i biologię ewolucyjną.

Nie tylko astronomowie są więc dziś odpowiedzialni za ogólny obraz Wszechświata i nie do nich należy kierować pytanie: "czy jest wam potrzebny Pan Bóg?". Jego adresatem powinna być cała współczesna nauka, a jeszcze lepiej cała oparta na niej cywilizacja. I tak też będę na nie odpowiadał: nie jako astronom, lecz jako zwykły mieszkaniec tej planety, który reprezentuje jedynie siebie.

Zacząć muszę od tego, że mniemanie, iż jakimkolwiek przyrządem naukowym teleskopem, mikroskopem czy akceleratorem można zadać cios wierze, uważam za powierzchowne, zaś konflikt nauki z religią za pozorny. Wyniki badań naukowych (w tym obserwacji astronomicznych) są bowiem całkowicie neutralne wobec najgłębszych zagadnień religijnych. Religijnie nieobojętny staje się dopiero nasz stosunek do zdobywanej wiedzy. Jak tego chce cytowany już katechizm, w procesie gromadzenia wiedzy można ujrzeć długą drogę prowadzącą do poznania Boga. Z drugiej strony można okopać się na pozycjach ściśle ortodoksyjnych, żądając na przykład, by uczono dzieci, że nadnaturalna siła stworzyła nas około 6 tys. lat temu. Wiara może chłonąć naukę i rozwijać się dzięki budzonym przez nią refleksjom; może też odrzucać naukę i kostnieć, przeradzając się w zwykły fanatyzm.

Niezdrowa skrajność zagraża jednak nie tylko wierze. W taką samą pułapkę równie łatwo wpada nauka, gdy tylko nabiera zbytniej pewności siebie. Naukowa metoda poznawania rzeczywistości sprowadza się do prostego schematu, w którym cyklicznie powtarzają się trzy czynności: wykonywanie obserwacji lub doświadczeń, budowanie bazującej na nich teorii oraz sprawdzanie jej przewidywań. Te ostatnie są weryfikowane za pomocą nowych doświadczeń i obserwacji. Gdy okażą się fałszywe do teorii wprowadza się odpowiednie poprawki. Metoda naukowa sprawdziła się już niezliczoną ilość razy, ale... nie jest wszechmocna. Stosując ją, nie otrzymamy odpowiedzi na bardzo stare pytanie, które w moim uchu najdobitniej brzmi w dosłownym tłumaczeniu z angielskiego: dlaczego istnieje raczej coś niż nic? Nie dowiemy się też, jak należy postępować, żeby postępować dobrze, ani dlaczego właściwie dobrze jest postępować dobrze. Oczywiście, można przejść przez życie, nie zadając żadnego z tych pytań. Raz postawione, będą jednak powracały, ukazując wrodzoną ograniczoność nauki.

Nauka popada w skrajność, gdy o tej ograniczoności zapomina. Tylko wtedy może twierdzić, że wyklucza wiarę (lub, paradoksalnie, że ją umacnia czy wręcz odnajduje). Przez analogię do fanatyzmu religijnego pierwsze z tych stanowisk wypada nazwać fanatyzmem naukowym. Drugie, choć od fanatyzmu dalekie, jest równie jałowe; nierzadko jednak zajmowali je wybitni uczeni. Stephen Hawking w swej Krótkiej historii czasu napisał: Jeśli ją [chodzi o zunifikowaną teorię oddziaływań fizycznych, przyp. MR] kiedykolwiek sformułujemy i zaakceptujemy, będziemy mogli poszukiwać odpowiedzi na pytanie, dlaczego istnieje Wszechświat. I jeśli tę odpowiedź znajdziemy, poznamy myśli Boga. Nie był pierwszym, który chciał penetrować umysł Stwórcy. Skomponowaną w umyśle Boga Harmonię Sfer słyszał wszak Kepler, który nawet spisał ją w jednym ze swych dzieł na pięciolinii. O możliwości odczytania myśli Boga, zaszyfrowanych pod postacią położeń i pędów wszystkich materialnych obiektów we Wszechświecie w chwili stworzenia, napomykał też Newton.

Dwa ostatnie przykłady wskazują, że należy być bardzo ostrożnym przy formułowaniu podobnych sądów. Z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć o Bogu tylko jedno: próby dotarcia do Niego za wskazówkami podsuwanymi przez aktualne osiągnięcia naukowe są skazane na niepowodzenie. Jeśli nam się wydaje, że już, już łapiemy Go za nogi, z pewnością się mylimy.

Posłużę się konkretnym przykładem. Przed kilkunastoma miliardami lat zdarzyło się coś aż tak osobliwego, że leżącego (przynajmniej na razie) poza granicami fizyki. Owo "coś", zwane w astronomii Wielkim Wybuchem, sprawiło, iż Wszechświat zaistniał w takiej, a nie innej postaci i z pierwotnego stanu o niewyobrażalnie wysokiej gęstości przeewoluował do stanu obecnego, w którym panują warunki sprzyjające istnieniu co najmniej jednego gatunku istot rozumnych. Jego ewolucja przebiegała w taki, a nie inny sposób, ponieważ podstawowe stałe fizyczne (prędkość światła, stała grawitacji itd.) mają w nim takie, a nie inne wartości.

Specjalista bez większego trudu może sporządzić matematyczne modele wszechświatów, w których stała grawitacji będzie, dla przykładu, dwukrotnie większa od naszej, a jakaś inna stała na przykład pięciokrotnie mniejsza. Wyniki tych eksperymentów są bardzo zastanawiające: okazuje się, że nawet niewielkie zmiany wartości stałych fizycznych prowadzą do bardzo istotnych zmian właściwości modelowanych wszechświatów. Zestaw stałych, jaki charakteryzuje nasz Wszechświat, okazuje się praktycznie jedynym, który umożliwia uformowanie się galaktyk i gwiazd oraz syntezę pierwiastków niezbędnych dla życia. Jest wysoce prawdopodobne, że żaden inny zestaw nie "wyprodukowałby" Wszechświata, w którym moglibyśmy zaistnieć.

W obliczu tego faktu możemy zająć dwa stanowiska. Możemy uznać, że jeżeli nasz Wszechświat jest aż tak wspaniale dostrojony do naszych potrzeb, to widocznie właśnie takim musiał wynurzyć się z niebytu. Mówiąc wprost że został stworzony dla człowieka. Ale... wyjątkowość naszego Wszechświata może równie dobrze stać się podstawą rozumowania biegnącego w dokładnie przeciwnym kierunku. To, co zwykliśmy nazywać Wszechświatem, może przecież być zaledwie drobnym fragmentem całości na tyle pojemnej, by wraz z ożywionymi pomieściła wszystkie wszechświaty martwe. Gdyby tak było, fakt naszego istnienia zyskałby proste wytłumaczenie jako szczególna manifestacja wszechogarniającego chaosu, w którym jest wszystko oprócz uniwersalnych prawidłowości i miejsca dla Stwórcy. W takim "megaświecie" bylibyśmy tylko szczęściarzami, którym na loterii wszechświatów przypadła główna wygrana.

Tak więc, zaczynając od tych samych faktów naukowych, można dojść zarówno do Aktu Stworzenia, jak i do całkowitego, wszechogarniającego chaosu. Umieszczenie Stwórcy tam, gdzie zaczyna się Nieznane, nie zbliżyło nas do Niego ani o milimetr. Nic w tym dziwnego. Bóg nie może być kimś w rodzaju sapera, który w chwili t=0 (Wielki Wybuch) odpala umiejętnie przygotowany ładunek. Taka wizja musi budzić sprzeciw nawet w ateiście. Mało tego. Boga, z którego czynimy przedłużenie naszej aktualnej wiedzy, trzeba z upływem czasu skracać, co jest zajęciem uwłaczającym tyleż Jemu, co nam samym.

Nauka nie może zatem ani obalić wiary, ani jej uzasadnić. Niekiedy jednak sama udaje religię. Dzieje się tak, gdy jej ogromne sukcesy w badaniu świata myli się z rozwiązywaniem egzystencjalnych problemów człowieka. Pokusa rozciągania metody naukowej na wszystkie dziedziny ludzkich spraw jest bardzo silną pokusą. Ale pokusa ta załamuje się beznadziejnie wobec takich doświadczeń człowieka, jak cierpienie, śmierć, poszukiwanie sensu życia, wybór między dobrem i złem2.

Towarzyszące temu załamaniu rozczarowanie sprawia, że gromadzona przez naukę wiedza staje się dla nas balastem. Najlepiej czujemy to wtedy, gdy zdarza się nam westchnąć do czasów, w których pisane z dużej litery Niebo wisiało zwyczajnie wprost nad głową, a nasze wyobrażenia o Wszechświecie były proste i łatwe do przekazania. W takich chwilach zaczynamy wątpić w naszą cywilizację i podejrzewać, że rozwija się w złym kierunku. Trudno uciec od takich myśli, gdy śladem lawiny wiedzy, której już od dawna nikt nie ogarnia, zwala się na nas lawina przez nikogo nie kontrolowanych przemian. Ich oszalałe tempo i nieoczekiwane a niemiłe następstwa budzą coraz większy lęk. Wyraźnie słychać go w wypowiedziach, w których winą za wszelkie zło naszej cywilizacji obarcza się naukę. Coraz częściej słychać też pełne lęku wezwania do "wzięcia nauki w cugle", a może i zaprzestania wszelkiej działalności naukowej.

Nasz świat nie napawa optymizmem i jest rzeczą naturalną, że coś lub kogoś chciałoby się za taki stan rzeczy obwinić. Takie nastroje można i trzeba zrozumieć. Ale należy też zrozumieć, iż wszelkie próby porzucenia "balastu wiadomości" są daremne. Tego, co zostało odkryte, zakryć już się nie da. Z drogi, na którą wstąpiliśmy w ślad za Kopernikiem i Galileuszem, nie ma odwrotu. Tu, gdzie jesteśmy teraz, nie można się nawet zatrzymać. Zaspokojenie elementarnych potrzeb mieszkańców tej planety wymaga coraz większych ilości energii. Jej, znane nam, naturalne magazyny mają ograniczoną pojemności i w skali życia ludzkiego mogą zaświecić pustkami. Rezygnowanie w tym momencie z nauki, a nawet stawianie jej ograniczeń typu "to wolno badać, a tego nie wolno" jest nadzwyczaj niebezpieczne. Nauka jest naszą jedyną szansą na przetrwanie, znalezienie "czystych" źródeł energii i odrodzenie bezlitośnie eksploatowanego środowiska. Kto głosi, że zaangażowanie w działalność naukową było wielkim błędem ludzkości, a nie wyrzeka się wszelkich wytworów cywilizacji technicznej, zwyczajnie ośmiesza siebie i swoje poglądy.

Nauka jest nam niezbędna. Jej problemem jest jednak to, że nam nie wystarcza. Wszyscy poszukujemy wszechwyjaśniającego obrazu świata i potrzebujemy pewności, że żyjemy w prawdzie. Ciągła niepewność, zmiana, niezdolność do udzielenia odpowiedzi na podstawowe pytania, które stawia nam Wszechświat i świat ludzki, są czymś nieznośnym... Ludzie potrzebują zawsze potrzebowali - wiary, że świat można nie tylko opanować, ale i zrozumieć. Potrzeba ta stanowi, jak możemy sądzić, jeden z elementów składowych człowieczeństwa3.

Nasza naukowa cywilizacja, która stres i załamania nerwowe leczy za pomocą pigułek na szczęście, musi otwarcie pogodzić się z tym, że do pełni życia potrzebujemy czegoś, co rodzi się poza nauką i rozumem. Nieważne, jak do tego czegoś dochodzimy: poprzez objawienie, sztukę, radość czy rozpacz. Nieważne, jak to coś nazwiemy: wiarą, metafizyką, duchowością czy jeszcze jakoś inaczej. Ważne, by było prawdziwie wysokiej próby i rozwijało nas duchowo, zamiast, jak to się dzieje dzisiaj, wydawać na łup astrologom i okultystom. W tym właśnie sensie nie tylko astronomowie i nie tylko naukowcy, lecz wszyscy mieszkańcy tej planety potrzebują Boga, i to bardzo pilnie.

Czy odnajdą Go w od dawna funkcjonujących systemach religijnych? Sądzę, że jest to możliwe, pod pewnym wszakże warunkiem. W każdej religii istnieją dwa poziomy. Pierwszy, szczegółowy, mówi o Bogu jako o wszechmocnej istocie albo, jak w buddyzmie, o nirwanie i o ciągłości życia w cyklu śmierci i ponownych narodzin. Na poziomie drugim, ogólnym, wszystkie religie głoszą potrzebę życzliwości i bycia dobrym... Współczucie, miłość i przebaczenie są według mnie ideami wspólnymi dla wszystkich systemów religijnych. Każda religia niesie to samo przesłanie: bądź życzliwym człowiekiem4.

Jest chyba zupełnie oczywiste, któremu z tych poziomów należy przypisać większą, a któremu mniejszą wagę. Wbrew tradycyjnemu pojmowaniu wierzeń religijnych, dogmaty są sprawą drugorzędną. Kościoły i religie muszą to uznać, inaczej bowiem z oczywistą szkodą dla nas wszystkich nigdy się nie dogadają. Nie muszą przy tym wcale tracić tożsamości. Często porównuję konieczność istnienia różnych religii z koniecznością przyjmowania różnorodnych pokarmów, których potrzebują nasze ciała. ...Aby odpowiedzieć na jakże różne potrzeby duchowe istot ludzkich w zgodzie z ich oczekiwaniami, potrzebujemy wielu różnych filozofii, religii i tradycji duchowych. Dla jednego tylko systemu religijnego byłoby to zadanie niewykonalne. ...Nie ulega wątpliwości, że różne systemy wiary mogą współistnieć w zgodzie, ponieważ wyrastają ze wspólnej dla wszystkich, uniwersalnej moralności. Wystarczy, jeśli ludzie kroczący różnymi ścieżkami poznają się nawzajem, a to, czego się przy tym nauczą, wykorzystają dla udoskonalenia swych własnych praktyk religijnych5.

Położenie mniejszego nacisku na dogmaty to jednak nie wszystko. Prostą tego konsekwencją jest przyznanie, że nikt nie ma monopolu na Boga i że jedynie słuszne objawienie po prostu nie istnieje. Tak jak nauka tworzy modele świata (bo przecież świat z opisu naukowego jest tylko pewnym uproszczonym modelem świata rzeczywistego), tak wiara tworzy modele Boga. Musimy zrozumieć, że prawdziwie wierzący to nie ten, kto dosłownie czy w przenośni rżnie innych w imię wyższości swojego modelu, lecz ten, kto zgodnie ze swoją tradycją i swoją praktyką religijną dąży do doskonałości duchowej.

Jestem głęboko przekonany, że nasz świat bardzo potrzebuje zarówno tego zrozumienia, jak i tego dążenia. Właśnie w tym miejscu otwiera się pole do współpracy religii z nauką. Czyż bowiem ukształtowany przez współczesną naukę obraz świata nie nasuwa nowych interpretacji tradycyjnych prawd religijnych? I czyż obrazu owego nie można wykorzystać do pogłębienia naszego rozumienia tych prawd? Przecież nawet dogmaty w swej warstwie interpretacyjnej podlegają ewolucji, której jednym z najpotężniejszych czynników jest nieustannie i niezależnie od woli teologów dokonująca się konfrontacja przekonań religijnych z przekonaniami i świecie i jego funkcjonowaniu. Zgoda, nie jest łatwo żywić wierzenia, za które jest się gotowym umrzeć, a mimo to pozostawać otwartym na nowe horyzonty, ale właśnie takie połączenie zaangażowania i dociekliwości tworzy religijną dojrzałość6.

Mam niekłamaną nadzieję, że gdy religie i nauka nawiążą współpracę, wiara i rozum znów połączą się w harmonijną całość. Tak, byśmy mogli zrozumieć (a raczej: uwierzyć i poczuć), że wbrew naszym lękom i niepewności jutra jesteśmy dziećmi Wszechświata, takimi samymi jak drzewa i gwiazdy. Że mamy pełne prawo być tutaj. I że czy to pojmujemy, czy nie, Wszechświat idzie w dobrym kierunku7. Wszystkim nam życzę, by stało się to jak najprędzej.

1 Katechizm religii katolickiej, Éditions du dialogue, Paryż 1977.
2Michał Heller, Nowa fizyka i nowa teologia, Wydawnictwo Biblos, Tarnów 1992.
3 Leszek Kołakowski, Moje słuszne poglądy na wszystko, Wyd. Znak, Kraków 1999.
4 Tenzin Giaco (XIV Dalajlama Tybetu), Moc współczucia, Dom Wyd. Rebis, Poznań 1996.
5 Tenzin Giaco, Beyond Dogma, North Atlantic Books, Berkeley 1996, tłum. MR.
6 Michał Heller, op.cit.
7 M. Ehrmann, Desiderata, tłum. MR.