Twoja wyszukiwarka

EWA KOCHANOWSKA
KIEDY UCZENI BYLI ROMANTYKAMI
Wiedza i Życie nr 3/2000
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 3/2000

Wielu poetów romantycznych uważało, że poznanie rozumowe jest istotnym, lecz zaledwie pierwszym krokiem na drodze wiodącej ku odkryciu prawdy o istnieniu - znaleźli sojuszników wśród fizyków, matematyków, biologów.

Zaryzykować można tezę, że uczonym trzeba tylko dać trochę czasu (i nieco funduszy), by przyoblekli w realne kształty każdą, najbardziej nawet nieprawdopodobną koncepcję, jesteśmy bowiem przeświadczeni o nieograniczonych możliwościach rozumu. Z drugiej jednak strony, na każdym kroku natykamy się na setki poradników astrologicznych i okultystycznych, podręczników orientalnych technik kontemplacyjnych lub wyzwolenia duchowego. W popularnych dziennikach można przeczytać artykuły, iż uczeni nigdy nie zdołają odkryć prawdziwej natury świata, jeśli nie przyjmą do wiadomości istnienia Ducha, który ją stworzył. Posługując się wyłącznie rozumem, skazani jesteśmy na poznanie ułomne niczym ślepcy, którzy nigdy nie ujrzą światła.

Owo tendencyjne, rzecz jasna, zestawienie ilustruje w skrócie wyraźnie dziś zauważalny konflikt postaw intelektualnych, rozdarcie pomiędzy rozumowym a pozarozumowym oglądem świata. Rzadko jednak zdajemy sobie sprawę, że podobne rozterki poznawcze nie przypadły jedynie nam w udziale. Z wyjątkową siłą problem ten dał się we znaki pokoleniu urodzonemu w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XVIII wieku, z którego m.in. wywodziła się pierwsza fala romantycznych poetów.

Romantyczne przyrodoznawstwo

Tym terminem przyjęto nazywać osobliwy nurt, jaki pojawił się przede wszystkim w niemieckiej nauce na przełomie XVIII i XIX wieku. Dla dzisiejszych historyków nauki oznacza on mniej więcej tyle, co szalbierstwo ubrane w poetyczne słowa. Trudno im się dziwić gdy sięgniemy na przykład do spuścizny naukowej Henrika Steffensa, geologa, jednego z najbardziej wpływowych przedstawicieli omawianego kierunku, zobaczymy, że wśród zadań, jakie stawiał przed sobą, było odnalezienie wyższego, duchowego sensu w fizyce, a głównym celem prowadzonych przezeń badań udowodnienie wyższej jedności Wszechświata. Z kolei Gotthilfa Heinricha Schuberta, lekarza, interesowała przede wszystkim ciemna strona nauk przyrodniczych (tak brzmi tytuł jednej z najpoczytniejszych książek tego niezwykle popularnego w epoce autora), czyli tajemnica marzeń sennych, somnambulizm, jasnowidzenie. Wybitny zoolog, Lorenz Oken, starał się przeniknąć dogmaty teologii za pomocą quasi-matematycznych dociekań.

Zanim jednak pokiwamy z politowaniem głową nad zbłąkanymi uczonymi, dodać trzeba, że właśnie wychodząc z założeń romantycznego przyrodoznawstwa, Johann Wilhelm Ritter, fizyk, twórca elektrochemii, odkrył promienie ultrafioletowe. Idee nowej nauki zainspirowały do dalszych badań jego przyjaciela, również fizyka, Hansa Christiana Oersteda, który w 1820 roku dowiódł istnienia związków pomiędzy elektrycznością a magnetyzmem. Śmiałymi koncepcjami poznawczymi zainteresowali się słynny chemik Justus von Liebig czy nie mniej znani geograf i podróżnik Aleksander von Humboldt i biolog Karl Ernst von Baer, pionier współczesnej embriologii. Czym zatem było naprawdę romantyczne przyrodoznawstwo?

Mówiąc najkrócej reakcją części uczonych na dotkliwe, ich zdaniem, niedostatki klasycznej newtonowskiej mechaniki, za pomocą której usiłowano pod koniec XVIII wieku rozwiązać wszelkie zagadki natury. Jak łatwo się domyślić, pewne zagadnienia (przede wszystkim z dziedziny chemii, ale także i te dotyczące zjawisk elektromagnetycznych) nie dawały się wyjaśnić w kategoriach mechanicznych, choć próby takie nieustannie podejmowano. Badaczom zależało jednak nie tylko na zgłębieniu intrygujących zjawisk przyrody, lecz również na odnalezieniu dowodów na wewnętrzną jednolitość, na spoistość struktury świata. Z zaciekawieniem powitali więc tzw. filozofię natury, której podstawy nakreślił pod koniec lat dziewięćdziesiątych Friedrich Wilhelm Schelling. Fundamentalnym jej założeniem jest tożsamość natury i umysłu ludzkiego, najdoskonalszego jej tworu. Nie ma istotowej różnicy między zwierzęciem a słońcem, człowiekiem a bogiem, elektrycznością a kopulacją. Wszystko jest jednością, każdy ułamek materii manifestacją wszechobecnej siły życia, ducha przenikającego uniwersum.

Nauka w służbie metafizyki

Przekonanie o spirytualnym podłożu zjawisk naturalnych pociągało za sobą konieczność stworzenia odpowiedniej metodologii badań naukowych. Zwolennikom filozofii natury przestały wystarczać klasyczne narzędzia pracy badawczej obserwacja i eksperyment, ponieważ, jak twierdzili, pozwalały one na poznanie jedynie zewnętrznej, materialnej przyczyny zdarzeń. Trudno również poddawać testom doświadczalnym rozważania metafizyczne, które nagle zyskały pełne prawa w pracowniach uczonych. Wielu spośród pozostających pod wpływem Schellinga romantycznych przyrodoznawców pogardzało wręcz jakąkolwiek formą konwencjonalnego, by tak rzec, doświadczenia. Widomy tego dowód znaleźć możemy w wydawanym przez Schellinga "Nowym magazynie fizyki spekulatywnej", gdzie w wypowiedzi jednego z filozofów natury czytamy m.in.: ...jeśli ktoś pragnąłby gorąco zostać badaczem natury, nie posiadał wszakże daru pojmowania ducha fizyki, może zawsze przeprowadzać badania pomocnicze, a pomiędzy nimi również eksperymenty chemiczne, musi atoli pogodzić się z tym, iż na zawsze pozostanie prostym wyrobnikiem fizyki, pełniąc jednakże tę skromną funkcję i on przecież może położyć pewne zasługi.

Do rangi podstawowych technik badawczych awansowały czysto spekulatywne dociekania (czyli w praktyce snucie nieskończonych analogii pomiędzy wszystkim, co dało się pomyśleć bądź zaobserwować) oraz tzw. intuicyjny wgląd w istotę rzeczy. Uzyskane w ten sposób informacje uznawano za nieporównanie wartościowsze od danych empirycznych, ponieważ płynęły niejako wprost z wnętrza natury, chwytały - jak podkreśla znany filozof i popularyzator nauki Michał Heller w Filozofii świata (1992) - sam żywy proces stawania się.

Natura i umysł, świat materii i świat ducha znaczyły jedno w koncepcji Schellinga, zagadkę istnienia mógł wszakże rozwiązać tylko ten, kto zrozumiał, że życie polega na bezustannym ścieraniu się przeciwieństw. Biegunowość, dwoistość sił działających w naturze, wzajemna komplementarność zjawisk stanowić miały powszechne prawo Wszechświata. W oczach romantycznych badaczy tezę tę zdawały się potwierdzać dokonywane ówcześnie odkrycia naukowe - czy mowa będzie o cieszących się naówczas coraz większą popularnością badaniach nad zjawiskami elektrycznymi, których biegunowego charakteru dowodzić nie trzeba, czy też na przykład o chemii gazów, nie mniej modnej w tamtym czasie dziedzinie. Tu z kolei można było wskazać na fakt, iż powietrze, co stwierdził w latach siedemdziesiątych XVIII wieku Karl Wilhelm Scheele, składa się z dwu gazów, te zaś mają przeciwstawne, a zarazem dopełniające się własności. Dwa gazy tworzyły wodę i odgrywały kluczową rolę w procesach spalania i redukcji. W świecie organicznym zaś zjawisko płciowości stanowiło najwymowniejsze świadectwo dwoistości wszechobecnej w naturze.

Schelling ujął dualizm istnienia w ramy teorii. Głosił, że materia powstała w wyniku oddziaływania na siebie trzech sił podstawowych: odpychania, przyciągania i grawitacji, tę ostatnią uważał jednak za syntezę dwóch poprzednich. Na wszystkich szczeblach hierarchicznie zorganizowanej natury obowiązywała bowiem zasada, iż w efekcie starcia się czy też - wedle ulubionego określenia filozofa - konfliktu dwóch różnoimiennych sił powstaje nowa, wyższa jakość. Obserwując przyciągane przez magnes żelazne opiłki, spadające płatki śniegu, całującą się parę, widzimy po prostu poszczególne realizacje uniwersalnej zasady życia. Jedyna różnica polega na coraz doskonalszej organizacji form.

Ciemny blask

Ta właśnie reguła dwoistego charakteru zjawisk określała kierunek prac Johanna Wilhelma Rittera, jednego z najbardziej fascynujących romantycznych uczonych. Niemiecki fizyk zasłużył sobie zresztą na ten tytuł nie tylko dzięki doniosłym odkryciom, ale i niezwykle bujnemu stylowi życia. Z krótkiej noty biograficznej Rittera dowiedzieć się można, iż na przemian wyżywał się to w intensywnych eksperymentach naukowych, to - gdy miał pieniądze - równie intensywnym ich trwonieniu1. Intensywność oddawania się obu tym zajęciom należy rozumieć jak najbardziej dosłownie przed udzielaniem Ritterowi jakichkolwiek pożyczek przestrzegali gorąco chyba wszyscy jego znajomi, jeśli natomiast chodzi o przeprowadzane przezeń doświadczenia, niektóre z nich wymagają tak radykalnego poznawczo ducha, że do dziś nikt ich po Ritterze nie powtórzył. Mowa tu o niewątpliwie pionierskich badaniach nad wpływem elektryczności na ludzkie zmysły, które to oddziaływanie uczony sprawdzał na sobie, wkładając na przykład do wody jedną rękę, a drugą zamykając obwód elektryczny, lub przykładając do oka raz miedzianą, a raz srebrną końcówkę obwodu i notując barwne (w dosłownym i przenośnym sensie) wrażenia.

Najważniejszym jednak z dzisiejszego punktu widzenia osiągnięciem Rittera było odkrycie promieni ultrafioletowych, czego dokonał 22 lutego 1801 roku o godzinie 12:30, jak z dumą odnotował w dzienniku. Dzięki skrupulatnie prowadzonym przezeń zapiskom możemy zresztą prześledzić szczegółowo historię odkrycia triumfu romantycznego przyrodoznawstwa.

Wszystko zaczęło się od ritterowskiej fascynacji światłem, które uczony uważał za substancję tworzącą Wszechświat i którego biegunowy charakter starał się udowodnić. W tym celu zwrócił się najpierw ku newtonowskiej teorii rozszczepialności światła, zastanawiając się, czy przypadkiem angielski fizyk nie zinterpretował błędnie danych i czy w istocie nie mamy tu do czynienia ze zjawiskiem stopniowego różnicowania się światła rozpiętego między biegunami czerwieni i fioletu. Położona centralnie zieleń pełniłaby wówczas funkcję równika. Nasuwające się skojarzenia ze zjawiskiem ziemskiego magnetyzmu wzmacniały dodatkowo w opinii Rittera wartość tej hipotezy.

W 1800 roku William Herschel odkrył promienie podczerwone. Dla Rittera, gdy tylko się o tym dowiedział, stało się jasne, że równowaga widma została zaburzona i że albo po przeciwnej jego stronie musi znajdować się jakiś odpowiednik podczerwieni, albo trzeba całkowicie zrezygnować z koncepcji dualistycznego charakteru Wszechświata. Wbrew pozorom, uczony wcale nie był stuprocentowo przekonany o słuszności tej ostatniej i nie rzucił się z ochotą do eksperymentów. Z dzienników da się wyczytać wyraźny lęk Rittera przed możliwą ruiną dualistycznego dogmatu przed podjęciem jakichkolwiek prac laboratoryjnych kolejny raz upewniał się o celowości swych dociekań i skrupulatnie wypisywał ewidentne, jego zdaniem, przykłady powszechnej biegunowości w przyrodzie, jak na przykład elektryczność dodatnia i ujemna, zasady i kwasy, zimno i ciepło. Sporządzony spis dopomógł mu opracować kształt doświadczenia, które ostatecznie potwierdziło trafność jego przypuszczeń.

Herschel dowiódł istnienia promieni podczerwonych, wskazując na nagrzewanie się obszaru położonego poza zasięgiem widzialnego światła. Ritter nie mógł jednak posłużyć się tą metodą, chcąc wykazać obecność domniemanego przeciwieństwa podczerwieni. Postanowił więc twórczo wykorzystać założenia filozofii natury i prace samego Schellinga, wedle którego każde zjawisko w przyrodzie ma swój odpowiednik zarówno na niższym, jak i na wyższym poziomie. I tak na przykład zdolności reprodukcji na najwyższym szczeblu organizacji natury odpowiada na najniższym z nich możliwość wchodzenia w reakcje chemiczne. Wrażliwość istot żywych na bodźce znajduje swój analogon w świecie nieożywionym w zjawiskach magnetycznych. Ritter wierzył, że światło jest - by tak rzec - spokrewnione z elektrycznością, czego dowód stanowiła w jego oczach iskra elektryczna. Postanowił zatem pójść o krok dalej i przyjąć, że musi ono również w jakiś sposób posiadać własności chemiczne. Wynikiem skomplikowanych rozważań, zajmujących w dzienniku dobre kilkadziesiąt stron, był eksperyment, w którym promienie ultrafioletowe potwierdziły swe istnienie, doprowadzając do rozpadu chlorku srebra. Od tej pory, konkludował uczony, metaforyczne na pozór wyrażenia, jak "zimne światło" bądź "ciemny blask", zyskały naukowe uzasadnienie.

Uczony czy romantyk?

W porządku ma prawo zapytać uważny czytelnik ale skoro romantyczni przyrodoznawcy w osobie Rittera (czy niecałe dwadzieścia lat później Oersteda) odnosili takie sukcesy naukowe, to dlaczego odsądza się ten nurt od czci i wiary, piętnując mianem spekulatywnego szalbierstwa, paranaukowej mistyfikacji? A może jednak coś się za tym kryje, niedostępne racjonalistycznie uprzedzonym badaczom?

Odpowiadając na tak sformułowane pytania, rozpocząć wypada od paradoksalnej na pozór konstatacji wymienieni uczeni nie byli typowymi przedstawicielami omawianego tu kierunku. Ich odrębność wyrażała się przede wszystkim w tym, że przywiązywali ogromną wagę do badań doświadczalnych. Dla zwolenników filozofii natury liczyły się niemal wyłącznie teoretyczne dociekania, ponieważ to w świecie metafizyki - ich zdaniem - krył się klucz do rozwiązania problemów świata widzialnego. Potwierdzenie prawdziwości wyników rozmyślań za pomocą eksperymentu stanowiło dla nich miłe, choć niekoniecznie potrzebne, uzupełnienie. Niektórzy, jak Steffens czy Oken, wręcz odrzucali badania empiryczne jako fundament studiów przyrodniczych.

Zwrócić też trzeba uwagę na fakt, że i Ritter, i Oersted posłużyli się założeniami filozofii natury dla badania takich akurat zjawisk, które się najlepiej do tego celu nadawały. Historia nauki zna podobne przypadki, by przytoczyć przykład Williama Harveya, angielskiego anatoma i fizjologa, który w 1628 roku pierwszy opisał prawidłowo budowę i funkcjonowanie układu krwionośnego, traktując człowieka czy zwierzę jako rodzaj ożywionej maszyny. Wykazał, że serce działa jak pompa, krwiobieg zaś funkcjonuje na zasadzie układu hydraulicznego. Paradoks, jak pisze François Jacob w książce Historia i dziedziczność (przeł. K. Pomian, 1973), polega na tym, że działanie tych akurat organów podlega prawom mechaniki i, stosując się do nich, znakomicie można przedstawić tajniki krążenia krwi. Błędem byłoby jednak zakładać, że mechanika dostarczy uniwersalnego klucza do rozwiązania wszelkich tajemnic konstrukcji organizmu. Nie da się na przykład, co bezskutecznie usiłował uczynić Harvey, rozwikłać zagadki rodzenia się istot żywych, posługując się pojęciami mechaniki. Nie da się również, co z kolei stało się przyczyną naukowej klęski Rittera, opisać historii i funkcjonowania Wszechświata jako konfliktu dwóch przeciwnie zorientowanych sił, czyli wedle najlepszych zasad filozofii natury Schellinga.

Nurt romantycznego przyrodoznawstwa z reguły jest chłodno oceniany przez współczesnych historyków nauki (w przeciwieństwie do filologów, którzy z zachwytem witają przejawy poezji w pracach fizyków). Wynika to przede wszystkim stąd, że romantyczni badacze pogwałcili w naszym odczuciu reguły uprawiania nauki, odrzucając badania empiryczne i odwołując się do metafizyki jako ostatecznej instancji prawdy. Czytając rozprawy na temat ich działalności, można się zorientować, iż niechęć budzi również ich ogromna pycha, bez żenady manifestowane przekonanie o bliskiej już chwili, w której najskrytsze tajemnice natury staną przed człowiekiem otworem. To jednak właśnie urzekło wielu intelektualistów przełomu XVIII i XIX wieku: uzasadniona, zdawałoby się, nadzieja na rychłe odnalezienie przepisu na świat, spójnej formuły istnienia. Tym dotkliwiej się rozczarowali, gdy okazało się, że nowa teoria nie spełni nad miarę rozbudzonych oczekiwań. Idea była piękna, diabeł jak zwykle tkwił w szczegółach, o czym po latach pisał z goryczą Aleksander von Humboldt w liście do znajomego, Varnhagena von Ense, pruskiego dyplomaty: Była to pożałowania godna epoka, kiedy Niemcy znalazły się daleko w tyle poza Anglią i Francją. Chemia, która nie brudzi rąk.

1Ten i następny cytat pochodzą z: "Neue Zeitschrift für spekulative Physik" (Nowy magazyn fizyki spekulatywnej), 1802 r. [Za:] H.A.M. Snelders, Inorganic Natural Sciences 1797-1840: An Introductory Survey. [W:] "Studies in Romanticism" 11 (1972 r.).

Artykuł Ewy Kochanowskiej pt. Szkiełko i oko, czyli romantyczny poeta i nauka można przeczytać w "WiŻ" nr 10/1998 - red.

Dr EWA KOCHANOWSKA, absolwentka Instytutu Filologii Polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, ukończyła na tej uczelni studia doktoranckie o specjalności komparatystyka literacka. Pracuje jako tłumacz.