Twoja wyszukiwarka

STANISŁAW BAJTLIK MICHAŁ HERBICH MACIEJ ŁUBIEŃSKI
KSIĄŻKI
Wiedza i Życie nr 3/2000
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 3/2000

RÓŻNORODNOŚĆ ŻYCIA.
Edward O. Wilson.
Przełożył January Weiner.
PIW, Warszawa 1999.

Geniusz, który dokonał przewrotu w nauce, udowadniając, że w genach tkwi wyjaśnienie tajemnic człowieka bezkrytycznie pieją entuzjaści; naiwny redukcjonista, hołdujący wierze w jeden, zadowalający, biologiczny sposób wyjaśniania ludzkich zachowań - nerwowo ironizują krytycy; faszysta - wściekle grzmią wrogowie, którzy w trakcie wykładów czy odczytów, prócz obelg, rzucają w Edwarda O. Wilsona jajkami i pomidorami. Wszystko to przez napisaną ponad 20 lat temu Sociobiology. New Synthesis, książkę która dała początek socjobiologii. Różnorodność życia nie rozbudzi podobnych emocji. Dotyczy ona bowiem tematu, wokół którego panuje szeroki konsensus przynajmniej jeżeli chodzi o ogólną ideę ochrony przyrody.

Książka Wilsona składa się z dwu części. Pierwsza jest fascynującą ewolucjonistyczną próbą odpowiedzi na pytanie o to, skąd się bierze taka różnorodność życia i jak jest w ogóle możliwa (biosfera to przecież tylko miliardowa część masy Ziemi); dlaczego jest tak wiele gatunków, dlaczego jedne odnoszą sukces, inne zaś wymierają; po co w ogóle "życiu" taka różnorodność, czy nie mogło się ono "zadowolić" najprostszą, idealnie powielającą się jednostką?

Część druga opowiada właśnie o człowieku i jego oddziaływaniu z otoczeniem. Wilson spogląda na dzieje człowieka w perspektywie dziejów życia, zastanawiając się w jakim momencie jego historii znaleźliśmy się pod koniec XX wieku. Jesteśmy częścią przyrody - powiada - nie przybyliśmy z kosmosu. Wspólnie ewoluowaliśmy ze światem, dlatego musimy identyfikować się z życiem w całej jego różnorodności.

Ewolucjonizm uświadamia, że nasza historia to tylko mały foton w strumieniu światła, jakim jest życie. Pisałem wyżej, że dla Wilsona to ono jest źródłem tego, co nas wyróżnia. Dlatego musimy przyjąć możliwie szeroką perspektywę czasową: "Co ma stanowić fundamentalny nakaz moralny, jeżeli nie to, co służy wszystkim pokoleniom? Niewzruszona etyka środowiskowa będzie miała na celu nie tylko chronić zdrowie i wolność naszego gatunku, ale przybliżyć nam świat, w którym narodziła się dusza ludzka".

MACIEJ ŁUBIEŃSKI

SKARBY ASTRONOMII.
Timothy Ferris.
Przełożył Janusz Skolimowski.
Amber, Warszawa 1999.

Wydawnictwo, w serii "Tajemnice Nauki", zaoferowało nam koktajl złożony z tekstów po- pularnych, napisanych dość dawno temu przez wielkich astrofizyków, artykułów popularnonaukowych pisanych przez zawodowych popularyzatorów i prób "transcendencji", czyli wychodzenia poza to, do czego dociera nauka.

Książka dostarcza czytelnikowi bardzo mieszanych wrażeń. Już pierwsze zdanie słowa wstępnego o tym, że "instrumenty zwiększają możliwości obserwacyjne człowieka o dziesięć milionów razy", stawia na baczność każdego o elementarnej wiedzy i rozumieniu. Im dalej, tym lepiej i tym gorzej. Pierwszy tekst, pióra amerykańskiej pisarki A. Dillard, nie tylko rozczarowuje, ale i odstrasza. Jej esej jest chyba najsłabszy w całej książce.

Wytrwałego czytelnika, który przebrnie przez zakalcowate ciasto tego eseju, czekają atrakcje w postaci licznych bakalii. Eseje C. Sagana i A. Druyan o kometach, H. Shapleya o mierzeniu Wszechświata, B.J. Boka o Drodze Mlecznej, A. Sandage'a o ewolucji Wszechświata, E. Hubble'a o obserwacjach kosmologicznych, A.S. Eddingtona o zakrzywieniu przestrzeni, G. Lemaître'a o pierwotnej koncepcji Wielkiego Wybuchu czy S. Weinberga o pierwszych trzech minutach istnienia Wszechświata to prawdziwe perły. Najpiękniejszym klejnotem jest wśród nich esej H.A. Bethe'go i G. Browna o wybuchach supernowych. Dlaczego są to perły? Bo autorzy po prostu wiedzieli, co mówią, współtworzyli odkrycia, o których pisali, mieli własne, niezależne kariery i nie musieli podlizywać się czytelnikom. Tyle że są to perły z lamusa. Eseje powstały kilkadziesiąt lat temu i mają dziś przede wszystkim wartość historyczną.

W książce jest też miejsce na "inne spojrzenie". Jest nim esej znanego historyka nauki, Owena Gingericha, o relacjach pomiędzy współczesną kosmologią a biblijnymi opisami aktu stworzenia. I ten, z pozoru rozsądny, esej z racji wielu powierzchownych stwierdzeń jest dość irytujący.

Dzięki esejom starych mistrzów książka jest godna polecenia, ale przede wszystkim tym, którzy już sporo o astronomii wiedzą. Dla innych będzie o tyle pomocna czy bezwartościowa, co wydany parę lat temu przez PWN reprint słownika Doroszewskiego, pięknie tłumaczący zawiłości polszczyzny sprzed kilkudziesięciu lat.

STANISŁAW BAJTLIK

KRÓTKA HISTORIA NIESKOŃCZONOŚCI.
Richard Morris.
Przełożył Jerzy Kowalski-Glikman.
Wydawnictwo CiS, Warszawa 1999.

Jak umysł ludzki radzi sobie z ideami, których nie pojmuje? Nazywa je. Te, oswojone w ten sposób, stają się integralną częścią języka. Taką ideą może być czas, przestrzeń czy wreszcie nieskończoność. Książka ta jest sprawozdaniem ze zmagań, jakie filozofowie i uczeni toczyli z zagadką nieskończoności. Poczynając od problemu nieskończonego podziału, formułowanego przez Zenona z Elei w paradoksie Achillesa ścigającego żółwia, kończąc na spekulacjach o nieskończonej wielości światów wywiedzionych z kosmologii kwantowej, autor stawia tezę, że w tych starciach umysł ludzki ponosi porażkę.

Ale nie tylko wobec nieskończonej wielkości jesteśmy bezradni. Czym jest nieskończona małość? Czy jest ona równa zeru? Nieskończona małość (w matematyce zwana wielkością infinitezymalną) stanowiła poważny problem nawet dla tak wybitnego naukowca i alchemika, jak Newton.

Najwięcej miejsca autor poświęca fizyce współczesnej, koncentrując się na jej filozoficznych implikacjach, które śmiało nazywa spekulacjami. Jest tu trochę wszystkiego: szczególna i ogólna teoria względności, mechanika kwantowa, elektrodynamika kwantowa, chromodynamika kwantowa, teoria inflacji itd. Krótka historia nieskończoności czasami ociera się o prowokację w spekulacjach nie mających rzetelnego oparcia w teorii naukowej. Jest to wada, jeżeli czytelnik będzie próbował szukać w niej kompendium współczesnej nauki. Tym, którzy potraktują ją jako rozrywkę umysłową, sprawi, jak sądzę, wiele przyjemności. I taka chyba jest intencja Richarda Morrisa, fizyka-teoretyka, autora ponad dziesięciu pozycji o charakterze popularnonaukowym.

MICHAŁ HERBICH