Twoja wyszukiwarka

ANDRZEJ KAJETAN WRÓBLEWSKI
UCZENI W ANEGDOCIE - CZY PAN RZEŹNIK?
Wiedza i Życie nr 3/2000
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 3/2000

Svante Arrhenius urodził się w 1859 roku w Wijk niedaleko Uppsali.

Nauczył się czytać, mając trzy lata. Już jako dziecko zadziwiał zdolnościami matematycznymi. Kiedy miał 17 lat, ukończył szkołę katedralną w Uppsali, jako najlepszy i najmłodszy uczeń, i wstąpił na uniwersytet w tym mieście. Profesorem chemii był tam Per Cleve, znany ekspert od ziem rzadkich, odkrywca nowych pierwiastków holmu i tulu, toteż początkowo Arrhenius miał zamiar studiować ten przedmiot. Wkrótce jednak zaczął się interesować zagadnieniami z pogranicza fizyki i chemii, których Cleve unikał. Arrhenius przeniósł się więc na uniwersytet w Sztokholmie, by specjalizować się pod kierunkiem fizyka, Erika Edlunda.

Arrhenius był zafascynowany problemem przewodnictwa elektrycznego roztworów. Jak to się dzieje, że roztwory przewodzą prąd tym lepiej, im są bardziej rozcieńczone? Dlaczego pewne roztwory przewodzą prąd gorzej od innych? Ówcześni uczeni nie potrafili podać zadowalającego wyjaśnienia tych faktów.

W nocy 17 maja 1883 roku wpadłem wreszcie na pomysł i nie zasnąłem już, dopóki nie przemyślałem wszystkiego - wspominał potem Arrhenius. Zrozumiał, że cząsteczki rozpuszczonej substancji ulegają w roztworze dysocjacji - rozpadowi na jony. Z gotowym tekstem rozprawy doktorskiej pojawił się wkrótce w Uppsali. Mam nową teorię przewodnictwa elektrycznego - pochwalił się profesorowi Cleve. Ach tak - odparł profesor - no to do widzenia - i zajął się swymi sprawami, ignorując zarozumiałego nowicjusza.

Arrhenius przedstawił jednak tekst swej pracy władzom uczelni. Egzamin doktorski omal nie zakończył jego kariery. Konserwatywni profesorowie zupełnie nie przyjmowali nowatorskiej idei o istnieniu jonów w roztworze. Po czterech godzinach "maglowania" uznali w końcu, że kandydat zdał, ale z najniższym możliwym stopniem (taka dzisiejsza "trójka z minusem").

Zrażony do szwedzkich chemików, Arrhenius próbował zainteresować swą teorią uczonych w innych krajach. Ale wybitni chemicy, którym wysłał tekst swej pracy, milczeli.

Wyjątkiem był Wilhelm Ostwald , wówczas już znany profesor chemii w Rydze. Był to ciężki dzień - wspominał potem z humorem - cały dzień bolał mnie ząb, żona urodziła mi córkę, ale najgorsza była ta nadesłana rozprawa, bo pozostałe rzeczy rozwijały się normalnie. Ostwald dokładnie przestudiował pracę Arrheniusa i uznał, że jest to rewelacja. Pojechał nawet do Szwecji, aby spotkać młodego geniusza i po dyskusjach zaprosił go do Rygi. Poparcie Ostwalda niezmiernie przydało się Arrheniusowi. Po roku spędzonym w Rydze na badaniach przebywał jeszcze cztery następne lata w różnych ośrodkach niemieckich. Jego sojusznikiem stał się młody chemik holenderski Jacobus van't Hoff, który także napotykał wielki opór przy propagowaniu swych przestrzennych modeli cząsteczek chemicznych.

Gdy Ostwald został profesorem uniwersytetu w Lipsku, zaproponował Arrheniusowi, aby też tam się przeniósł. Arrhenius jednak nie przyjął tej propozycji, podobnie jak odrzucił ofertę objęcia katedry na uniwersytecie w Giessen, ponieważ głęboki patriotyzm dyktował mu pozostanie w Szwecji, mimo braku zrozumienia u rodaków. Zdecydował się więc w 1891 roku na posadę wykładowcy w Wyższej Szkole Technicznej w Sztokholmie.

Kiedy cztery lata później rozważano kandydaturę Arrheniusa na profesora uniwersytetu w Sztokholmie, jego wrogowie doprowadzili do poddania go egzaminowi, sądząc, iż w ten sposób udowodnią nieprzydatność uczonego. Do grona egzaminatorów zaproszono samego lorda Kelvina z Glasgow, a ponadto duńskiego profesora Christiansena i Szweda Hasselberga. Werdykt egzaminatorów nie był dla Arrheniusa pomyślny. Kelvin uznał, że teoria Arrheniusa to czysta fantazja, Hasselberg stwierdził, że odpowiedzi kandydata były mało fizyczne, jak na przyszłego profesora, a jedynie Christiansen wyraził się z najwyższym uznaniem o kompetencjach Arrheniusa. Zaczęto szukać innego kandydata i zanosiło się na wielki skandal, ponieważ sprawa stała się głośna za granicą, gdzie Arrhenius był już znany. W końcu władze uniwersytetu ustąpiły i mianowały go profesorem, co rozpoczęło pasmo sukcesów uczonego. Jego teoria przewodnictwa roztworów została zaakceptowana, a w 1903 roku przyznano mu Nagrodę Nobla z chemii. Dwa lata później utworzono dla Arrheniusa w Sztokholmie specjalny Noblowski Instytut Chemii Fizycznej.

Wśród szerokich zainteresowań Arrheniusa były badania polarne. Kiedy pewnego razu wziął udział w wyprawie na Spitsbergen, zdarzyło się, że podczas sztormowej pogody kapitan statku upił się do nieprzytomności. Arrhenius pokazał wtedy, że zna się także na nawigacji i bez pomocy kapitana doprowadził statek z powrotem do portu. Innym razem miał udać się na wyprawę balonem do bieguna północnego, którą organizował Salomon Andrée. Wskutek utrzymującej się złej pogody wyprawę odłożono o rok, a wtedy Arrhenius nie wziął w niej udziału; jak wiadomo, wyprawa zakończyła się śmiercią wszystkich uczestników.

Arrhenius nie interesował się kompletnie sztuką i literaturą, ale bardzo cenił piękno przyrody. Jak typowy Szwed był blondynem o niebieskich oczach. Odznaczał się jednak krępą budową ciała, sporą tuszą i miał rumianą twarz. Zadziwiał witalnością i nie przypominał tradycyjnego profesora. Sam z upodobaniem opowiadał historię o tym, jak podczas zjazdu przyrodoznawców w Berlinie umówił się z przyjaciółmi w pewnej restauracji. Po oddaniu płaszcza do szatni ruszył w kierunku zarezerwowanej na tę okoliczność salki, na co szatniarz zawołał: Przepraszam, ale idzie Pan w złą stronę. Zjazd rzeźników odbywa się gdzie indziej!

Arrhenius utrzymywał, że do posługiwania się obcym językiem potrzeba przede wszystkim odwagi, bardziej niż wiedzy. Wierny tej maksymie mówił wieloma językami, chociaż z poprawnością często był na bakier, ponieważ uważał, że zgłębianie subtelnych szczegółów języka jest stratą czasu.

Był dwukrotnie żonaty. Z pierwszego małżeństwa ze swą asystentką Sofią Rudback miał syna, ale związek ten szybko się rozpadł ze względu na różnicę charakterów. Dziesięć lat później Arrhenius ożenił się z Mayą Johansson i miał z nią kolejnego syna i dwie córki. Zmarł po krótkiej chorobie 2 października 1927 roku.