Twoja wyszukiwarka

ANTONI GEROŃSKI
SEKS OSTRY I PRZEWLEKŁY
Wiedza i Życie nr 4/2000
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 4/2000

Jak to się dzieje, że ludzie zachowują nieustanną zdolność do prokreacji przez cały rok, podczas gdy inne zwierzęta i roślinymają swój kalendarz dostosowany do pór roku?

Płciowość szarpie nami jak wiatr chorągiewką - tak w wolnym tłumaczeniu można przedstawić sentencję starożytnego poety Antymonidesa. Życie bez kobiety jest jak żeglowanie bez oceanu, twierdził lord Byron, a Mickiewicz, wpędzony w depresję po odmowie wybranki serca, żalił się, układając rym "kobieto, puchu marny". Autorytet seksuologiczny prof. Zbigniew Lew Starowicz zapewne podpisałby się pod twierdzeniem, że "seks angażuje ogromne siły i steruje życiem człowieka".

Płciowość jest nam niewątpliwie potrzebna, bo wynikająca z niej strategia prokreacyjna daje dużą przewagę w walce o lepsze miejsce w środowisku [patrz: J. Klag, Po co nam płeć, "WiŻ" nr 11/1999], ale płacimy za to swoją cenę. Problem nie w grze wstępnej i samej istocie cielesnych zbliżeń, lecz w tym, że okres "człowieczej rui" trwa przez okrągły rok. Znakomita większość gatunków zwierząt i roślin ma swój kalendarz prokreacyjny i wykazuje syndrom tzw. seksu ostrego, bo jedynie w ściśle określonych porach roku ich przedstawiciele przystępują do czynności związanych z rozmnażaniem. I tak np. jelenie zbierają się na rykowiskach tylko na przełomie września i października, żeby potrykać się w przedmiłosnych bojach, a potem zapłodnić łanie zdobyte w walce; domowe koty dostają miłosnego szału i wrzeszczą pod oknami zawsze w marcu, a węgorze zaledwie raz w życiu wędrują na Morze Sargassowe, aby dopełnić rozrodczej powinności i... umrzeć. Rośliny też mają swoje terminy zapylania, można się o tym dowiedzieć z prognoz pogody, w których ostrzega się alergików przed dużym stężeniem pyłków w powietrzu. A my, ludzie, w erotycznej gorączce seksu przewlekłego trwamy przez wszystkie najlepsze dni życia, mając zaledwie jedno-dwa trafienia "w dziesiątkę". Wydajność więc kiepska, nijak mająca się do włożonej pracy.

Jest się nad czym zastanawiać, ponieważ wyliczono, że jeden stosunek płciowy wymaga wydatkowania energii, potrzebnej do przemieszczenia półtorej do dwóch ton materiałów sypkich za pomocą łopaty. Nie wiem, jaki algorytm stosowano, ale być może rachmistrz wkalkulował także energetyczny równoważnik wydatków na kwiaty, czekoladki i podobne gadżety związane z grą przedwstępną. Tak czy owak, widać jak na dłoni, ile czasu i energii trzeba zainwestować w płeć. Do tych inwestycji doliczyć należy aktywację zawodową, czyli trudy dojrzewania, oraz przejście na emeryturę, czyli zmorę okresu przekwitania. Nie wspomnę już o różnych uciążliwych "always", ze skrzydełkami lub bez, dla pań w wieku optymalnym.

Wiadomo, że zakochany młodzian czy dziewczyna chodzą jak w transie, poświęcając popołudnia i wieczory na randki, zamiast uzupełniać wiedzę, a ludzie w sile wieku wiele czasu trawią na bezowocnym zażegnywaniu, a potem rozwiązywaniu małżeńskich kryzysów. Przypuszczano, że tak być musi, bo małe prawdopodobieństwo zapłodnienia kobiety przy pierwszym zbliżeniu powinna równoważyć duża ich częstość, manifestująca się całoroczną nieprzerwaną aktywnością.

Taka była zgodna opinia seksuologów do połowy 1998 roku, kiedy to młody doktor antropologii Allan Herzlich z Harvard University podjął badania na wyspie Papua-Nowa Gwinea. W głębokich dolinach, które przecinają olbrzymie masywy górskie, do dziś żyją w kompletnej izolacji od świata zewnętrznego plemiona tubylców, które zachowały swój dawny sposób egzystencji. Młodemu badaczowi natychmiast rzuciło się w oczy, że nie skażeni przez cywilizację Papuasi zupełnie nie reagują na wdzięki drugiej płci, nie podejmują stosunków płciowych, słowem - wykazują całkowitą obojętność seksualną. Herzlicha tak to zaciekawiło, że, mimo niezwykle prymitywnych warunków, spędził wśród nich prawie dziesięć miesięcy; miejscowe plemiona nie znały ognia, a za schronienie służyły im nory wygrzebane w ziemi. W końcu jednak doczekał się, bowiem w maju ich kobiety przebudziły się płciowo, zaczęły produkować feromony, na co mężczyźni natychmiast zareagowali agresywną gotowością do zbliżeń. Po miesiącu orgiastycznych zmagań wszystko wróciło do normy, ale cel został osiągnięty: niemal wszystkie zdolne do rozrodu kobiety zaszły w ciążę.

Herzlich bezzwłocznie skontaktował się za pomocą telefonu satelitarnego ze swoją uczelnią i w ciągu dwóch tygodni dysponował już grupą naukowców, złożoną z kilkunastu entuzjastów. W ciągu miesiąca przebadali dużą część górskiego masywu Owena Stanleya, robiąc wywiady i ustalając wiek dzieci. Wiedzieli, czego szukać, więc poszło jak z płatka; okazało się, że w całym regionie zachowania seksualne są podobne.

Gdy rewelacje grupy Herzlicha zostały opublikowane, natychmiast rozgorzał spór o przyczynę zjawiska. Antropolodzy kultury zinterpretowali wyniki jako dowód na dominację modelu zachowań nad fizjologią, paleoantropolodzy dopuszczali możliwość przetrwania w izolacji gatunku człowieka neandertalskiego, a lekarze zaczęli poszukiwać odmienności genetycznych. Na tym nie koniec, bo rychło włączyli się ekolodzy, blokując atol Mururoa i obarczając winą Francuzów i ich próby jądrowe, a chemicy stwierdzili, że przyczyną zahamowanej aktywności prokreacyjnej musi być toksyczne oddziaływanie organicznych pochodnych metali ciężkich, najpewniej metylortęci. W końcu do dyskusji włączył się laureat Nagrody Nobla sir John Blumberg, twierdząc, że jest zupełnie odwrotnie: to właśnie cykl rozrodczy tamtych górskich ludów, żyjących w pierwotnej harmonii, jest prawidłowy i zgodny z zegarem natury, natomiast my ze swoją permanentną adoracją seksu jesteśmy cywilizacyjnymi dewiantami.

Większość naukowców początkowo wyśmiewała hipotezę Blumberga, mimo że miał tytuł szlachecki, nadany za zasługi dla nauki. Garstka jednak poszła tropem uczonego. Rozumowali oni w ten sposób: ponieważ nadaktywność seksualna człowieka była już udokumentowana pismem klinowym na sumeryjskich tablicach, czynnik nazwany przez nich "orgastyną" musi działać od zarania cywilizacji. Od tamtych czasów robimy trzy rzeczy, odróżniające nas od zwierząt, a mianowicie: myślimy (czasami), pijemy alkohol (często) i gotujemy strawę (bezustannie). Ponieważ Papuasi nie znali alkoholu, a także nie myśleli za wiele, bo w przeciwnym przypadku nie mieszkaliby w norach jak borsuki, słowem - nie stworzyli nawet namiastki cywilizacji, za przyczynę wpędzenia ludzkości w stan nadaktywności seksualnej uznano powstawanie jakiegoś afrodyzjaku w trakcie obróbki termicznej produktów spożywczych.

Na tym etapie przystąpili do działania analitycy i chemicy teoretycy, biorąc pod lupę około 500 nowych związków chemicznych, powstających podczas gotowania, pieczenia i smażenia. Pierwsi wyodrębniali kolejne substancje i badali je na fokach, które, jak wiadomo, żyją z dala od wszelkiego ciepłego pokarmu i rozmnażają się normalnie, czyli raz w roku, zaś drudzy zasiedli do komputerów i wzięli się za modelowanie interakcji wyizolowanych związków z receptorami w ludzkich gruczołach płciowych. Wkrótce ich połączone wysiłki dały rezultaty - wydzielono niewielkie białko i potwierdzono jego aktywność w symulacji komputerowej. Uczeni wznieśli toast, ale radość była krótka, bo wyniki badań natychmiast utajniono w błyskawicznej międzyrządowej akcji, blokując wszystkie już złożone w redakcjach artykuły. Dlaczego? Z dwóch prostych powodów.

Po pierwsze: stało się jasne, że ludzie nie będą chcieli zrezygnować ze swojej hedonistycznej seksualności za żadną cenę, a samo podejrzenie, że istnieje jakiś specyfik blokujący orgastynę, mogłoby wywołać zamieszki. Po drugie: społeczeństwo, w którym istniałby tylko jeden miesiąc rui, zyskałoby istotną przewagę nad tymi, które nadal byłyby ogarnięte permanentnym imperatywem erotycznym. Weźmy pod uwagę, jak wiele energii i czasu można byłoby zaoszczędzić i przeznaczyć na pracę. Ponadto wojskowi zaklasyfikowali orgastynę jako nową generację broni chemiczno-biologicznej: dostarczenie odpowiednio dużych dawek np. z wodą pitną powodowałoby u nieprzyjaciela destrukcyjny orgiastyczny szał, który mógłby prowadzić nawet do śmiertelnego wyczerpania (dokładnie taki jest mechanizm zastosowania niektórych feromonów owadzich jako insektycydów).

Można się zastanawiać, dlaczego wobec tego Papuasi nie prześcignęli ogłupiałej od seksu ludzkości w technologicznym rozwoju? Wiedza jest kumulatywna, bo polega na sumowaniu odkryć przez wieki i tysiąclecia, a do przekazywania informacji potrzebne jest pismo, którego mieszkańcy Papui nie znali. Ponadto odkrycia sumują się w dużych populacjach, ponieważ musi nagromadzić się ich dostateczna (progowa) liczba, aby zaistniały następne, a liczebnie niewielkie szczepy mieszkańców wyspy żyły oddzielone potężnymi łańcuchami górskimi i praktycznie nie kontaktowały się ze sobą.

Rodzi się też zasadnicze pytanie, dlaczego niektóre inne gatunki, jak małpy czy króliki, podobnie jak ludzie mnożą się przez cały rok, bez ograniczeń? Otóż, według nowych teorii, ewolucji nie wymuszają zmiany warunków zewnętrznych, np. klimatu, lecz znacznie szybsze zmiany w obrębie innych gatunków, można więc rozpatrywać ten proces jako "międzygatunkowy wyścig". Człowiek początkowo zyskał w tym wyścigu przewagę prokreacyjną (co utrudniło mu rozwój cywilizacyjny), więc, naturalną koleją rzeczy, inne gatunki musiały wkrótce dołączyć i nadrobić zaległości. Jak stwierdzono, w genomach małp i królików występuje gen kodujący orgastynę, a więc te miłe zwierzątka pod względem aktywności erotycznej wyprzedziły nawet człowieka. Znalazło to kulturowy wyraz w popularnych porzekadłach, np. "mnożą się jak króliki" albo "dostał małpiego rozumu".

Na koniec winien jestem wyjaśnienie, w jaki sposób udało mi się opublikować te utajnione informacje. Otóż dane, z prośbą o ich ogłoszenie poza siecią czasopism naukowych, przesłał mi przez sieć pewien znajomy biochemik ze Stanów Zjednoczonych. W Ameryce fortel się nie udał, ale ów naukowiec miał nadzieję, że być może u nas zakaz publikacji jeszcze nie dotarł do redakcji pism popularnonaukowych. Nasz zamysł powiedzie się dopiero w chwili, w której przeczytacie te słowa.

I jeszcze jedno: obserwujcie uważnie swoje reakcje wobec płci przeciwnej. Jeśli stopniowo osłabną i w końcu ograniczą się do majowego flirtowania, to dobrze, bo będzie to oznaczało, że nasz kraj został włączony do procesu globalnego rozwoju według klauzuli zalecającej powszechne dodawanie do pieczywa substancji dezaktywujących orgastynę. Jeśli reakcje wzmogą się nienaturalnie, to bardzo źle, bo duże nasilenie popędu będzie sygnalizowało agresję z zewnątrz przy użyciu broni nowej generacji, a więc koncentratu orgastyny, rozpylanego nad Polską np. przez samoloty. A jeśli nic się nie zmieni, tzn., że jak zwykle trwamy na peryferiach głównego nurtu dziejów. Przypuszczam, że w pewnych przypadkach nie jest to najgorsza sytuacja.