Twoja wyszukiwarka

ANDRZEJ KAJETAN WRÓBLEWSKI
UCZENI W ANEGDOCIE - TYSIACPIĘĆSET
Wiedza i Życie nr 5/2000
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 5/2000

Na setne spotkanie z Czytelnikami przygotowałem tekst o jednym z najwybitniejszych polskich uczonych, Marianie Danyszu (1909-1983), fizyku, którego miałem szczęście i zaszczyt być uczniem, a potem współpracownikiem. Pochodził z rodu uczonych. Jego dziad, Jan Danysz (1860-1928), wyemigrował z Polski do Paryża i po studiach na Sorbonie został wybitnym mikrobiologiem. Syn Jana, Jan Kazimierz (1884-1914), ojciec Mariana, był znakomitym fizykiem, asystentem Marii Skłodowskiej-Curie i pionierem spektroskopii beta.

Kiedy w 1913 roku Towarzystwo Naukowe Warszawskie tworzyło Pracownię Radiologiczną, zwrócono się do Marii Skłodowskiej-Curie, aby objęła kierownictwo tej placówki. Nie chcąc opuszczać Paryża, obiecała tylko pomoc w uruchomieniu pracowni, którą mieli w jej imieniu kierować dwaj najzdolniejsi polscy asystenci. Jednym z nich był właśnie Jan Kazimierz Danysz, a drugim Ludwik Wertenstein (1887-1945). Latem 1913 roku przyjechali do Warszawy i zajęli się uruchamianiem pracowni według planów nakreślonych przez Marię Skłodowską-Curie. Wkrótce jednak wybuchła I wojna światowa. Danysz, będący obywatelem francuskim, wrócił do Francji, został powołany do wojska i w listopadzie 1914 roku zginął na froncie.

Marian Danysz urodził się w Paryżu, ale po odzyskaniu przez Polskę niepodległości wychowywał w Warszawie. Uczył się w gimnazjum Batorego, a potem, w latach 1928-1935, studiował elektrotechnikę na Politechnice Warszawskiej. Będąc jeszcze studentem, zainteresował się badaniami promieniotwórczości.

Już rok po maturze Marian Danysz zaczął pracować w Pracowni Radiologicznej jako wolontariusz, a potem jako stypendysta. W 1934 roku wraz z Michałem Żywem odkrył tam nowy promieniotwórczy izotop fluoru, co było wówczas ważnym osiągnięciem. Przez kilka lat pracował potem w swoim wyuczonym zawodzie, w Państwowym Instytucie Telekomunikacyjnym w Warszawie, gdzie kierował działem lamp elektronowych. W latach 1945-1948 wykładał elektrotechnikę w Szkole Inżynierskiej im. Wawelberga i Rotwanda. W 1947 roku związał się jednak z uniwersyteckim ośrodkiem fizyki przy ul. Hożej 69 w Warszawie. Nie miał studiów fizycznych, ale za to kilka ważnych publikacji. W wyjątkowym trybie otrzymał więc stopień magistra i posadę starszego asystenta.

W 1952 roku, po pobycie w Anglii, Danysz przywiózł do Warszawy emulsje fotograficzne naświetlone promieniami kosmicznymi w locie balonowym. Wraz z Jerzym Pniewskim (1913-1989) rozpoczął badania zarejestrowanych w tej emulsji oddziaływań. We wrześniu odkryli oni pierwsze hiperjądro, tj. jądro atomowe, w którym zamiast jednego z neutronów występował hiperon lambda. Było to z pewnością największe doświadczalne odkrycie fizyczne w Polsce w XX stuleciu. Danysz i Pniewski zostali mianowani profesorami i wybrani na członków Polskiej Akademii Nauk. Byli też kilkakrotnie zgłaszani do Nagrody Nobla.

Na swoich uczniach i współpracownikach Danysz wywierał niezapomniane wrażenie nie tylko swą niezwykłą intuicją fizyczną, ale i sposobem bycia. Był zapalonym myśliwym, lubił pływać, uwielbiał szybką jazdę samochodem, przy czym było bez znaczenia, czy porusza się po asfalcie, czy leśnych wertepach. Niemal bez przerwy palił, zwykle cygara. Lubił też dużo i dobrze zjeść. Zawdzięczał temu dobrze zaokrągloną sylwetkę, ale i kłopoty z kręgosłupem. Nazywaliśmy go "Tysiącpięćset", od inicjałów MD, które w rzymskim systemie numeracji oznaczają tę liczbę. Jego małżonka Ewa przezwała go "padyszachem".

Będąc przez kilka lat wicedyrektorem Zjednoczonego Instytutu Badań Jądrowych w Dubnej, Danysz nawiązał rozległe kontakty. Dowiedziawszy się, że wielkim przysmakiem jest łapa niedźwiedzia, znalazł odpowiednich myśliwych z Syberii i pewnego razu pojawił się w Warszawie z wielkim pakunkiem. Wcześniej już ustalił, że jedynym w Polsce kucharzem, który umie właściwie przyrządzać ten specjał, jest szef kuchni w pałacu w Jabłonnie. Tam też zawiózł ową, oczywiście zamrożoną, łapę, a potem zaprosił swoich najbliższych współpracowników na degustację przysmaku. Miałem okazję brać udział w tej niecodziennej uczcie.

Pamiętam, jak pewnego razu do Warszawy przyjechało paru fizyków z CERN, w tym późniejszy dyrektor tego ośrodka, Holender Leon Van Hove. Program pobytu przewidywał wyjazd na Mazury i spędzenie tam dnia na dyskusjach naukowych. Oczywiście, gość honorowy został zaproszony do samochodu Danysza, a reszta gości i my z Hożej jechaliśmy dwoma innymi samochodami. Tego dnia Profesor był w niezwykłej formie: jego wołga z maksymalną prędkością mknęła po szosie, niemal roztrącając inne samochody, traktory i furmanki. Utrzymać się za nim "na kółku" było niemożliwością, bo przeszkadzał nam instynkt samozachowawczy. Po godzinie czy więcej szaleńczej jazdy zauważyłem, że samochód Danysza zatrzymał się na poboczu na postój. Kiedy tam dojechałem, z samochodu wysiadał akurat pobladły i wyczerpany z emocji Van Hove. "Wiesz - powiedział do mnie - Danysz ma bardzo interesujący sposób prowadzenia samochodu: zawsze czeka, aż sytuacja na drodze stanie się interesująca!".

Danysz był człowiekiem bardzo skromnym. Nie zależało mu na wyróżnieniach. Nigdy nie podjął wysiłku napisania pracy doktorskiej ani rozprawy habilitacyjnej, chociaż materiału miał nadmiar. Odpowiadał zawsze: "A po co mi to, dajcie mi spokój". Zgodził się jednak w 1977 roku przyjąć doktorat honorowy Uniwersytetu Warszawskiego. Z wielkim wzruszeniem, ale i satysfakcją pełniłem wówczas funkcję promotora mojego mistrza.