Twoja wyszukiwarka

X.RUT
SZCZYPTA SOLI - CZY ABY NA PEWNO CHCEMY WIEDZIEĆ
Wiedza i Życie nr 8/2000
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 8/2000

W Ameryce, ojczyźnie wielu szalonych tendencji, toczy się proces sądowy, który może wytyczyć nową, bardzo dochodową działkę roszczeń cywilnych.

Jak to jest w powszechnym dziś zwyczaju, będąca przy nadziei niewiasta poddała się badaniu USG płodu i uzyskała m.in. informację, że dziecię będzie płci żeńskiej. Wykonujący badanie lekarz nie zastosował się jednak do genialnej praktyki znanego warszawskiego ginekologa dwudziestolecia międzywojennego, który cieszył się opinią nieomylnego przepowiadacza płci spodziewanego potomka. Zacny ów eskulap po sumiennym zbadaniu ciężarnej (zresztą za sowite honorarium) orzekał: "Będzie pani miała synka" albo "Pięknej mamusi gratuluję równie ślicznej córeczki", po czym do karty wizyty wpisywał prognozę przeciwną do wygłoszonej.

Po kilku czy kilkunastu tygodniach, gdy mamusia powiła już pociechę, możliwe były dwa scenariusze. Jeśli płeć nowo narodzonego była zgodna z ustną prognozą, lekarz dostawał kosz od Simona i Steckiego1, a sława jego rosła. W przeciwnym przypadku zagniewana (rozczarowana, zawiedziona) mamusia przychodziła z pretensjami do doktora, a ten - usprawiedliwiając się upływem czasu - stwierdzał, że nie pamięta, co przepowiedział, i zaglądał do kartoteki, po czym z tryumfem wyciągał kartę, na której, jako żywo, widniała prognoza zgodna ze stanem faktycznym. Wystarczyło dodać kilka okrągłych frazesów o ukrytych pragnieniach, aluzję do Freuda (wielce wtedy modnego w kręgach, które stać było na poradę u naszego ginekologa) i konkluzję: "Tak bardzo pani chciała mieć synka, że źle mnie zrozumiała" (pretensje o to, że urodził się syn zamiast przepowiedzianej córki, aczkolwiek rzadsze, specjalista kwitował podobnie).

Ale, jako się rzekło, współczesny amerykański ginekolog nie zastosował opisanej praktyki: przepowiedział córkę, to samo zapisał w kartotece, a urodził się synek. No i rodzice pozwali lekarza o grube odszkodowanie za straty materialne (wyprawka, wystrój pokoju dziecinnego itp.) oraz moralne, gdyż przez kilkanaście tygodni zżyli się z myślą, że będą mieli córeczkę, a teraz muszą się "przestawić", co nie tylko przyczynia im cierpień, ale także utrudnia wykonywanie pracy zawodowej, przez co np. młody tatuś źle zagrał na giełdzie i stracił mnóstwo pieniędzy.

Sądy w Ameryce lubią przyznawać rację poszkodowanym pacjentom; odszkodowanie płaci wtedy firma ubezpieczająca lekarza, która natychmiast podniesie składki na ubezpieczenie od odpowiedzialności cywilnej medyków, co automatycznie spowoduje wzrost opłat za porady lekarskie, a w konsekwencji wzrost wysokości składek ubezpieczeń zdrowotnych.

Postępy w rozszyfrowywaniu zestawu genów człowieka wnet doprowadzą do powszechnej dostępności przeróżnych testów wskazujących na zwiększoną predyspozycję do zapadania na różne schorzenia o podłożu genetycznym. Warto zauważyć dwa powiązane ze sobą aspekty takich testów. Po pierwsze, ponieważ z reguły nie znamy mechanizmu sprawczego wiążącego tę czy inną osobliwość genetyczną z danym procesem chorobowym, a tylko statystyczną korelację ich współwystępowania, nie ma bezpośredniego związku między wynikiem testu a ewentualną terapią. Po drugie zaś, prawie nigdy nie jest tak, że dana osobliwość genetyczna gwarantuje wystąpienie danej choroby, związek jest natury statystycznej, dlatego możemy mówić tylko o pewnym prawdopodobieństwie powstania i rozwinięcia się procesu chorobowego.

Firmy biotechnolo, wydające krocie na badanie ludzkiego genomu i skwapliwie patentujące uzyskane wyniki, nie robią tego z czystej miłości do wiedzy; przede wszystkim chodzi o zysk dla akcjonariuszy i coraz bardziej zawrotne apanaże zarządów firm. Aby zaś to osiągnąć, trzeba wyniki badań zastosować w produktach rynkowych i stworzyć dla nich możliwie chłonny rynek. Ponieważ ostatnie wpadki po zastosowaniu "terapii genowej" (ze skutkiem śmiertelnym włącznie) ochłodziły - przynajmniej na czas jakiś popyt, a także zmniejszył życzliwość agend zezwalających na ich stosowanie, na pierwszy plan wysuwają się testy. Tylko w USA jest już na rynku prawie setka testów genetycznych, jedne można wykonać wyłącznie w warunkach klinicznych, inne jednak można robić samemu, kupiwszy w drogerii odpowiedni "zestaw małego genetyka".

Niewykluczone, że dowiedziawszy się z testu o zwiększonym prawdopodobieństwie zapadnięcia na jakieś schorzenie, można tak zmienić tryb życia, żeby wyeliminować lub przynajmniej zmniejszyć oddziaływanie innych czynników sprzyjających rozwojowi choroby. Ktoś, kto dostatecznie wcześnie dowie się, że nosi gen otyłości, może np. szczególnie zwracać uwagę na swą dietę i bardzo intensywnie zażywać ruchu. Co jednak z chorobami, przeciw którym nie znamy ani leków, ani uzdrawiającego trybu życia? Czy w wieku dwudziestu lat chcemy się dowiedzieć, że mamy szczególne predyspozycje do choroby Alzheimera, która może nas dosięgnąć po sześćdziesiątce? Czy wyposażeni w tę wiedzę następne czterdzieści lat przeżyjemy lepiej, czy będziemy szczęśliwsi? Czy też na wszelki wypadek palniemy sobie w łeb, dopóki jeszcze potrafimy to zrobić?

A co się stanie, jeśli firmy ubezpieczeniowe zaczną żądać wyników testów genetycznych osób ubiegających się o ubezpieczenie zdrowotne lub na życie? Czy ci, których testy wypadną niepomyślnie, będą musieli płacić wyższe składki, ponieważ stanowią większe ryzyko dla firmy? Nie jest to pytanie absurdalne: przecież już dziś palacze płacą wyższe składki ubezpieczeniowe, a prawie wszystkie firmy, zadając pytania o występowanie tych czy innych chorób w rodzinie osoby ubiegającej się o ubezpieczenie, stosują prymitywną formę "testu genetycznego". Ale w końcu papierosy pali się z własnej woli (czy winy), natomiast na swój genom nie mamy żadnego wpływu! Czy za niedobry bagaż genów mamy płacić podwójnie, gorszym zdrowiem i wyższymi składkami ubezpieczeniowymi?

Przy możliwie pełnej statystycznej wiedzy o populacji klientów, przystępność ubezpieczeń zdrowotnych i na życie w istocie opiera się na niewiedzy o indywidualnym kliencie. Zagrożeniem dla natury takich ubezpieczeń jest sama dostępność testów genetycznych, a dokładniej: dostępność wiedzy o wyniku testów konkretnego Kowalskiego, Smitha, Schmidta czy Kowaliowa. I żaden zakaz korzystania z wyników testów genetycznych przy określaniu wysokości składek ubezpieczeniowych nic nie pomoże, jeśli testy takie będą ogólnie dostępne, a wyniki znane choćby samym badanym. Nic bowiem nie przeszkodzi osobom mającym znakomite wyniki takich testów w założeniu zamkniętego towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych.

Towarzystwa publiczne (otwarte) zostaną wtedy pozbawione najmniej ryzykownych klientów i tym samym będą musiały podnieść składki, zapewne do poziomu nieosiągalnego dla większości potencjalnych klientów. A najzamożniejsi pewnie i tak zrezygnują z ubezpieczenia; tym łacniej, im rzetelniej będą przekonani o indywidualnie zwiększonym zagrożeniu chorobowym: zamiast płacić wysokie składki, wybiorą inwestowanie w przemysł leczniczy, pokrycie kosztów swojego leczenia traktując jak odłożoną dywidendę. Dążąc do spieniężenia wyników badań genetycznych firmy biotechnolo, zniszczą więc zapewne w miarę powszechne ubezpieczenia zdrowotne i na życie. W dziedzinie publicznej pozostaną tylko stosunkowo tanie ubezpieczenia od wypadków losowych, przystępne wyłącznie dlatego, że choć statystycznie wiadomo, ile osób rocznie ulega jakim wypadkom, nikt nie oferuje wiarygodnej prognozy, że Kowalski złamie nogę w 2003 roku. Niektórzy nazwą to postępem.

1 Znane, drogie i wyśmienite składy win i restauracje warszawskie.