Twoja wyszukiwarka

ANDRZEJ ZIEMBA
MROCZNA STRONA MEDALU
Wiedza i Życie nr 9/2000
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 9/2000

Dawno temu ten, kto chciał być odważny jak lew, musiał zjeść serce lwa. Dziś sportowcy wierzą w moc chemii. Z sondaży wynika, że co drugi zawodnik gotów byłby zażywać środki zagrażające zdrowiu, a nawet życiu, jeśli tylko zagwarantowałyby mu złoty medal olimpijski.

Od zarania dziejów ludzie stosowali różnorodne metody i środki, które miały im zapewnić przewagę nad przeciwnikiem. W sporcie osiągnięcie tego celu jest możliwe dzięki zwiększeniu siły i wytrzymałości fizycznej, szybkości, odporności psychicznej, zdolności do koncentracji, a także umiejętności usuwania lub opóźniania objawów zmęczenia. Naturalnym sposobem doskonalenia tych cech są właściwie zaplanowany trening, optymalna dieta, różne techniki psychologiczne . Wiadomo jednak, że można przekroczyć maksymalne możliwości organizmu, stosując środki farmakologiczne. Jest to ogromna pokusa, zwłaszcza wtedy, gdy ten sposób staje się względnie powszechny.

Najbliżej ideału byli sportowcy starożytnej Grecji i Rzymu, gdzie stosowano wyłącznie żywieniowe środki wspomagające. Podstawą tego rodzaju dopingu była wiara, że wraz ze spożyciem określonych produktów zwierzęcych przejmuje się pewne cechy zwierząt. Na przykład ten, kto zjadł serce lwa, stawał się odważny jak lew.

Niestety, w czasach nowożytnych doping stał się nieodłączną częścią sportu wyczynowego. Około 100 lat temu zaczęto stosować takie środki dopingujące, jak alkohol, kokaina, kofeina, a wraz z postępem wiedzy fizjologicznej, biochemicznej i farmakologicznej ta lista systematycznie się wydłużała. W latach pięćdziesiątych do sportu wkroczyły steroidy anaboliczne i od tamtej pory, mimo coraz ostrzejszych działań zmierzających do wyeliminowania dopingu, staje się on problemem coraz poważniejszym.

Według Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, każda substancja obca dla organizmu, również leki, lub substancje fizjologiczne, ale użyte w nieprawidłowej dawce lub zastosowane niefizjologiczną drogą z zamiarem sztucznego lub nieuczciwego podwyższenia sprawności, powinna być uważana za doping. Zgodnie z tą definicją, istota dopingu sprowadza się do nieuczciwego zamiaru, co niełatwo udowodnić. Dlatego Międzynarodowa Federacja Medycyny Sportowej uściśliła ją tak, że nie pozostawia żadnych możliwości interpretacji. Według niej, doping w sporcie jest świadomym lub nieświadomym stosowaniem przez sportowców środków lub metod zabronionych przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski. A są zabronione, ponieważ osiągnięcie za ich pomocą przewagi nad rywalami jest nieetyczne, a ponadto może szkodzić zdrowiu.

Jeśli krew przenosi za mało tlenu (a), informacja o tym dociera do nerki (b), która rozpoczyna produkcję hormonu nazywanego erytropoetyną (EPO) (c). Pod jego wpływem szpik kostny (d) wytwarza czerwone krwinki (e), a jak wiadomo to właśnie one dostarczają tlen do wszystkich zakątków organizmu. Zatem zwiększenie liczby nośników tlenu powiększa ukrwienie tkanek i nie ma już powodu do dalszego wytwarzania EPO. Erytropoetyna dostarczana z zewnątrz zmusza szpik do ciągłego wytwarzania krwinek czerwonych, a przez to organizm do tolerowania większego wysiłku niż norma fizjologiczna

Zatem czego nie wolno stosować? Lista zakazanych środków farmakologicznych oraz metod dopingujących obejmuje kilka grup. Przede wszystkim środki pobudzające, jak amfetamina czy efedryna. Pod ich wpływem człowiek staje się wyjątkowo aktywny i nie odczuwa zmęczenia. Zwiększa się kurczliwość mięśni oraz objętość wyrzutowa serca, ale następuje równocześnie wiele innych zmian w organizmie, które mogą prowadzić nawet do śmierci: zaburzenia w regulacji temperatury i niebezpieczeństwo przegrzania podczas wysiłku, groźne arytmie serca, niewydolność krążenia.

Druga grupa to znane od dawna narkotyczne środki przeciwbólowe, np. morfina. Ich znaczenie dopingowe jest oczywiste - nie czując bólu, można się zdobyć na znacznie więcej. Niestety, odbywa się to ogromnym kosztem - sportowiec nie uświadamia sobie nawet bardzo poważnych kontuzji, a przedawkowanie tych narkotyków może spowodować śmierć przez zablokowanie oddychania.

Kolejna grupa to steroidy anaboliczne, nasilające syntezę białka. Zsyntetyzowano je po to, żeby ratować chorych wyniszczonych fizycznie wskutek choroby lub głodu, jednak lekarze nie stosuje się ich często, ponieważ mają bardzo poważne działania uboczne. Niestety, są powszechnie używane przez sportowców, pomagają bowiem budować masę mięśniową, co oczywiście dodaje sił.

Zabronione są też środki moczopędne, stosowane np. w leczeniu nadciśnienia, bo zmniejszają zawartość wody w organizmie, powodując szybki spadek masy ciała. W niektórych dyscyplinach sportowych daje to przewagę nad rywalem. Ponadto środki moczopędne utrudniają wykrycie innych nielegalnych środków dopingujących, ponieważ zwiększając wytwarzanie moczu, zmniejszają ich stężenie badane właśnie w moczu.

Wreszcie hormony peptydowe, np. hormon wzrostu. Ich wartość dla sportowców jest ogromna, choć trudno ją sprowadzić do wspólnego mianownika jedne mają wpływ pobudzający, inne stymulują wzrost mięśni. Łączy je jedno - są bardzo szkodliwe dla zdrowia.

Odrębną grupę stanowią substancje, które mają wprawdzie właściwości dopingujące, ale w pewnym zakresie można je stosować. Są to na przykład alkohol czy kortykosteroidy. Te ostatnie, podawane miejscowo, stanowią nieoceniony lek w niektórych chorobach uszu, oczu i skóry, a w postaci inhalacji ratują przed ciężkimi napadami astmy.

Warto zaznaczyć, że stosowanie farmakologicznych środków dopingujących wykracza poza sport zawodowy i wyczynowy. Stosują je także ludzie uprawiający np. kulturystykę. Zdarzają się w związku z tym nawet tragiczne przypadki śmierci. W Polsce jest to poważne zagrożenie ze względu na łatwą dostępność tych środków.

Przeciętnemu kibicowi doping kojarzy się przede wszystkim ze środkami farmakologicznymi, jednak równie często nieuczciwi sportowcy stosują tzw. fizjologiczne środki wspomagające. Są to substancje lub techniki przyspieszające naturalne procesy fizjologiczne, od których zależy siła fizyczna bądź wytrzymałość, na przykład wpływające na transport tlenu w organizmie. Nielegalny jest więc doping polegający na transfuzji krwi. Metoda ta ma na celu zwiększenie liczby czerwonych krwinek i zawartości hemoglobiny w organizmie, dzięki czemu krew dostarcza do tkanek więcej tlenu. A polega na transfuzji krwi przed zawodami - albo obcej, albo własnej pobranej wcześniej.

Do innych nielegalnych metod fizjologicznych należy stosowanie erytropoetyny. Jest to naturalny hormon wytwarzany w nerkach, który po dotarciu do szpiku kostnego stymuluje powstawanie czerwonych krwinek . Jak wykazały anonimowe sondaże, erytropoetyna jest stosowana przez sportowców właściwie powszechnie. I dodajmy - bezkarnie, ponieważ nie można jej wykryć w moczu. Niewykluczone jednak, że zmieni się to już podczas najbliższej olimpiady, ponieważ australijscy naukowcy opracowali sposób na wykrycie tego hormonu we krwi.

Na liście zakazanych metod są też manipulacje farmakologiczne, chemiczne i fizyczne zmieniające próbkę moczu pobraną do kontroli antydopingowej. I tu stosowany przez sportowców repertuar jest bardzo szeroki. Właśnie dlatego - jakkolwiek dziwnie to zabrzmi - oddawanie moczu odbywa się pod kontrolą.

Nie ma na tej liście... ciąży, bo też trudno w tej mierze o jakikolwiek zakaz, choć są hormony wydzielane przez organizm każdej brzemiennej kobiety. Niestety, nieraz wykorzystywały to zawodniczki - przed ważnymi zawodami zachodziły w ciążę, a potem bez skrupułów się jej pozbywały .

Walka z dopingiem zaczęła się już na początku tego wieku Warszawie, Budapeszcie i Wiedniu poddano badaniom... konie wyścigowe. Jednak świadomość, że doping jest nieuczciwy i stanowi poważne zagrożenie dla zdrowia sportowców, kształtowała się przez wiele lat, a do jej ostatecznego utrwalenia przyczyniły się tragiczne przypadki śmierci zawodników. Pierwszą ofiarą dopingu był angielski kolarz, który umarł w 1886 roku po zażyciu odmiany eteru. W latach sześćdziesiątych zmarło ponad 30 osób, a prawdziwą przestrogą dla innych może być zgon w 1987 roku pewnej zawodniczki niemieckiej. W ciągu 12 miesięcy przyjęła ona ponad 400 zastrzyków zawierających 40 różnych preparatów farmakologicznych! Wprawdzie w tym czasie jej pozycja w światowym rankingu podskoczyła z 33. na 6. miejsce, ale nawet nie miała czasu, żeby się tym cieszyć...

A przecież jest to tylko wierzchołek góry lodowej. Według opinii prominentnego członka Komisji Medycznej Brytyjskiego Komitetu Olimpijskiego: "trzech na czterech lekkoatletów startujących w Atlancie stosowało pewne rodzaje środków poprawiających zdolność wysiłkową", co świadczy o przerażającym rozpowszechnieniu zjawiska dopingu w sporcie.

Dlaczego młodzi, zdrowi, utalentowani ludzie decydują się na doping, mając pełną świadomość skutków, jakie ta decyzja za sobą pociąga? Wiele opisywanych w prasie przypadków stawia w dwuznacznym świetle osoby związane ze sportem trenerów i lekarzy, którzy przejawiają w stosunku do swoich podopiecznych postawy skrajnej bezwzględności. A nie jest to jedyny rodzaj presji, jakiej poddawani są zawodnicy. Wśród przyczyn stosowania dopingu badacze tego zjawiska najczęściej wymieniają nacisk mediów, opinii publicznej, a nawet najbliższego otoczenia na wygraną, zwłaszcza gdy w grę wchodzą nagrody finansowe znacznej wartości.

Ale to tylko część prawdy. Wśród światowej klasy sportowców przeprowadzono badania, które miały ujawnić ich stosunek do dopingu. Wyniki zaskoczyły wszystkich. Ponad 50% sportowej elity wyraziłoby zgodę na zażywanie substancji zapewniającej złoty medal olimpijski nawet wtedy, gdyby w ciągu roku miała spowodować poważne kłopoty zdrowotne, nie wykluczając śmierci.

I jak tu dyskutować o etycznym aspekcie dopingu w sporcie? W trakcie takich dyskusji bardzo często przywołuje się definicję zawartą w słowniku oksfordzkim, wedle której etyka to m.in. zasady moralne, którymi kieruje się jednostka. Najwyraźniej te, które akceptuje wielu sportowców, nie są tożsame z zasadami przyjętymi w społeczeństwie. W tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak tworzenie norm prawnych i warunków wymuszających ich stosowanie.

I tak też się dzieje. Zarówno Międzynarodowy Komitet Olimpijski, jak i poszczególne organizacje sportowe ustanawiają własne przepisy zniechęcające zawodników do zdobywania przewagi w nieuczciwy sposób i nakładające sankcje na tych, którzy nie chcą się stosować do przyjętych reguł. Jednak liczne przypadki dyskwalifikacji sportowców mogą być zarówno dowodem skuteczności przepisów antydopingowych, jak i bezsilności nas wszystkich wobec zjawiska dopingu w sporcie.

Czy jeszcze kiedyś zatęsknimy za szlachetną rywalizacją, w której wygrana nie jest jedynym celem walki sportowej?

300 zdyskwalifikowanych

Po zażyciu nandrolonu mięśnie rosną jak na drożdżach i dlatego stosowały go kolejne roczniki sportowców. Do czasu. Kiedy zaczęto walczyć z dopingiem, nandrolon nie miał już żadnych szans. Ten steroid anaboliczny łatwo wykryć, bowiem utrzymuje się w organizmie nawet kilka miesięcy.

I oto w ostatnim roku, ku największemu zaskoczeniu laboratoriów antydopingowych, ten przestarzały środek stał się przyczyną dyskwalifikacji aż ponad 300 sportowców z całego świata. Wśród nich znalazła się Marlene Ottey, piękna, ciemnoskóra biegaczka z Jamajki, którą doprawdy trudno posądzić o brak ostrożności, zważywszy że ma na swym koncie ponad 30 medali igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata.

Sportowcy tłumaczą się oczywiście, że nie stosowali żadnego dopingu, a nandrolon mógł się dostać do organizmu w odżywkach albo na przykład w paście do zębów. Być może. Fachowcy zwracają jednak uwagę na inną możliwość. Dawniej nandrolon podawano w postaci zastrzyków, ale od pewnego czasu dostępny jest również w tabletkach. Połknięty utrzymuje się w organizmie nie kilka miesięcy, lecz tylko kilka dni. Równocześnie w laboratoriach pojawiała się nowocześniejsza aparatura, która wykrywa ponad dwa razy mniejsze stężenie tej substancji w moczu. Trudno więc wykluczyć, że sportowcy stosowali doping nandrolonem przekonani, że w chwili kontroli antydopingowej nie będzie już wykrywalnych jego śladów w organizmie.

Najsławniejsi pokonani przez doping

Ben Johnson - Fenomenalny ciemnoskóry sprinter, występujący w barwach Kanady. Na igrzyskach w Seulu wygrał bieg na 100 m, zdobywając złoty medal. Nie cieszył się nim jednak długo. Przeprowadzona po biegu kontrola antydopingowa wypadła niepomyślnie i Johnson musiał zwrócić cenne trofeum. Po zakończeniu okresu dyskwalifikacji wrócił na bieżnię, ale ponownie przyłapany na dopingu, na zawsze utracił prawo startu w zawodach sportowych.

Katrin Krabbe - Doskonała sprinterka niemiecka. Ten przypadek pokazuje, jak ważne dla walki z dopingiem są kontrole przeprowadzane między zawodami. Krabbe "wpadła", kiedy lotna brygada antydopingowa odwiedziła ją w Afryce Południowej, w trakcie przygotowań do igrzysk w Barcelonie. Po tym incydencie już nie wróciła na bieżnię.

Butch Reynolds - Amerykanin, w latach 1988-1999 rekordzista świata w biegu na 400 m. Przyłapany w 1990 roku na dopingu, poświęcił kilka lat, aby odzyskać prawo startu w zawodach. Zaskarżył do sądu Międzynarodową Federacja Lekkiej Atletyki i wygrał, uzyskując ponad 27 mln odszkodowania. Wyrok został jednak unieważniony.

Javier Sotomayor - Kubańczyk, rekordzista świata w skoku wzwyż. Właśnie trwa okres dwuletniej jego dyskwalifikacji. Wiele spekulowano na temat osobistego zaangażowania Fidela Castro w sprawę cofnięcia tej dyskwalifikacji, które nie przyniosło spodziewanych rezultatów. Wszystko wskazuje więc na to, że Sotomayor nie wystartuje w Sydney, a ponieważ ma 33 lata, więc być może tak zakończy się jego kariera.

Zabawa w policjantów i złodziei

Problem dopingu w sporcie stał się naprawdę poważny w latach sześćdziesiątych i wtedy też podjęto próby przeciwdziałania. Najpierw wystąpili lekarze sportowi na igrzyskach olimpijskich w Tokio zażądali od MKOl energicznej i zdecydowanej walki z dopingiem. Odpowiedzią było powołanie w 1967 roku Komisji Medycznej, która miała ustalać przepisy antydopingowe. Kilka lat później wprowadzono kontrole antydopingowe i od tej pory stale udoskonalane są związane z nimi procedury, metody badawcze oraz uaktualniane listy niedozwolonych metod i środków. Mimo to cała ta skomplikowana konstrukcja daleka jest od doskonałości.

Nie jest to proste z kilku powodów. Badania przeprowadzane są losowo w trakcie najważniejszych zawodów oraz między zawodami. Sito nie jest więc szczelne i trudno sobie wyobrazić, żeby stało się bardziej szczelne przy tak dużej liczbie imprez sportowych i zawodników. Podstawą badań są próbki moczu, pobierane według ściśle określonych reguł, które mają maksymalnie chronić prawa sportowców z jednej strony, z drugiej jednak wykluczyć nieuczciwość.

Najbardziej fascynująca walka z dopingiem toczy się jednak w laboratoriach. Wiele substancji dopingujących wytwarzanych jest przez organizm, nie wystarczy więc wykrycie ich obecności, a nawet nadmiaru. Dobrą ilustracją tego problemu są naturalne preparaty testosteronu. Jako dowód dopingu przyjmowało się kiedyś określony stosunek testosteronu i epitestosteronu w moczu. Jednak w NRD wymyślono, że można sportowcom podawać obie substancje i ich wzajemne proporcje pozostaną prawidłowe. Co więcej, równoczesne zażywanie innych preparatów może całkowicie zaciemnić obraz, żeby więc wykryć doping testosteronem, konieczne stało się przeprowadzanie dodatkowych badań. Na razie są skuteczne, nie można jednak wykluczyć, że ktoś wymyśli nowy sposób na fałszowanie ich wyników.

Jak sobie pomóc legalnie?

Powszechnie wykorzystywane są żywieniowe środki wspomagające. Oznacza to takie skomponowanie diety, żeby zapewniła jak największą zdolność wysiłkową podczas zawodów. Istotą takiej diety jest "obciążanie" organizmu węglowodanami lub tłuszczami, co w normalnych warunkach uznalibyśmy za błąd dietetyczny. Jednak dzięki większej ilości węglowodanów zwiększają się zapasy glikogenu w wątrobie i mięśniach, czyli - mówiąc w największym uproszczeniu - zapasy energii. Także więcej tłuszczu oznacza więcej energii w momencie, w którym jest najbardziej potrzebna, choć w tym przypadku naukowcy nie mają jeszcze pewności, czy ta strategia na pewno przynosi sportowcom pożytek. Dozwolone jest również coś, co w zasadzie można by potraktować jak doping fizjologiczny, czyli wspomaganie komórkowej przemiany materii. Pod tą uczoną nazwą kryje się wytwarzanie energii w poszczególnych komórkach organizmu. Okazuje się, że kreatyna, karnityna czy koenzym Q, dzięki którym komórki organizmu mają więcej energii, nie wywołują żadnych niepożądanych skutków ubocznych. Dlatego wolno je stosować.

Jako wspomaganie traktuje się również różne techniki psychologiczne, które poprawiają refleks i koordynację wzrokowo-ruchową, koncentrację, a także zapewniają odprężenie. Stan relaksu pomagają też osiągnąć witaminy z grupy B i nie ma żadnych przeszkód, żeby sportowcy je stosowali.

Afrykańskie korzenie

Słowo doping pochodzi od angielskiego dope, co oznacza m.in. "narkotyzować się", "dodawać, dosypywać środek narkotyzujący, oszałamiający, znieczulający", "wlać, wsypywać narkotyk", ale również, co ciekawe, "sfałszować", a także "głupek, naiwniak". Korzenie słowa dope tkwią w Afryce - szczep Kafrów z południa tak określał narkotyk stosowany podczas obrzędów religijnych. Forma ta przeniknęła następnie do języka Afrykanerów, a w Europie pojawiła się pod koniec XIX w. jako określenie narkotyku stosowanego w wyścigach konnych. W miarę upływu lat jego różne odmiany określały dodatki do prochu strzelniczego, rośliny o działaniu pobudzającym, oszołomienie, a nawet płyn pokrywający powierzchnie kadłubów samolotów. Dzisiaj "doping" kojarzy się nierozerwalnie i negatywnie ze sportem.

dr Andrzej Ziemba jest fizjologiem. Pracuje w Centrum Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej PAN