Twoja wyszukiwarka

KRZYSZTOF MICHALSKI
ÓSMY CUD ŚWIATA
Wiedza i Życie nr 9/2000
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 9/2000

Czy miliardy widzów, którzy oglądać będą igrzyska olimpijskie w Sydney, wiedzą, że największy i najnowocześniejszy stadion zaprojektował i zbudował polski inżynier Edmund Obiała?

Wyjechał z Polski w 1980 roku. Niektórych znajomych ta decyzja zaskoczyła. Zupełnie nieźle radził sobie w kraju. Po ukończeniu Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Bydgoszczy i Politechniki Poznańskiej otworzył nawet przewód doktorski na Politechnice Wrocławskiej. Gdy zapytałem go, dlaczego wobec tego zdecydował się na emigrację, odpowiedział, że w latach siedemdziesiątych wyjeżdżał kilkakrotnie na Zachód. Tam zobaczył, że można żyć i pracować inaczej, a ze swoją wiedzą robić naprawdę coś ciekawego i... wielkiego.

Nim jednak do tego doszło, przeżył kilka miesięcy niepewności. Przez Wiedeń trafił do Australii. Początki na antypodach były jednak bardzo trudne. Trzydziestoparoletni inżynier z Polski nie znał bowiem języka angielskiego. Przez kilka miesięcy nie wychodził niemal z domu codziennie przez kilkanaście godzin uczył się języka. Gdy już jako tako mógł porozumieć się, trafił do największej firmy budowlanej w Australii. Przyjęty dość niechętnie (szef nazwał go polskim bublem), już w pierwszych tygodniach, posługując się suwakiem logarytmicznym, co wprawiło w ogromne zdumienie inżynierów australijskich, wykazał, że budowla, przy której rozpoczął pracę, została przeprojektowana. Udowodnił, iż dość proste zmiany konstrukcyjne mogą przynieść milionowe oszczędności.

To jednak nie wystarczyło, by przekonać do siebie zwierzchników, którzy zlecili mu dokończenie budowy banku, zbyt trudnej dla rodowitych Australijczyków. Obiała godząc się na tę propozycję, nie miał zielonego pojęcia o betonach monolitycznych. Zagrał jednak va banque i na pytanie dyrektora firmy, czy potrafi poprowadzić tę skomplikowaną budowę, odpowiedział, że w Polsce zajmował się sprawami o wiele bardziej złożonymi.

Kilka miesięcy ślęczenia nad normami i dokumentacją, godzenia skłóconych wykonawców dały pozytywne rezultaty. W firmie stał się specjalistą od rzeczy trudnych. Niemal natychmiast przerzucono go na budowę stadionu do rugby w Paramacie. Był to trzydziestotysięcznik o ciekawej konstrukcji - skomplikowanej jednak w takim stopniu, że kolejni inżynierowie zniechęcali się dość szybko. Przybysz z Polski w parę miesięcy nadrobił zaległości i skończył budowę w terminie, przechodząc na budowę następnego stadionu - tym razem do piłki nożnej. Był to wówczas największy obiekt sportowy w Australii.

Pozycja inżyniera Obiały stawała się coraz mocniejsza. Postanowił jednak odejść z firmy, w której laury za jego pracę zawsze zbierali inni... O jego dalszej karierze zadecydował właściwie przypadek. Dowiedział się, że jedna z firm poszukuje bezskutecznie dyrektora budowy najwyższego budynku świata, który miał stanąć w Sydney. Jego oferta została przyjęta i chociaż projekt budynku nie został zatwierdzony przez władze (obawiano się, że będzie kładł cień na całe miasto), Edmund Obiała został dyrektorem budowy innego 56-piętrowego biurowca. Nie wykonywaną wcześniej w Australii konstrukcję stalową o bardzo skomplikowanych rozwiązaniach technologicznych Polak skończył 6 miesięcy przed terminem - i do tego z ogromnymi oszczędnościami.

Jest sierpień 1994 roku. Pozycja przybysza z Polski była już tak silna, że namówił kierownictwo firmy, by przystąpiło do przetargu na budowę Stadionu Olimpijskiego Sydney 2000. Mimo ogromnej konkurencji projekt Polaka okazał się najlepszy.

Budowa tego największego, najnowocześniejszego i - jak stwierdził przewodniczący Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, Juan Antonio Samaranch - najpiękniejszego stadionu świata trwała zaledwie 27 miesięcy. Najwybitniejszy lekkoatleta ostatnich lat Carl Lewis i znakomity biegacz brytyjski Sebastian Coe wystawili obiektowi ocenę celującą. Ten ostatni zażartował nawet, że rozpocznie treningi tylko po to, by móc raz jeszcze wystartować właśnie na tym stadionie.

Sam Obiała podkreśla walory ekologiczne i estetyczne swej największej budowli. Stadion udało się bowiem tak wkomponować w krajobraz, że zachowano w pobliżu naturalne miejsca, w których zatrzymują się ptaki wędrujące z Syberii na Antarktydę. Zachowano również w stanie niemal nienaruszonym cenny las eukaliptusowy.

Przy budowie stadionu wykorzystano warunki naturalne, m.in. dobre nasłonecznienie. Baterie słoneczne pozwalają otrzymać aż 600 kW energii elektrycznej (odpowiada to mocy małej elektrowni). Wyeliminowano również w znacznym stopniu energochłonne urządzenia klimatyzacyjne. Udało się to dzięki najnowszym rozwiązaniom technologicznym umożliwiającym wykorzystanie kanałów powietrznych do stworzenia tzw. wentylacji pasywnej. Ograniczono także zużycie wody z miejskiej sieci. Do utrzymania zieleni i czystości wystarczy woda deszczowa spływająca z dachu o łącznej powierzchni 3.2 ha do czterech zbiorników o pojemności ponad 3 tys. m3. Sam dach jest przezroczysty, co umożliwia doświetlenie światłem dziennym każdego miejsca na trybunie.

Mimo swego ogromu stadion sprawia wrażenie lekkiej budowli. Uzyskano to dzięki nietypowemu rozstawowi kolumn wspierających. Z zewnątrz, dzięki starannie dobranej elewacji, stadion wygląda jak nowoczesny budynek biurowy. Jego kolorystyka nawiązuje do barw Australii - skał, pustyni i oceanu...

Polskiemu inżynierowi postawiono także warunek, by stadion olimpijski był nie tylko piękny i wygodny, ale i wielofunkcyjny. Ruchome dolne trybuny boczne i dach umożliwiają w ciągu zaledwie 8 godz. stworzenie ze stadionu ogromnej hali widowiskowej na 70 tys. miejsc. Liczne sale widowiskowe, teatry, kina i restauracje pozwolą żyć obiektowi także w okresach między imprezami sportowymi. Dostosowany do tych wszystkich funkcji specjalny system ramp i wind umożliwia ewakuację wszystkich widzów w ciągu zaledwie 8 minut.

Specjalne ciągi komunikacyjne prowadzą do wydzielonego sektora dla ludzi niepełnosprawnych (ponad 1000 miejsc). Na ekskluzywnym poziomie środkowym przygotowano specjalne stanowiska z bankomatami, telefonami i dostępem do sieci komputerowej. Całość inwestycji kierowanej przez polskiego inżyniera kosztowała prawie 700 mln dolarów australijskich. Inwestorzy obliczają, że zwróci się to bardzo szybko.

Dla Edmunda Obiały sukces inżynierski ma znacznie szerszy wymiar. Jego praca zmienia nastawienie Australijczków do Polaków. Z rodaka dumna jest również miejscowa Polonia. Stadion nazwała "polskim kawałkiem nieba w Australii" i po ciężkich bojach z działaczami sportowymi z Warszawy doprowadziła do tego, że inż. Obiała został attaché Olimpijskim PKOl przy Komitecie Organizacyjnym Igrzysk XXVII Olimpiady w Sydney.

I choć pozycja Obiały na dalekich antypodach jest bardzo mocna, gdy zadałem mu pytanie, czy wróciłby do Polski, odpowiedział bez namysłu, że zrobiłby to tak szybko, jak tylko możliwe. Pod warunkiem, iż znalazłby pracę na miarę aspiracji. Na razie wrócił na kilka lat do Europy, bowiem kilka miesięcy temu jego firma wygrała przetarg na budowę nowego stadionu piłkarskiego na Wembley. Głównym inżynierem budowy będzie właśnie Edmund Obiała. Biorąc pod uwagę poziom naszego futbolu, jest to pierwsze polskie zwycięstwo na Wembley.