Twoja wyszukiwarka

X.RUT
SZCZYPTA SOLI - WIKTORIA BRAŁA
Wiedza i Życie nr 9/2000
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 9/2000

Każdy ma swoją własną interpretację zwrotu: "w dawnych, dobrych czasach". Niekiedy mają ją całe grupy i warstwy społeczne; bywa, że pewna szczególna interpretacja urasta do rangi przysłowia czy porzekadła, staje się "mądrością narodu". Takie porzekadło zmienia czasem swoją orientację z pozytywnej na negatywną. Tak (chyba) stało się z polskim "za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa".

Dla Brytyjczyków "czasy wiktoriańskie" (okres długiego panowania królowej Wiktorii) to przede wszystkim epoka zdrowych zasad moralnych. Jawnie odwoływała się do nich krzykliwie strofująca pani premier z partii konserwatywnej, w nieco tylko zawoalowanej formie przewijają się w żarliwych perorach świętoszkowatego premiera z partii socjalistycznej. Były to czasy posłusznych, grzecznych dzieci, trwałych związków małżeńskich, pełnych świątyń, uczciwej pracy, godziwych zysków z kapitału, stałych cen, Davida Copperfielda, upowszechnienia higieny osobistej (wspaniałe hasło: cleanliness is next to godliness), zaczątków publicznej opieki zdrowotnej i systemów emerytalnych. W wiktoriańskich czasach bardzo dbano o moralność publiczną; prześmiewcy, których nigdzie i nigdy nie brak, z lubością przypominają specjalne gatki wciągane na nogi fortepianu, żeby zapobiec lubieżnym skojarzeniom. Symbolem tych dobrych, cnotliwych czasów jest sama królowa Wiktoria, tak cnotliwa, że wydane za jej panowania ustawy penalizujące związki homoerotyczne dotyczyły wyłącznie mężczyzn, gdyż nikt pono nie miał śmiałości wyjaśnić królowej, że zdarza się to także płci pięknej (o męskim wariancie wiedział zaś każdy gorliwy czytelnik Biblii, czyli wszyscy).

A przecież, by złagodzić dolegliwości towarzyszące miesiączkowaniu, królowa Wiktoria paliła haszysz, czyli - w dzisiejszej terminologii - marihuanę. Królewska komisja (tak w Wielkiej Brytanii nazywa się apolityczne zespoły ekspertów, powoływane w celu przygotowania miarodajnej analizy i ewentualnych zaleceń w sprawie uznawanej za ważną dla królestwa; wyniki pracy takiej komisji są obowiązujące dla rządu), otóż królewska komisja powołana w wiktoriańskich czasach dla zbadania problemu szkodliwości konopi indyjskich doszła do wniosku, że nie ma szczególnych powodów, by uznać je za szkodliwe dla zdrowia, przeciwnie, w pewnych okolicznościach są one pożyteczne. Komisja zauważyła przy tym, że niektórzy nałogowi palacze wydają na haszysz więcej, niż mogą sobie pozwolić bez naruszania równowagi budżetu domowego, ale - podkreśliła - to samo można powiedzieć o wielu innych nałogach, od gry na wyścigach do kolekcjonowania biżuterii.

Dziś rząd brytyjski broni się jak może przed powołaniem królewskiej komisji do zbadania problemu narkomanii, woli polegać na powszechnych w tej sprawie przekonaniach: narkotyki są szkodliwe, należy je zwalczać, za posiadanie i handel karać im surowiej, tym lepiej. Niepokojący fakt, że rozmiar problemu mierzony kosztem zwalczania, ale także zasięgiem geograficznym i społecznym, stale rośnie, że przemysł narkotyczny wydaje się czerpać siłę z intensywności jego zwalczania, wymaga poważnego zastanowienia. Eksperyment holenderski polegający na dekryminalizacji tzw. miękkich narkotyków (w tym marihuany) i jego społeczne następstwa wymagają poważnej analizy. Zamiast tego, politykę wyznaczają żarliwe przekonania o tym, co właściwe, dobre i moralne. A przecież sama królowa Wiktoria paliła trawkę!

Powszechne (prawie) przekonania o tym, co właściwe, dobre i moralne, daleko nie zawsze wytrzymują konfrontację z rzeczową analizą. W jednym z poprzednich felietonów okrutnie dworowałem sobie z instrukcji kierownika przyuczelnianej przychodni zdrowia, nakazującej powszechne badanie kandydatów na studia pod kątem ich odporności na takie zagrożenia, jak kontakt z komputerem. Odezwał się bardzo rozsierdzony Czytelnik, który zwymyślał mnie od prawicowców gorszych niż redakcja tygodnika Nie(!) i od profanów medycznych (sam przyznałem, że nie jestem lek. med., ale czy to aby wystarcza do miana profana medycznego? Są wszak laureaci medycznego Nobla, którzy też nie noszą tego zawodowego tytułu!), a potem namiętnie przekonywał o zaletach badań masowych. Argumentował zaś m.in. tak: "dyskusyjne jest [...] kierowanie na studia informatyczne osób cierpiących na padaczkę telewizyjną, choroby stawów nadgarstka czy znacznego stopnia wady wzroku lub postawy".

W przytoczonym fragmencie argumentacji niewiedza walczy o pierwszeństwo z przesądem światło ćmiącym, choć całość jest powierzchownie zgodna z tym, co powszechnie uważa się za właściwe, dobre i moralne. Powierzchownie chodzi przecież o to, by kandydatowi zaoszczędzić cierpień, społeczeństwu kosztów, a aspirującego do studiów informatycznych młodego człowieka "skierować" w innym kierunku: szycia worków pocztowych, wyrobu szczotek czy innych prac właściwych - w tej samej powszechnej opinii - dla "kaleków" (jak znaczna część społeczeństwa mówi).

Zacznijmy od tego, że w Polsce (na szczęście!) nie kieruje się już nikogo na studia, młodzi ludzie sami wybierają kierunek studiów. Uwagę o kierowaniu należy więc rozumieć jako propozycję lekarskiego zakazu studiowania informatyki przez wymienione kategorie osób. A czy ktoś cierpiący na "padaczkę telewizyjną" (nb. jak częste jest to schorzenie? Czy aby na pewno nie ma niedrogich leków stabilizujących?) może studiować medycynę? Czy wielogodzinne wpatrywanie się w migocący ekran aparatu USG i nieostry obraz na nim widoczny jest mniej "szkodliwe" niż patrzenie na w ogóle nie migocący ekran ciekłokrystaliczny z bardzo wyraźnym obrazem, który to ekran bez trudu można przyłączyć do byle komputera? A czy wykonywanie zawodu informatyka wymaga stałego gapienia się w komputer, walenia w klawiaturę i siedzenia w niewygodnej pozycji? Zapewniam Pana, mój rozgniewany Czytelniku, że znam informatyków, którzy pracują głównie myślowo, z ołówkiem i kartką papieru. Ba, znam bardzo wybitnych informatyków, którzy komputer oglądają nie częściej niż raz na kilka tygodni! I znam nieinformatyków, którzy całe 8 godzin ślęczą przy ekranie i klawiaturze: panienki w banku, rejestratorki w przychodniach zdrowia, agenci biur turystycznych, kontrolerzy lotów, pracownicy redakcji itd.

Co więcej, wiem, że kilka ośrodków akademickich podjęło szczególny trud, by stworzyć pracownie komputerowe przystosowane dla studentów niepełnosprawnych, z kalectwami daleko cięższymi niż podane wyżej przykłady. Korzystają z nich niewidomi, osoby na wózkach, osoby bez kończyn górnych, ludzie prawie całkowicie sparaliżowani. Studiują informatykę i inne kierunki. Będą w przyszłości uprawiać nowoczesne, dobrze płatne zawody, staną się pełnoprawnymi członkami społeczeństwa XXI wieku, nie korzystając z miłosierdzia gminy, na które skazani by byli w dawnych, dobrych wiktoriańskich czasach.

Masowe badania są bardzo kosztowną formą uspokojenia sumienia, że coś dobrego się robi "dla ludzi". Są kiepską namiastką opieki nad człowiekiem. Są groźne, kiedy ich wyniki, uzyskane najczęściej drogą komputerowej obróbki albo wyciągnięte ze statystycznych tablic, mają decydować o tym, co danemu człowiekowi wolno, a czego nie.

Przypuszczam, że gdyby dziesiątki miliardów dolarów, które bez widocznego powodzenia wydano na militarno-policyjne zwalczanie przemysłu narkotycznego, przeznaczono - od początku! - na indywidualną, fachową i życzliwą opiekę nad uzależnionymi, nie byłoby problemu narkomanii. Niestety, od czasów dobrej królowej Wiktorii powszechnie panuje przeświadczenie, że z góry wiadomo, co dla ludu jest właściwe, dobre i moralne. I to się na siłę wdraża, głównie nakazami i zakazami, wspartymi przez działania policyjne lub quasi-policyjne. Na to jakoś zawsze znajdą się pieniądze, których na próżno szukać dla poprawy losu poszczególnych ludzi. Bo w odniesieniu do jednostki wszystkie te powszechnie uznawane prawdy zazwyczaj nie pasują, nawet jeśli statystycznie mają jakiś tam sens. Garnitur skrojony na wymiary statystycznego Polaka nie będzie dobrze leżał na żadnym konkretnym Kowalskim. A królowa Wiktoria paliła skręty!