Twoja wyszukiwarka

JAN MIODEK
ROZMYŚLAJCIE NAD MOWĄ - WEGETARIAN? LEPIEJ WEGETARIANÓW?
Wiedza i Życie nr 10/2000
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 10/2000

W opublikowanym w WiŻ w zeszłym roku bardzo ciekawym artykule o Uniwersytecie w Oksfordzie pojawiło się zdanie: "Studenci mogą się przyłączyć do Oksfordzkich Wegetarian" dopełniaczem liczby mnogiej wegetarian, urobionym od rzeczownika wegetarianin.

Trudno tę formę potępiać, skoro można ją też znaleźć w "Małym słowniku języka polskiego" pod red. S. Skorupki, H. Auderskiej i Z. Łempickiej z 1968 roku oraz w "Nowym słowniku ortograficznym" pod red. E. Polańskiego z 1996 roku. Wspierają ją również liczne tak samo zbudowane postacie typu Rosjan, Indian, wrocławian, tarnogórzan, arian, mieszczan (od Rosjanin, Indianin, wrocławianin, tarnogórzanin, arianin, mieszczanin).

A jednak warto się opowiedzieć raczej za wariantem z końcówką -ów, czyli wegetarianów, polecanym przez większość słowników i wydawnictw poprawnościowych, należącym do fleksyjnej serii Amerykanów, Meksykanów, franciszkanów, dominikanów, augustianów (od Amerykanin, Meksykanin, franciszkanin, dominikanin, augustianin). A dlaczego?

Końcówka -ów zapewnia całej formie większą wyrazistość, przyporządkowując ją jednoznacznie drugiemu przypadkowi liczby mnogiej. Brzmienie wegetarian natomiast może prowokować do niepożądanych skojarzeń z mianownikami liczby pojedynczej typu Hiszpan, Cygan (wcale niemała jest grupa osób, która tworzy - nawiązujące do nich - niepoprawne mianownikowe postacie typu "Amerykan", "franciszkan", a nie zapominajmy, że wegetarianin jest zapożyczeniem młodym, dość słabo jeszcze utrwalonym w powszechnej świadomości językowej).

Za wariantem z -ów przemawia i to, że aż nadto wyraźna jest ewolucja dopełniacza liczby mnogiej rzeczowników rodzaju męskiego. Przecież tysiąc lat temu końcówkę -ów miało kilkanaście zaledwie słów. Ponieważ jest ona jednak bardzo atrakcyjna, bo nie powtarza się w żadnym innym przypadku gramatycznym, zrobiła w dziejach polszczyzny zawrotną karierę.

I tak obsługuje ona dziś wszystkie rzeczowniki twardotematowe: synów, domów, wozów, krzaków, głogów, Szwedów, Polaków, krabów, gadów, stawów, duchów, wałów, hipopotamów, czynów, capów, profesorów, docentów, wąsów, stosów, głazów.

Mało tego - zaczyna obejmować swym zasięgiem i rzeczowniki miękkotematowe! Nie ma już ani jednej formy z wygłosowym -j, takich jak kraj, nabój, pokój, tramwaj, napój czy kowboj, od której nie można by dziś stworzyć dopełniacza liczby mnogiej za jej pomocą, w wypadku zaś kraju, tramwaju i kowboja uznawany jest on przez współczesne poradniki za wyłączny (tylko krajów, tramwajów, kowbojów - obok naboi lub nabojów, pokoi lub pokojów, napoi lub napojów). To samo można powiedzieć o licznej gromadzie osobowych rzeczowników z wygłosowym miękkim : jako jedynie poprawną traktuje się formę uczniów, obok zaś postaci drani, leni, nicponi, gamoni, żywot gramatycznych wariantów wiodą te z wygłosowym -ów, czyli draniów, leniów, nicponiów, gamoniów.

Wyrazistość, atrakcyjność końcówki -ów jest przyczyną niezgodnych z normą konstrukcji typu "słoniów", "gościów", "liściów" (zamiast słoni, gości, liści), a nawet "pomarańczów", "poręczów", "myszów", "pannów", "dziewczynów" (zamiast pomarańcz lub pomarańczy, poręczy, myszy, panien, dziewczyn). Za tym gramatycznym "instynktem" ludu chcieli pójść w XIX wieku polscy romantycy, forsując -ów przy rzeczownikach żeńskich kończących się spółgłoską ("postaciów", "miłościów", "gramatycznościów"). Nic z tego nie wyszło (mówimy postaci, miłości, gramatyczności), ale sam pomysł daje wiele do myślenia - tak jak znamienne jest sięganie po dopełniaczowe -ów w wypadku słów rodzaju niemęskiego rzadko używanych w pierwszym przypadku liczby pojedynczej (nawet ludzie odznaczający się wysokim stopniem samowiedzy gramatycznej mają ochotę "prosić o kilka gerberów i bezów", a nie gerber i bez, bo nieczęsto się posługują prymarnymi postaciami rodzaju żeńskiego gerbera, beza).

Osobnego omówienia wymagają pluralne dopełniacze wyrazów kończących się spółgłoskami -c, -dz, -cz, -dż, -sz, -ż, -rz, -l, takich jak palec, zając, palacz, słuchacz, kosz, mecz, pejzaż, stróż, pisarz, pasterz, dziennikarz, król, wentyl, ból. Wszystkie te spółgłoski były kiedyś w polszczyźnie miękkie i gdyby taki charakter utrzymały, posługiwalibyśmy się dzisiaj dopełniaczami palci, zajęci, palaczi, słuchaczi, koszi, meczi, pejzażi, stróżi, pisarzi, pasterzi, dziennikarzi, króli, wentyli, bóli tak jak liści, gości, słoni. Ponieważ wszystkie one stwardniały, występujące po nich pierwotne -i ( wyjątkiem połączeń -li) zamieniło się w -y.

Tak powstały brzmienia typu zajęcy, palaczy, koszy, pisarzy. A gdy świadomość dawnej miękkości -c, -dz, -cz, -dż, -sz, -ż, -rz - zupełnie obumarła, zaczęły się pojawiać formy z atrakcyjnym -ów: palców, zająców, słuchaczów, stróżów, pisarzów, stolarzów, królów, bólów.

Taki tok ewolucyjny wydawał się oczywisty i racjonalny.

I nagle nastąpiło coś, co można określić mianem największej niespodzianki w dziejach polskiej fleksji. Oto - powiedzmy to raz jeszcze - atrakcyjna końcówka -ów dziś wyraźnie przegrywa z wariantywną -y! Chociaż więc status jedynie poprawnych mają postacie palców, meczów, stróżów czy królów (wyjątek: święto Trzech Króli), to jednak przeciętny Polak, jeśli się tylko waha między dopełniaczowymi -ów/-y, wybiera tę drugą końcówkę, bo wydaje mu się ona bezpieczniejsza gramatycznie. No a o całkowitym wręcz zwycięstwie - można już mówić w wypadku słów kończących się na -rz (słyszy się i widzi prawie wyłącznie formy pisarzy, tokarzy, ślusarzy, dziennikarzy, malarzy).