Twoja wyszukiwarka

X.RUT
SZCZYPTA SOLI - GORĄCZKA ZIELONEGO ZŁOTA
Wiedza i Życie nr 10/2000
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 10/2000

Na światowych giełdach spada cena złota. Żółty kruszec traci swój powab, w każdym razie tracą go sztabki leżące w skarbcach banków (bo nie zauważyłem jakoś drastycznej obniżki cen złotej biżuterii). Różne wielkie banki wyprzedają swe zapasy; ktoś widać je kupuje, ciekawe z jakich pobudek.Wedle specjalistów, tendencję spadkową może odwrócić tylko jakaś większa wojna, poważnie zagrażająca rytmowi codziennej egzystencji bogatych ludzi, a że takiego konfliktu zupełnie nie widać na horyzoncie roztaczającym się z najwyższych nawet drapaczy chmur, złoto ma dalej tanieć. Co mnie ani ziębi, ani grzeje.

"Zielonym złotem" nazywa się geny. Jak niegdyś konkwistadorzy w imię Chrystusa i króla łupili Amerykę ze złota wydobytego przez Inków, czy jak trawieni gorączką złota poszukiwacze mordowali się nawzajem dla lepszej działki w Kalifornii czy na Alasce, tak teraz giganci przemysłu biotechnolo - Monsanto, Rhône-Poulenc, Novartis czy Pioneer-DuPont - toczą zażarte boje o zawładnięcie pulą informacji genetycznej.

Zaczęło się od decyzji Sądu Najwyższego USA, uznającej legalność patentu wydanego na genetycznie zmodyfikowaną bakterię, a było to w 1980 roku. W siedem lat później Urząd Patentowy USA postanowił, że wszystkie żywe organizmy - także wielokomórkowe, a więc i zwierzęta - mogą być chronione patentami. I już w 1987 roku wydał pierwszy patent na ssaka (mysz z ludzkim genem, czyniącym ją szczególnie podatną na pewne schorzenia nowotworowe; takie myszy bardzo się przydają w laboratoriach). Uogólnienie pojęcia patentu i znaczne rozszerzenie ochrony, jaką daje wydany patent, oznacza, że od połowy obecnej dekady patent na żywy organizm chroni nie tylko ten organizm i proces jego powstawania (tworzenia? - dobór właściwego czasownika wymaga tu głębokiego namysłu!), lecz także całą informację genetyczną zawartą w tym organizmie oraz wszystkie dozwolone sposoby jego użycia. Dlatego właśnie legalny nabywca patentowanego ziarna może mieć prawo je zasiać, ale nie użyć części plonu do ponownego zasiewu - nawet wtedy, gdy zebrany plon nie jest jałowy.

W czerwcu 1992 roku, na tzw. Szczycie Ziemi w Rio de Janeiro, przyjęto międzynarodową konwencję o ochronie różnorodności biologicznej (biological diversity). Zaczyna się ona wzniosłymi deklaracjami o konieczności zachowania różnorodności, stanowiącej gwarancję utrzy-mania możliwości rozwoju, i o zapewnieniu sprawiedliwego podziału korzyści płynących z eksploatowania zasobów genetycznych świata. Piękne to słowa i ważkie, zwłaszcza wobec tego, że codziennie (sic!) na Ziemi ginie bezpowrotnie co najmniej 50 gatunków flory i fauny. Niestety, dalsze ustępy konwencji uznają pełną suwerenność poszczególnych państw w zakresie korzystania z własnych zasobów biologicznych i pełne prawo poszczególnych rządów do przyznawania dostępu do zasobów genetycznych na terenie danego państwa. Znaczy to, że rząd może zgodzić się na przykład na wycięcie wszystkich lasów na "swym" terytorium i nikt z zewnątrz nie może nic zrobić w obronie ginących gatunków. Oznacza to także, że rząd ma prawo sprzedać dostęp do informacji genetycznej, tak jak wydaje licencję na wiercenie szybów naftowych.

Można, naturalnie, mieć nadzieję, że rządy będą mądre i dalekowzroczne, iż będą miały na względzie nie krótkotrwałe wpływy do budżetu, lecz dobro przyszłych pokoleń, i to nie tylko swoich współziomków, ale i innych obywateli Ziemi. Można, naturalnie, żywić nadzieję, że włodarze państw trzeciego świata akurat przy wydawaniu zezwoleń na czerpanie z zasobów informacji genetycznej okażą się całkowicie odporni na korupcję. Można żywić takie nadzieje, ale należy pamiętać, że nadzieja jest matką głupich, a suma dotychczasowych doświadczeń nakazuje skrajny pesymizm.

Konieczność udzielania ochrony patentowej na żywe organizmy uzasadnia się tym, że bez takiej ochrony firmy biotechnologiczne nie będą prowadziły kosztownych badań i eksperymentów, bo ewentualne osiągnięcia stałyby się natychmiast dostępne dla wszystkich chętnych, i to za grosze albo za darmo. Jednakże zapomina się, że koncerny biotechnolo za darmo albo za zupełnie symboliczne opłaty licencyjne (plus ewentualne łapówki) korzystają z puli genetycznej świata, w tym także z owoców wieloletniej, a niekiedy wielotysiącletniej (bydło domowe) pracy pokoleń hodowców i rolników. Innymi słowy: to, co biorą za darmo, po wprowadzeniu drobnej zmiany (która ma być poprawką, ale...), sprzedają jako własny "wyrób", na który otrzymują ochronę patentową, obejmującą już całość informacji genetycznej zawartej w "wyrobie", w tym, oczywiście, na podstawową jej masę uzyskaną za psi grosz.

Wielokropek w ostatnim nawiasie nie ma sugerować, że podaję w wątpliwość wszystkie wyniki pracy inżynierii genetycznej, albo że wszystkie organizmy powstające w wyniku manipulacji genetycznej są bezwartościowe. Przeciwnie, sądzę, że perspektywy "pharming"1 i innych zastosowań biotechnologii (np. w utylizacji odpadków czy pozyskiwaniu trudnych do wydobycia surowców naturalnych) są wcale obiecujące. Tyle tylko, że koncerny biotechnolo w pogoni za szybkim zyskiem zbyt często nie prowadzą dostatecznie kompletnych badań bezpieczeństwa i zbyt łatwo wykorzystują dostępne im środki nacisku (nie tylko ekonomicznego!), by udaremnić próby takich badań w niezależnych ośrodkach badawczych, a co gorsza prą do wprowadzenia swych "produktów" do powszechnego użytku, zanim zewnętrzne badania dojdą do wiarygodnych wyników. I dopiero, gdy jest już za późno, okazuje się na przykład, że uznawana za cud świata zmanipulowana kukurydza, truje absolutnie nieszkodliwe motyle.

Ale nie o bilansie zysków i wydatków ani nawet nie o bezwstydnej zachłanności koncernów biotechnolo ma być morał tego felietonu. Mam nadzieję, że nawet najliberalniej nastawiony Sąd Najwyższy nie uzna za możliwe patentowania genetycznego kodu człowieka. Mam wobec tego nadzieję, że nigdy żaden koncern nie dostanie patentu na supermana i żaden człowiek nie będzie zobowiązany do zachowania swego kompletu genów w takiej tajemnicy, iż nie będzie mógł przekazać go nowej istocie ludzkiej w akcie prokreacji. Ale - pomny porzekadła o nadziei, które sam powyżej przypomniałem - marnie się czuję na tej nadziei polegając. Bo choć różnica między bakterią i człowiekiem wydaje się dość wyraźna i nawet od krowy (nie mówiąc już o sałacie!) człowiek różni się na pierwszy rzut oka, to przecież kto wie, jakimi zasobami genetycznymi zawładną skauci przemysłu biotechnolo za sznur koralików i parę zwojów perkalu. Patentowanie życia, wszystko jedno w jak mikrych dozach, opiera się na uznaniu zasady, że można być udzielnym właścicielem życia, mieć suwerenne prawo stanowienia o nim. Uznanie tej zasady przesądza, iż granica tego, czym można, a czym nie można w królestwie życia udzielnie władać, będzie stale kontestowana i z biegiem lat zacznie przesuwać się w stronę ekonomicznych interesów możnych tego świata. Prędzej czy później ogarnie eugenikę i ktoś dostanie patent na idealną Polkę.

Po przyjęciu groźnej zasady nie ma dobrych zabezpieczeń.

A więc - veto!

1 Słowo utworzone z "farming" (rolnictwo) i "pharmaceutical activity" (działania farmaceutyczne), używane na określenie działalności, dzięki której powstają i mogą być szeroko uprawiane (hodowane) rośliny (zwierzęta) o szczególnie pożytecznych własnościach, jak np. genetycznie zmodyfikowana poznańska sałata, której spożycie działa jak szczepienie przeciwżółtaczkowe.